Żarty się skończyły, zaczęły się schody. Wierzyłem, że Miszalski dziś rozstanie się z urzędem. Nie wierzyłem, że uda się rozpędzić Radę Miasta. Kończy się rozdział lewicowo-liberalnej niekompetencji. Ale to realnie jest zwycięstwo połowiczne.
Żeby w Krakowie coś się realnie zmieniło, musiałyby zostać spełnione dwa warunki jednocześnie: kolejnym prezydentem musiałby zostać ktoś, kto nie należy do liberalno-lewicowego bagienka, i jednocześnie to środowisko musiałoby być opozycją w Radzie. Zatem w II turze wyborów musiałoby nie być albo kandydata KO, albo Łukasza Gibały. A obawiam się, że będzie i to, i to.
Dopiero wtedy byłaby szansa, że zmiana jest możliwa. W przeciwnym wypadku dalej będzie albo „to samo i tak samo”, albo „to samo i tak samo, ale jeszcze bardziej”.
Owszem, sukcesem jest pogonienie z urzędu arogancji i prostactwa. Będzie jeszcze większy sukces, jeśli KO nie wystawi już tego typu kandydatów ani na prezydenta, ani do Rady (choć patrząc na krakowską KO, nie widzę tu specjalnej nadziei). A już przejście do II tury kogoś z szeroko rozumianego obozu prawicowego będzie graniczyć z cudem. A tylko taki cud spowoduje, że urząd miasta i miejskie spółki opuszczą wreszcie ludzie ideologicznie zafiksowani, do tego z „przełożeniami i kontaktami”.
Autor: dr hab. Aleksander Głogowski, profesor UJ. Politolog, Katedra Historii Polskiej Myśli Politycznej INPiSM Uniwersytetu Jagielońskiego.
Zostaw komentarz