Niejeden z nas przemierzał bieszczadzkie nekropolie. Ukryte pośród bukowych lasów, zarośnięte wysoką trawą, często położone z dala od uczęszczanych szlaków. Pochylone kamienne krzyże, omszałe nagrobki i resztki cerkiewnych cmentarzy od dziesięcioleci czuwają nad tymi, którzy pozostali tam na zawsze. W takich miejscach człowiek ma wrażenie, że znalazł się pośród historii, która nigdy nie została do końca opowiedziana. Las powoli odzyskał to, co kiedyś należało do człowieka. Korzenie starych buków oplatają mogiły, mech przykrywa nazwiska, a wiatr zdaje się szeptać modlitwy, które dawno temu rozbrzmiewały nad tymi grobami. Wystarczy zamknąć oczy, by wyobrazić sobie kondukt pogrzebowy wspinający się wąską drogą ku cmentarzowi i usłyszeć pieśni, które niosły się po całej dolinie. Dla Bojków, Łemków i Rusinów karpackich śmierć nie oznaczała końca. Była przejściem do innego świata. Wierzono, że dusza jeszcze przez pewien czas pozostaje blisko domu, widzi swoich bliskich i słyszy ich modlitwy. Dlatego chwili śmierci towarzyszył ogromny szacunek oraz wiele obrzędów, których korzenie sięgały czasów znacznie starszych niż chrześcijaństwo. Kiedy ktoś czuł, że zbliża się jego ostatnia godzina, rodzina zbierała się przy łóżku. Prosili umierającego o przebaczenie, oraz sami wybaczali dawne urazy. Zapalano gromnicę, której płomień miał rozświetlić duszy drogę do wieczności. Jeśli tylko było to możliwe, sprowadzano kapłana, by udzielił ostatnich sakramentów. Po śmierci otwierano okno, wierząc, że dusza nie może zostać uwięziona w izbie. Zatrzymywano zegary, zasłaniano lustra. Kobiety obmywały ciało ciepłą wodą z dodatkiem pachnących ziół, po czym ubierano zmarłego w najlepszy strój, nierzadko przygotowany wiele lat wcześniej specjalnie na tę chwilę. Mężczyznom wkładano do dłoni krzyż lub różaniec, kobietom modlitewnik albo święty obrazek. Trumna przez cały czas pozostawała otwarta. Wokół niej ustawiano świece, a sąsiedzi i krewni przychodzili na modlitwę. To nocne czuwanie nazywano pustą nocą. Rozbrzmiewały pieśni żałobne. Starsze kobiety prowadziły modlitwy, wspominano życie zmarłego, opowiadano historie z jego młodości. W niektórych wsiach młodzi ludzie opowiadali zagadki a nawet żartowali. Nie wynikało to z braku szacunku. Wierzono, że zmarły odchodzi spokojniej, słysząc głosy swoich najbliższych i czując, że życie toczy się dalej.

Do trumny wkładano przedmioty należące do zmarłego fajkę, różaniec, modlitewnik, laskę, a czasem niewielką monetę. W dniu pogrzebu cała wieś odprowadzała go na cmentarz. Trumnę nieśli krewni lub sąsiedzi. Przed konduktem niesiono krzyż, za nim podążał duchowny i rodzina. Po złożeniu trumny do grobu każdy rzucał na nia garść ziemi. Trzeciego, dziewiątego i czterdziestego dnia po śmierci ponownie odprawiano modlitwy. Wierzono, że właśnie wtedy dusza przechodzi kolejne etapy swojej drogi ku wieczności. Jednak obok chrześcijańskich obrzędów żyły znacznie starsze wierzenia. W wielu bieszczadzkich wsiach obawiano się, że nie każdy zmarły zazna spokoju. Największy lęk budziły osoby zmarłe nagle, samobójcy, ludzie oskarżani o czary, ci, którzy za życia uchodzili za mściwych. Sądzono, że ich dusze mogą nie odnaleźć drogi do świata zmarłych i powrócić jako upiory lub strzygi. Gdy we wsi umierało kilka osób jedna po drugiej, gdy chorowało bydło albo niewyjaśniona choroba zabierała dzieci, wielu wierzyło, że przyczyną jest niespokojny zmarły.
Z tego lęku narodziły się pochówki, które dziś nazywamy antywampirycznymi. Według dawnych przekazów niektórym zmarłym przebijano klatkę piersiową osikowym kołkiem, ponieważ osika była uznawana za drzewo o szczególnej mocy. Zdarzało się obciążanie ciała dużymi kamieniami, aby jak wierzono nie mogło opuścić grobu. W niektórych opowieściach wspomina się o oddzielaniu głowy od tułowia i ułożeniu jej przy nogach zmarłego. Wokół mogiły rozsypywano mak lub proso. Według ludowych wierzeń upiór musiał policzyć każde ziarenko, zanim wydostał się z grobu, a zanim skończył, nadchodził świt i pierwsze pianie koguta odbierało mu moc.
W okolicach Jawornika koło Komańczy do dziś opowiada się historie o starym cmentarzu, na którym jak głosi miejscowa tradycja stosowano niezwykłe sposoby pochówku wobec osób budzących lęk. Trudno dziś oddzielić prawdę od legendy. Jedno jest jednak pewne strach przed powrotem zmarłych był w dawnych Bieszczadach bardzo realny. To on sprawiał, że ludzie dokładnie przestrzegali wszystkich obrzędów pogrzebowych. Wierzono, że najmniejszy błąd może zakłócić spokój duszy. Dzisiaj wiele cmentarzy dawnych mieszkańców ukrywa las.

Kiedy staniesz przed jednym z tych zapomnianych nagrobków, zatrzymaj się na chwilę. A gdy wiatr poruszy gałęziami starych buków, może gdzieś obok stoi ktoś kogo historię warto odnaleźć….

Autor: Jędruś Ciupaga