Nie robił przerwy na kawę, nie sprawdzał sondaży i nie pytał, czy komuś pasuje termin.

Po spotkaniu Trump-Zełenski ruszyła rozmowa na najwyższym poziomie. Taka, w której nie mówi się o emocjach, tylko o realnej sile, bezpieczeństwie i przyszłości Europy.

I nagle- uwaga-Polska była tam obecna.
Nie jako obserwator.
Nie jako przypis.
Nie jako „ten, co zaraz dołączy”.
Był prezydent Karol Nawrocki.
Wyraźnie. Oficjalnie. Wśród liderów, którzy dziś naprawdę rozdają karty.
Obok niego:
Macron,
Merz,
Starmer,
Meloni,
Stubb,
Støre,
von der Leyen.
A więc rozmowa poważna. Ciężka. Geopolityczna.
Taka, do której nie wystarcza uśmiech, PR i konferencja z kartką A4.

I wtedy pojawia się pytanie, które samo się narzuca:
gdzie był Donald Tusk?

Nie na linii Waszyngton-Europa.
Nie przy stole decyzyjnym.
Nie w gronie tych, którzy dziś realnie ważą losy regionu.

Za to- jak głosi ludowa wieść-był bardzo zajęty.
Ziemniaki same się nie obiorą.
Żurek sam się nie zje.
Cymbałki same nie zadzwonią.
A piesek sam się nie narysuje.
Tylko że świat w tym czasie nie rysował piesków.
Świat rysował nowe granice wpływów.

I tak oto Polska miała dwóch przedstawicieli: -jednego, który rozmawiał z liderami Zachodu- i drugiego, który najwyraźniej rozmawiał… z samym sobą.

To już nie jest kwestia stylu.
To jest kwestia obecności albo jej braku. Bo państwa nie reprezentuje się wpisem po fakcie. Nie da się być liderem, będąc wiecznie „chwilowo niedostępnym”.

A historia, jak wiadomo, nie czeka, aż ktoś skończy siorbać żurek.