Oskar Minge. Codziennie.

Wyposażyliśmy dzieci w urządzenia, które potrafią połączyć je z całym światem. Teraz coraz trudniej nam się z nimi porozumieć przy jednym stole. Oczywiście mamy na to rozwiązanie: jeszcze jedną aplikację, szkolenie z kompetencji przyszłości i prezentację o dobrostanie. Najlepiej do obejrzenia na telefonie.

Współczesny uczeń uczestniczy w kilku lekcjach jednocześnie. Na pierwszej nauczyciel tłumaczy ułamki. Na drugiej klasowa grupa ustala, z kogo dzisiaj można się śmiać. Na trzeciej internet pokazuje mu, jak powinien wyglądać, co posiadać i ile zarabiać, żeby w wieku szesnastu lat nie uznać życia za zmarnowane. Potem dorosły zadaje pytanie, dlaczego dziecko nie uważa. Trzeba przyznać: przy takim planie zajęć jest to pytanie ambitne.

Patrzę na to także z perspektywy człowieka, który pracuje z marketingiem i sztuczną inteligencją. Lubię technologię. Korzystam z niej, widzę jej możliwości i potrafię się nią zachwycić. Właśnie dlatego trudno mi udawać, że każda kolejna godzina przed ekranem to automatycznie rozwój. Branża, która potrafi tak sprawnie walczyć o uwagę, powinna umieć powiedzieć, kiedy zaczyna jej zabierać zbyt dużo.

W opublikowanym w 2025 roku raporcie NASK „Nastolatki” badani deklarowali średnio 4 godziny i 59 minut korzystania z internetu w dni powszednie. Rodzice szacowali ten czas o ponad godzinę niżej. Same godziny nie są diagnozą uzależnienia: mieszczą się w nich także nauka, rozmowy i zainteresowania. Pokazują jednak, jak duży kawałek codzienności dziecka może pozostawać poza rozeznaniem dorosłych.

Szkoła ma dziś konkurować o skupienie z narzędziami, których obsługi uczeń nie musi się zmuszać. W badaniu PISA 2022 około 30 procent uczniów, średnio w krajach OECD, zgłaszało, że korzystanie z urządzeń cyfrowych rozprasza ich na większości lub na każdej lekcji matematyki. To konkretna deklaracja uczniów, a nie dowód, że każdy ekran szkodzi. Różnica między narzędziem do rozwiązania zadania a otwartym przez całą lekcję strumieniem powiadomień jest jednak dość istotna.

Oczekujemy od nastolatka, że sam poradzi sobie z pokusą, z którą dorosły przegrywa przy czerwonym świetle, podczas kolacji i w połowie rozmowy z własnym dzieckiem. Wychowawcze „odłóż ten telefon” brzmi szczególnie przekonująco, kiedy wypowiadamy je, nie podnosząc wzroku znad swojego.

Jeszcze bardziej martwi mnie to, co dzieje się z relacjami. Szkolna przemoc potrafi dziś wrócić z uczniem do domu, wejść do jego pokoju i położyć się obok poduszki. Upokarzający film można odtwarzać wielokrotnie. Zdjęcie przesłać dalej. Wykluczenie z grupy ogłosić bez jednego słowa na korytarzu. Dawniej też bywało okrutnie; nostalgia nie powinna wystawiać przemocy świadectwa niewinności. Dziś do tego okrucieństwa dochodzą możliwość kopiowania, większa publiczność i dostępność przez całą dobę.

We wrześniu 2026 roku NASK zwracał uwagę, że nawet przy pytaniach o wyzywanie, ośmieszanie czy poniżanie w internecie 17 procent młodych odpowiada: „trudno powiedzieć”. Eksperci wskazują na kłopot z rozpoznawaniem przekroczonych granic. Trudno prosić o pomoc, kiedy człowiek nie jest pewien, czy wolno mu uznać własne doświadczenie za krzywdę.

A my potrafimy zamknąć sprawę zdaniem: „Nie przejmuj się, to tylko internet”. Dla nastolatka w tym „tylko” bywają jego znajomi, pozycja w klasie, pierwsze uczucia i lęk przed jutrzejszym wejściem do szkoły. Dorosłemu kompromitujący komentarz potrafi zepsuć weekend. Dziecku radzimy nabrać dystansu. Najwyraźniej odporność psychiczna powinna być dołączona do legitymacji szkolnej.

Problem wykracza poza Polskę. WHO podała w 2024 roku, na podstawie badania HBSC z 2022 roku, że oznaki problematycznego korzystania z mediów społecznościowych wykazywało 11 procent badanych nastolatków, wobec 7 procent w 2018 roku. Badanie obejmowało młodych w wieku 11, 13 i 15 lat w 44 krajach i regionach Europy, Azji Środkowej oraz Kanadzie. Mówimy o trudnościach z kontrolowaniem korzystania i negatywnych konsekwencjach, nie o automatycznym uznaniu każdego użytkownika za uzależnionego. Te dane nie dowodzą również, że internet sam wywołał wszystkie problemy młodzieży.

Ten sam szeroki program badań pokazał wzrost presji związanej ze szkołą i osłabienie deklarowanego wsparcia, szczególnie w niektórych grupach dziewcząt. W raporcie WHO opublikowanym w listopadzie 2024 roku wyraźnie wybrzmiewa znaczenie rodziny, rówieśników i warunków życia. To ważne, bo telefon świetnie nadaje się na jednego winnego. Można go schować do szuflady. Znacznie trudniej schować tam samotność, konflikt w domu albo przekonanie, że miłość dorosłych trzeba przynosić na świadectwie.

Młody człowiek ma być dobry z przedmiotów ścisłych, elokwentny, wysportowany, odporny, przedsiębiorczy i koniecznie świadomy swojej przyszłości. Jednocześnie ogląda świat, w którym sukces przedstawia się jako naturalną konsekwencję odpowiedniego nastawienia oraz posiadania lampy do nagrywania rolek. Pomiędzy wiadomością o wojnie, katastrofie i zawodach zagrożonych automatyzacją dostaje poradę, żeby po prostu uwierzył w siebie. Do wtorku. W środę jest sprawdzian.

W tym wszystkim istnieją bardzo konkretne nierówności. Jedno dziecko wraca do spokojnego pokoju, pomocy przy lekcjach i rodziców, którzy mogą zapłacić za dodatkowe zajęcia. Drugie dzieli przestrzeń z rodzeństwem i słucha rozmów o rachunkach. Szkolna ławka ustawia ich na podobnej wysokości. Startu nie wyrównuje. Gdy dorzucamy kolejne płatne narzędzia, subskrypcje i wymagania, warto zauważyć, kto rzeczywiście ma warunki, żeby z nich korzystać.

Do klasy weszła też sztuczna inteligencja. Bez pukania, bez zebrania z rodzicami i bez czekania, aż szkolny regulamin dogoni rzeczywistość. Potrafi wyjaśnić zadanie na kilka sposobów, pomóc ćwiczyć język i podsunąć pomysł. Potrafi również podać błędną odpowiedź tonem osoby, która właśnie wróciła z wręczenia Nobla. Uczeń potrzebuje więc wiedzy, żeby z taką odpowiedzią dyskutować.

Jeśli szkoła ocenia głównie gotowy tekst, dostanie coraz więcej bardzo eleganckich gotowych tekstów. Wyobrażam sobie ten triumf: jeden system pisze wypracowanie, drugi pomaga je ocenić, a pośrodku siedzi człowiek, który miał się czegoś nauczyć. Technicznie wszystko się zgadza. Edukacyjnie należałoby jeszcze ustalić, czy uczeń brał udział w wydarzeniu.

Chciałbym szkoły, w której można pokazać, skąd wziął się wniosek, obronić własne rozumowanie, sprawdzić źródło i znaleźć błąd także w odpowiedzi maszyny. Potrzebujemy przy tym czytania, pisania, liczenia i wiedzy o świecie. Bez nich pewnie brzmiący generator odpowiedzi łatwo pomylić z autorytetem. Obsługa narzędzia to dopiero początek. Rozumienie, kiedy mu nie ufać, wymaga wysiłku.

Polska od 1 września 2026 roku wprowadziła ustawowy zakaz korzystania z telefonów i pokrewnych urządzeń w przedszkolach oraz szkołach podstawowych, z wyjątkami obejmującymi między innymi określone sytuacje edukacyjne, zdrowotne i zagrożenia. W szkołach ponadpodstawowych warunki lub zakaz określa statut. To istotna zmiana organizacyjna. Samo odłożenie telefonu nie jest jednak gotowym programem wychowawczym. Po schowaniu urządzenia nadal trzeba mieć pomysł na przerwę, relacje i pomoc dziecku, które do szkoły przychodzi z lękiem.

Chcę, żeby szkoła chroniła czas na skupienie i rozmowę. Żeby uczyła, jak działa reklama, dlaczego coś nam się wyświetla, jak sprawdzić informację i dlaczego nie wolno udostępniać cudzego upokorzenia dla rozrywki. Żeby uczeń wiedział, komu powiedzieć o problemie, a po zgłoszeniu rzeczywiście otrzymywał pomoc. Kolejny plakat o życzliwości może być estetyczny. Potrzebny jest jeszcze ktoś, kto zareaguje w czwartek na drugiej przerwie.

Nauczyciel potrzebuje do tego czasu, wsparcia i rozsądnych zasad. Rodzic potrzebuje warunków do obecności, bo zmęczenia, pracy na zmiany i domowych kryzysów nie załatwia wykład o idealnym wychowaniu. Firmy technologiczne powinny odpowiadać za sposób projektowania usług dla najmłodszych. Trudno zachwycać się skutecznością przyciągania uwagi, a odpowiedzialność za wszystkie skutki zostawiać trzynastolatkowi i jego wychowawczyni.

Chciałbym też, żebyśmy zobaczyli młodych poza katalogiem zagrożeń. Tworzą muzykę, uczą się języków, programują, znajdują ludzi o podobnych zainteresowaniach. Sieć może otworzyć okno komuś, kto w swoim otoczeniu czuje się zupełnie sam. WHO również wskazuje, że intensywne korzystanie z mediów społecznościowych bez cech problematycznych może współwystępować z silniejszym wsparciem rówieśników. Warto pytać, co dziecko w internecie robi, z kim i jak się po tym czuje. Sam licznik minut opowie tylko część historii.

Martwi mnie przyszłość, w której będziemy mieli coraz lepsze systemy wykrywania emocji i coraz mniej czasu, żeby zapytać drugiego człowieka, co się z nim dzieje. Szkoły wyposażone w sprzęt, rodziców wyposażonych w aplikacje kontrolne i dzieci znakomicie widoczne w statystykach, za to słabo widziane przy śniadaniu.

Postęp ma fantastyczne tempo. Dzieciństwo ma własne. Potrzebuje snu, ruchu, przyjaźni, błędów, bezpiecznej nudy i dorosłego, który potrafi przez chwilę naprawdę słuchać. Tego nie da się przyspieszyć kolejną aktualizacją.

Najbardziej przejmująca scena współczesności jest dla mnie bardzo prosta: dziecko odkłada telefon, podnosi wzrok i czeka, aż dorosły zrobi to samo.

Codziennie. Oskar Minge