Na prawie dwa tysiące dni, bo dokładnie to tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiąt osiem przed panią Katarzyną urodził się jej brat Marcin. Różnica wieku pozornie niewielka, ale dla dzieci kolosalna. To tłumaczy, dlaczego nie byli szczególnie dobrym rodzeństwem. Oczywiście nie zawsze i do czasu. Jak to zwykle bywa Marcin wolał bawić się z kolegami, a nie z młodszą siostrą. Lalki go nie interesowały, wolał gry planszowe, kapsle i zabawy z chłopakami z podwórka. Był najbardziej zwyczajnym chłopakiem tamtych czasów, bo teraz to choćby ktoś temu zaprzeczał, dzieciaki są inne.
Od małego wszędzie go było za dużo. Godziny spędzał na podwórku, grał w piłkę nożną, biegał gdzieś na dodatkowe zajęcia sportowe i wszystko wskazuje na to, że mniej lub bardziej świadomie starał się być w domu możliwie najrzadziej. Pod byle pretekstem wymykał się na dwór i może było to jego sposobem na uciekanie przed tym, co działo się w domu. Tak przynajmniej myśli teraz pani Katarzyna, gdy wspomina tamten czas.
Wtedy inaczej podchodziło się do wychowywania dzieci. W latach osiemdziesiątych trzeba było szukać dzieciaków na boiskach, podwórku, na trzepaku, w czasie gry w „dwa ognie” albo „w chowanego”, w „wojnę”. Marcin był takim „latawcem”, który był wszędzie, gdzieś, co na chwilę wychodził, a potem pojawiał się w porze spóźnionej kolacji.
Uczył się cokolwiek dobrze, bo szybko zapamiętywał daty, liczył i nieźle pisal, ale nie rwał do nauki, bo wolał być z kolegami. Miał za słabe oceny na liceum i technikum. Skończył zawodówkę, ale był z tego zadowolony, a właściwie nie narzekał.
Marcin był najzwyczajniejszym nastolatkiem. Jeśli ktokolwiek z czytających wietrzył podstęp lub wyczekiwał wątku o charakterze kryminalym, to będzie zawiedziony. To nie znaczy, że nie przychodziły mi do głowy inne scenariusze. Znam takie historie i będę je pamiętać jak tę pewnej pani M. Spotkałam ją tylko dwa razy, albo aż dwa razy. Na pewno tyle wystarczyło, by zapamiętać jej relacje z dzieciństwa, gdy stała się obiektem zainteresowania swoich starszych braci. Tak, była za mała, żeby się uchronić i ochronić przed wykorzystanie seksualnym. Bracia przychodzili do niej w nocy albo późnym wieczorem. Daleko nie mieli, bo w małym mieszkaniu wystarczylo przejść parę kroków, z jednego łóżka do drugiego. Rodzice byli zbyt zajęci piciem alkoholu, żeby cokolwiek zauważyć.
Marcin po ukończeniu szkoły poszedł do pracy. Ma własną rodzinę. Prowadzi najbardziej zwyczajne życie rodzinne, zawodowe, koleżeńskie. W skrócie: wyszedł na ludzi i zwyczajny z niego człowiek, choć to nie znaczy, że dzieciństwo nie pozostawiło w nim śladów. Owszem, tak się stało, bo trudno, żeby było inaczej. Nastroje matki były trudne do zniesienia dla calej rodziny. Jego sposobem na radzenie sobie z sytuacją w domu było robienie wszystkiego co możliwe, żeby w domu stać się gościem. Pomagał w tym sport na podwórku, koledzy, praktyki szkolne, bo wciągnął się w hydraulikę i podobne roboty związane z remontem w domu. Gdy poznał Marię, szybko stali się parą, potem małżeństwem. Potem urodziło się im pierwsze, potem jeszcze jedno dziecko. Było jak wspomniałam zwyczajnie, ale…
Zostaw komentarz