Lech Wałęsa po raz kolejny próbuje zamknąć dyskusję o swojej przeszłości jednym prostym schematem: „to wszystko fałszerstwo, Kiszczak spreparował dokumenty, a ja zostałem skrzywdzony”.
Tym razem odpowiada Januszowi Korwin-Mikkemu, który publicznie nazwał go agentem komunistycznej bezpieki o pseudonimie „Bolek” i zakwestionował jego rolę w historii polskiej drogi do wolności.
Wałęsa przedstawia trzy argumenty. Problem polega na tym, że kiedy zestawi się je z dokumentami IPN, ustaleniami historyków, w tym prof. Sławomira Cenckiewicza, oraz późniejszymi ekspertyzami kryminalistycznymi, obraz jest znacznie bardziej skomplikowany niż legenda o „spreparowanej szafie Kiszczaka”.
„Gdybym był agentem, koledzy ponosiliby kary”
To jeden z podstawowych argumentów Wałęsy: skoro miał donosić na kolegów, to SB powinna była ich zwalniać z pracy, karać czy represjonować. Skoro tego nie było, to — według tej narracji — dokumenty muszą być fałszywe.
Tyle że jest to argument z gatunku: „gdyby dokumenty były prawdziwe, historia musiałaby wyglądać dokładnie tak, jak ja ją sobie wyobrażam”.
Dokumentacja SB nie jest przecież prostym zestawieniem: donos → kara dla wskazanej osoby. Informacje przekazywane przez agenturę mogły służyć rozpoznaniu środowiska, kontroli operacyjnej, budowaniu kartotek, typowaniu osób do dalszej obserwacji czy weryfikowaniu informacji uzyskiwanych z innych źródeł.
Znacznie ważniejsze jest coś innego.
IPN podaje, że Lech Wałęsa był zarejestrowany w KWMO Gdańsk jako tajny współpracownik o pseudonimie „Bolek” od 29 grudnia 1970 r. do 19 czerwca 1976 r.
I nie chodzi wyłącznie o późniejsze polityczne interpretacje.
W 2016 r. w domu Czesława Kiszczaka odnaleziono teczkę personalną i teczkę pracy TW „Bolek”. Następnie Instytut Ekspertyz Sądowych im. prof. Jana Sehna w Krakowie zbadał dokumentację.
W analizowanym materiale znajdowało się m.in. odręcznie sporządzone zobowiązanie do współpracy z 21 grudnia 1970 r., 117 stron odręcznych doniesień oraz 17 pokwitowań odbioru pieniędzy. Biegli dysponowali przy tym materiałem porównawczym obejmującym 142 dokumenty sporządzone lub podpisane przez Wałęsę w latach 1963–2016.
Wniosek ekspertyzy był dla Wałęsy bardzo niewygodny: dokumenty uznano za autentyczne.
Co więcej, śledztwo dotyczące rzekomego podrobienia dokumentów zostało prawomocnie umorzone w 2018 r. IPN wskazywał, że nie znaleziono dowodów potwierdzających tezę, iż dokumentacja została sfałszowana.
To zasadniczo podcina fundament opowieści o tym, że cała teczka „Bolka” została po latach wymyślona przez Kiszczaka.
„Szafa Kiszczaka” nie oznacza „fałszerstwo Kiszczaka”
Wałęsa próbuje również zastosować bardzo efektowny zabieg retoryczny: skoro dokumenty znalazły się w prywatnym domu Czesława Kiszczaka, to miałyby być przez niego stworzone lub zmanipulowane.
Ale miejsce przechowywania dokumentów nie jest dowodem ich fałszerstwa.
Wręcz przeciwnie — sprawa „szafy Kiszczaka” ujawniła materiały, które wcześniej nie były dostępne historykom. IPN wskazywał, że już wcześniej prof. Sławomir Cenckiewicz i Piotr Gontarczyk w książce „SB a Lech Wałęsa. Przyczynek do biografii” przedstawili dokumentację wskazującą na współpracę Wałęsy z SB. Odnalezienie materiałów u Kiszczaka poszerzyło, a nie stworzyło, bazę źródłową tej sprawy.
I tu właśnie pojawia się problem z tezą o wielkim spisku.
Żeby przyjąć wersję Wałęsy, trzeba byłoby założyć nie tylko sfałszowanie dokumentów znalezionych u Kiszczaka, ale również podrobienie wcześniejszej dokumentacji SB, zgodność tych fałszerstw z innymi materiałami oraz — co szczególnie istotne — stworzenie dokumentów, których autentyczność później potwierdziły badania pisma.
To już nie jest zwykła hipoteza. To wymagałoby bardzo rozbudowanej teorii spiskowej.
Największa manipulacja: „sąd uznał, że jestem niewinny”
Tutaj trzeba zachować szczególną precyzję.
Wałęsa może powoływać się na orzeczenie Sądu Apelacyjnego w Warszawie z 2000 r., ponieważ rzeczywiście sąd uznał wówczas jego oświadczenie lustracyjne za zgodne z prawdą.
Ale z tego nie wynika, że sąd udowodnił, iż dokumenty „Bolka” były fałszywe.
Tamto postępowanie odbywało się na podstawie materiału dowodowego dostępnego sądowi w 2000 r. Sąd nie dysponował m.in. dokumentami, które odnaleziono później w domu Kiszczaka.
Co więcej, już po publikacji książki Cenckiewicza i Gontarczyka IPN dysponował znacznie szerszą wiedzą archiwalną. Sam IPN wskazuje, że późniejsze materiały „wzbogaciły” wiedzę o sprawie.
Dlatego uczciwe przedstawienie sprawy powinno brzmieć:
W 2000 r. sąd lustracyjny uznał oświadczenie Wałęsy za prawdziwe na podstawie ówczesnego materiału dowodowego. Późniejsze odnalezienie dokumentów oraz ekspertyzy z 2017 r. stworzyły zupełnie nowy stan wiedzy o sprawie.
To zasadnicza różnica.
A co z „podrobieniem” dokumentów?
Tu argument Wałęsy jest jeszcze trudniejszy do obrony.
Po odnalezieniu dokumentów Wałęsa twierdził, że zostały sfałszowane.
IPN wszczął więc postępowanie mające sprawdzić, czy doszło do podrobienia dokumentów.
Biegli Instytutu Ekspertyz Sądowych przeanalizowali 158 dokumentów z teczki TW „Bolek”. Wśród nich znajdowały się donosy, pokwitowania odbioru pieniędzy oraz zobowiązanie do współpracy. W styczniu 2017 r. IPN podał, że opinia biegłych wykazała ich autentyczność.
Późniejsze postępowanie dotyczące rzekomego fałszerstwa zakończyło się prawomocnym umorzeniem. Prokuratura IPN wskazywała, że przez ponad półtora roku śledztwa nie znaleziono dowodów, aby dokumenty zostały podrobione.
I właśnie tutaj narracja o „fałszerzach Kiszczaka” zderza się z dokumentami.
Drugi argument Wałęsy: „Korwin podważa moje przywództwo”
Wałęsa pisze o traktacie polsko-rosyjskim z 1992 r. i przedstawia siebie jako człowieka, który znalazł „trzecią drogę”.
Tutaj również rzeczywistość była bardziej skomplikowana.
22 maja 1992 r. w Moskwie podpisano pakiet porozumień dotyczących wycofania wojsk rosyjskich z Polski. Spór dotyczył m.in. przyszłości terenów po sowieckich bazach. W pierwotnej wersji przewidywano możliwość tworzenia tam polsko-rosyjskich spółek. Rząd Jana Olszewskiego sprzeciwiał się temu rozwiązaniu i wysłał do przebywającego w Moskwie prezydenta szyfrogram z żądaniem zmiany zapisu.
Co ważne, historyk prof. Antoni Dudek wskazywał, że Wałęsa wykorzystał swoją osobowość polityczną i doprowadził do zmiany kontrowersyjnego zapisu w rozmowie z Borysem Jelcynem.
Można więc dyskutować o roli Wałęsy i oceniać jego działania. Nie można jednak budować historii na prostym twierdzeniu, że bez Wałęsy Polska automatycznie pozostałaby w sowieckim układzie, nie byłoby NATO ani Unii Europejskiej.
Polska droga do NATO była procesem wieloletnim, a strategiczny kierunek euroatlantycki został określony wcześniej i był kontynuowany przez kolejne rządy.
Sam traktat polsko-rosyjski z 22 maja 1992 r. jest zresztą oficjalnie dostępny w Dzienniku Ustaw.
Dlatego słowa Wałęsy o „trzeciej drodze” są przede wszystkim jego własną interpretacją wydarzeń, a nie bezspornym faktem historycznym.
Trzeci argument: „Musiałem zostać prezydentem, żeby uratować Polskę”
To już nie jest argument historyczny. To deklaracja politycznej autopromocji.
Wałęsa twierdzi, że nie zdradził „Solidarności”, lecz musiał zostać prezydentem, ponieważ tylko z tego miejsca mógł zrealizować cele dla Polski.
Tego typu twierdzenia można oceniać politycznie, ale nie da się ich udowodnić dokumentem.
Można natomiast zadać Wałęsie pytanie, którego sam używa wobec Korwina:
Skoro tylko on mógł tego dokonać — kto konkretnie był człowiekiem, który w tamtym czasie nie mógł tego zrobić? I jakie dokładnie cele zostały zrealizowane wyłącznie dzięki jego decyzjom?
Historia nie jest jednak autobiografią jednego człowieka.
I właśnie tutaj jest sedno sporu
Janusz Korwin-Mikke może mówić ostro. Lech Wałęsa może odpowiadać jeszcze ostrzej.
Ale w sporze o przeszłość nie powinno się rozstrzygać argumentem: „ja pamiętam inaczej”.
Powinny rozstrzygać dokumenty.
A dokumentacja dotycząca TW „Bolek” nie kończy się na jednej teczce znalezionej u Kiszczaka. Badania Cenckiewicza i Gontarczyka, materiały IPN, odnalezione dokumenty oraz ekspertyza Instytutu Ekspertyz Sądowych tworzą znacznie szerszy materiał źródłowy.
Dlatego trzeba też sprostować jedno często powtarzane twierdzenie: nie jest prawdą, że „sądy uznały Lecha Wałęsę za TW Bolka”. Takiego wyroku w sensie, o którym mówi Wałęsa, nie było.
Ale równie nieprawdziwe byłoby twierdzenie odwrotne, że „sądy udowodniły, iż Bolek był fałszerstwem SB”.
Nie udowodniły.
Co więcej, późniejsze badania dokumentów przyniosły ustalenia, których sąd w 2000 r. po prostu nie mógł znać.
A zatem w debacie publicznej warto odrzucić zarówno hagiografię Wałęsy, jak i uproszczenia jego przeciwników.
Nie trzeba Wałęsy obrażać, żeby podważać jego wersję wydarzeń. Wystarczy otworzyć archiwa.
I wtedy okazuje się, że największym problemem dla legendy nie jest Korwin-Mikke.
Największym problemem są dokumenty.
Zostaw komentarz