„Skandal, czyli mogę wszystko” tak brzmi nieoficjalne motto państwa, w którym dorośli z władzą w rękach bawią się jak dzieci, a gdy przychodzi do odpowiedzialności, tłumaczą się dziecięcą piosenką: ooo, mogę wszystko. Mogę złamać prawo, mogę przekroczyć uprawnienia, mogę wypełnić znamiona przestępstwa, bo ktoś uzna, że to tylko zabawa i „społecznie nieszkodliwa”. Problem w tym, że to nie jest zespół muzycznie uzdolnionych dzieci, tylko państwo. A skutki tej zabawy ponoszą już nie dzieci, lecz obywatele.
Prokurator stwierdza wprost, że zachowanie Ewa Wrzosek wypełnia znamiona czynu zabronionego z art. 231 k.k., czyli nadużycia władzy przez funkcjonariusza publicznego. A więc: było bezprawie, była władza, było jej przekroczenie. I na tym, w normalnym państwie prawa, sprawa powinna się dopiero zaczynać.
Tymczasem zostaje zamknięta jednym zdaniem o „znikomej społecznej szkodliwości”. To konstrukcja wygodna, ale groźna. Oznacza bowiem, że funkcjonariusz publiczny może łamać prawo, o ile ktoś uzna, że szkoda była niewystarczająco duża. Nie niewinna, nie nieistniejąca, tylko „znikoma”.
Skandal polega na tym, że prawo karne przestaje być normą, a staje się opinią. Tą opinią dysponuje aparat państwa wobec samego siebie. Obywatel w analogicznej sytuacji nie usłyszałby, że jego czyn „formalnie był przestępstwem, ale luz”. Usłyszałby zarzuty.
To także sygnał, że standard odpowiedzialności elit jest niższy niż standard odpowiedzialności zwykłych ludzi. A to uderza w fundament zaufania do państwa: równość wobec prawa.
Najgroźniejsze jest jednak to, że taka logika legalizuje bezkarność. Skoro można oficjalnie napisać: „tak, złamała prawo, ale nie szkodzi”, to następnym razem granica przesunie się jeszcze dalej. Bo skoro wolno trochę, to czemu nie więcej?
To nie jest drobna kontrowersja proceduralna.
To jest przyznanie, że prawo obowiązuje wybiórczo.
A to zawsze kończy się źle i nigdy nie dotyczy tylko jednej osoby.

Wpis z portalu X
Szanowny Panie Dzierżak, przypominam uprzejmie slowa piosenki z czasow pierwszej komuny: “a partia wladzy nie odda w zyciu I rządzic bedzie jak wprzody” oraz „nie damy, nie damy naszego premiera. Wlos z glowy mu nie spadnie”. A takze slowa p. Kobuszewskiego: „Kochany! Wiesz co ni moga mi zrobic?” i odpowiedz Jasia: „Oni moga Panu Majstrowi skoczyc tam…”. Komuna wrocila i „smiercia gardzi. Do broni komunardzi!”. Lysy premier (ten od obcinania rąk) chichocze w grobie. Wujek Google objasnia zjawisko nastepujaco: „AI Overview
„Co wolno wojewodzie, to nie tobie, smrodzie” to przysłowie oznaczające, że
osoby na wyższych stanowiskach (wojewoda) mają większe przywileje i mogą robić rzeczy, które są niedozwolone dla zwykłych ludzi (ty, smrodzie), służące do ganienia kogoś, kto przekracza granice lub próbuje naśladować tych, którzy mają więcej władzy/statusu. Używa się go, aby pokazać nierówność przywilejów i praw.” Pozdrowienia serdeczne. Szczesliwego Nowego Roku. stevek