Zasadniczy problem PiS polega na tym, partia ta ma trudność z zaproponowaniem spójnej kontrnarracji na tematy europejskie.

Jest tak dlatego, że prawica nie tyle chce budować „silną Europę”, ile „silną Polskę w Europie” a to nie są tożsame projekty!

Zasadniczo, to są projekty w pewnym zakresie sprzeczne i tutaj brakuje prawicy pomysłów, żeby tę sprzeczność jakoś przezwyciężyć w sensie pozytywnym.

Prawica pokazuje jedynie, że np. Niemcy czy Francja traktują projekt europejski jako wehikuł własnej potęgi, ale to nie powoduje, samo w sobie, że jest w stanie zaproponować taką wizję rozwoju przyszłości politycznej kontynentu, która w przekonujący sposób przedstawia rozwiązania różnych problemów strukturalnych w skali kontynentu: skoordynowanego zaadresowania problemu masowej migracji w sposób znajdujący szerokie poparcie, wspólnej wizji rozszerzenia UE, rozwiązania trudności z transformacją energetyczną, polityki obronnej, polityki wobec USA i krajów BRICS. itd.

Prawica dobrze widzi, że wszystko to są obszary konfliktogenne, ale nie potrafi wprowadzić na poziomie UE skutecznej alternatywy wobec projektów zgłaszanych przez Komisję Europejską. Prawica dobrze też rozpoznaje, że Bruksela – właśnie po to, aby wymusić tu pewne kompromisy, rozpycha się pozatraktatowo i stawia na Opozycję – ale, umówmy się, że w wyniku błędów negocjacyjnych znalazła się w ogromnym kłopocie z powodu tzw. sporu o praworządność, z którego nie umie się skutecznie wyplątać i jest coraz mocniej przyduszana przez zniecierpliwionych eurokratów.

Koniec końców – nasza prawica ma też problem z prawicą europejską, która w wielu krajach kontynentu jest jawnie prorosyjska i nie stanowi dla naszej konstruktywnego wsparcia.

No i ma też nasza prawica problem z Kościołem katolickim, który pod wodzą papieża Franciszka nie jest dla niej wymarzonym wsparciem.

W efekcie – prawica unika dyskusji o tym, jak w/w problemy rozwiązywać, a w to miejsce sufluje ogólniki. Trudno przy tym nie odnieść wrażenia, że chodzi tu o niewypowiedzianą głośno koncepcję, że „z odpowiedzią na te pytania Europa powinna zaczekać aż Polska będzie tak samo silna jak Niemcy czy Francja”. Łatwo zrozumieć, że koncepcja ta nie znajduje szerszego zrozumienia u naszych partnerów.

Mamy zatem w praktyce do czynienia z polityką faktów dokonanych: Polska pod wodzą prawicy zbroi się na potęgę i próbuje inwestować w przemysł, reaktory jądrowe, morskie farmy wiatrowe itd. – wszystko po to, aby „nabrać tężyzny” w wymiarze międzynarodowej „Realpolitik”. W wymiarze dyplomatycznym jednak nasze sukcesy są znacznie mniejsze właśnie dlatego, że nie stoją za nimi żadne pomysły, poza chyba jednym: że Ameryce znudzą się wreszcie egoistyczne zagrywki Niemiec i USA wesprą nas nie tylko militarnie, ale też ekonomicznie, wpompowując w naszą gospodarkę miliardy jakże nam potrzebnych dolarów.

Chociaż wydaje się to oczywiste – Amerykanie jakoś nie potrafią dostrzec tej opcji. Administracja Bidena nie kwapi się do tego w ogóle, poprzestając na delikatnym wsparciu swoich firm w naszym programie jądrowym, a stanowisko Republikanów napawa nas lękiem z powodu fatalnych wypowiedzi ich kluczowych kandydatów w temacie wojny na Ukrainie.

Prawica zdaje się nie rozumieć tego, że jeśli administracja Bidena nie chce słuchać jej argumentów, to właśnie dlatego, że nie przedstawia ona przekonującej wizji Europy po wojnie na Ukrainie!

Czytaj więcej.