„Tak to jest i to się zawsze powtarza – nawet jeśli prawica populistyczna potrafi okazjonalnie odebrać władzę lewicy liberalnej, to nie jest jej w stanie utrzymać i się zakorzenić” – napisał Zbigniew Szczęsny w social mediach.
No cóż…
Kiedy prawica była liberalna potrafiła utrzymać władzę przez 12 lat (Reagan, Bush). Bill Clinton – demokrata – też przyszedł z liberalnymi hasłami.
Słowo – klucz, które Pan Zbigniew użył to „populizm”. Któregoś dnia prawica abdykowała z przewodzenia elektoratowi (tworzenia wzorców postaw, wskazywania drogi) i stwierdziła, że będzie obsługiwać zbiorowe namiętności ludu takie, jakie one są w naturze.
Dlatego dzisiaj polityk prawicowy „ma w dupie” liberalne reguły bo „zostały ustalone przez lewaków i tylko im służą”. Prawicowiec nie dokonuje refleksji na zasadzie ta reguła dobra, ta wymaga korekty. Nie! On chce brać na rympał.
Kaczyńskiemu w Polsce wystarczył pretekst (wybór nadmiarowych sędziów, co zresztą zostało zgodnie z regułami skorygowane) żeby podeptać cały „liberalny” porządek.
A chodziło tylko o to, żeby swoich ludzi powsadzać na stanowiska a nie o projekt cywilizacyjny. Bo on wymaga wysiłku intelektualnego.
Tymczasem nawet duża część prawicy ma przekonanie, że polityka jest albo liberalna albo nie ma jej wcale – zamienia się w dyktat (tu chyba najdobitniej wyraził się Rokita w jakimś z wywiadów). To co oni chcą tworzyć? Są jak niegrzeczne dzieci płaczące i tupiące nogami, że nie chcą im dawać zabawek, bo czegoś się od nich wymaga.
Politycy prawicy najwyraźniej źle czują się w gorsecie aksjologii chrześcijańskiej. Swego czasu przyszedł do Sejmu Papież Jan Paweł II i wezwał „od Unii Lubelskiej do Unii Europejskiej”. A ta druga coraz mniej się prawicowcom podoba. Jednak własnej alternatywy nie mają. Chcieliby może Europy ale takiej bez gorsetów, żeby im się do niczego nie wtrącała. I straszą nią – raz mniej, raz bardziej skutecznie. To jedno z najciekawszych pęknięć w dzisiejszej polityce – napięcie między retorycznym powoływaniem się na dziedzictwo chrześcijańskie a praktyczną polityką tożsamościową i suwerennościową. Dość stwierdzić, że są już na prawicy ludzie, w tym wspomniany Pan Zbigniew, którzy postulują zerwanie z Kościołem.
Prawica nie przerobiła lekcji. Uważam, że zarówno Pan Zbigniew, który postuluje zerwanie z Kościołem, jak i taki np. Jacek Kurski, dla którego wiara jest fasadą, za którą czai się cyniczna polityka, są w błędzie.
Sam jestem z pokolenia JPII i pamiętam to, co papież mówił o starał się przekazać. W swoim, wtedy, młodzieńczym zapale aż podskoczyłem do góry, jak na meczu po strzeleniu bramki, kiedy wypowiedział wyżej cytowane w słowa w polskim Parlamencie.
Wystąpienie Jana Pawła II w parlamencie w 1999 roku – ze słynnym nawiązaniem do Unii Lubelskiej – opierało się na koncepcji Europy zintegrowanej duchowo i kulturowo, w której chrześcijaństwo jest płaszczyzną porozumienia, a nie barierą ! Papież postrzegał wejście Polski do struktur zachodnich nie jako asymilację, lecz jako misję: wniesienie własnych doświadczeń i wartości do wspólnego stołu.
A co nasza prawica ma na tym polu do zaproponowania?
Współczesna prawica w dużej mierze porzuciła ten uniwersalistyczny wymiar chrześcijaństwa na rzecz religii traktowanej czysto tożsamościowo i defensywnie. Z papieskiego nauczania wybrano elementy doktrynalne dotyczące bioetyki, rodziny czy moralności seksualnej, odrzucając lub ignorując komponent społeczny, otwartość na dialog, kwestie uchodźcze czy właśnie ideę ponadnarodowej wspólnoty. Chrześcijaństwo przestało być spoiwem łączącym Polskę z kontynentem, a stało się szańcem, z którego ostrzeliwuje się „zepsuty moralnie Zachód”. Widziałem takie rzeczy w Rosji, w której mieszkałem ponad dwa lata. I nie ukrywam, że mnie to przeraża.
Prawica chętnie powołuje się na gaullistowską formułę „Europy Ojczyzn” lub luźną konfederację handlową, jednak ta wizja cierpi na poważny brak realizmu politycznego.
Przede wszystkim poza doraźnym sprzeciwem wobec kolejnych traktatów czy regulacji (klimatycznych, praworządnościowych), prawica nie proponuje spójnego, alternatywnego modelu architektury bezpieczeństwa i gospodarki tymczasem elektorat i gospodarka oczekują wspólnego rynku, swobody przemieszczania się oraz funduszy spójności i inwestycyjnych. Prawica chciałaby więc Europy będącej wyłącznie „bankomatem” i strefą wolnocłową – bez jakichkolwiek wspólnych standardów prawnych, procedur weryfikacyjnych czy wzajemnych zobowiązań.
Poza tym w realiach geopolitycznych (zwłaszcza w obliczu agresji Rosji na Ukrainę) osłabianie struktur zachodnich bez wskazania innej twardej kotwicy bezpieczeństwa okazuje się ślepą uliczką, co zmusza do lawirowania między antybrukselską retoryką a koniecznością utrzymywania sojuszy.
Skoro brakuje pozytywnego, wykonalnego projektu zreformowania Unii na własnych warunkach, dominującym narzędziem staje się polityka resentymentu i lęku. Unia Europejska w tym przekazie bywa przedstawiana w jakiś taki karykaturalny sposób: zamiast sporu o podział kompetencji między państwami a Brukselą, integrację opisuje się językiem zaborów lub nowej formy imperializmu (najczęściej pod dyktando Berlina). Każda zaś unijna regulacja – od transformacji energetycznej po prawa mniejszości – jest ubierana w szaty „zamachu na polską tożsamość i wiarę przodków”.
Liderzy prawicy rzadko mają odwagę otwarcie zaproponować Polexit, ponieważ wiedzą, że poparcie dla członkostwa w UE w polskim społeczeństwie pozostaje wysokie. Tworzy to dysonans: Bruksela jest przedstawiana jako śmiertelne zagrożenie, a jednocześnie deklaruje się wolę pozostania w jej strukturach (chociaż Jarosław Kaczyński już chyba pierwsze jaskółki wypuścił).
Końcowa sprzeczność polega na tym, że prawica znalazła się w kleszczach podwójnego „gorsetu”:
unijnego (traktaty, sądownictwo, reguły gry – ogranicza swobodę rządzenia według własnego, często autorytarnego lub arbitralnego uznania) i chrześcijańskiego; w jego autentycznym, ewangelicznym wydaniu wymaga wielkoduszności, dialogu, poszanowania godności obcego i szukania jedności – co stoi w sprzeczności z dynamiką polaryzacji politycznej, na której prawica buduje swoje poparcie.
W efekcie retoryka obrony cywilizacji chrześcijańskiej staje się fasadą dla partykularnego nacjonalizmu, który z papieskim wezwaniem sprzed ćwierćwiecza ma już wspólne niemal wyłącznie portrety Jana Pawła II niesione na partyjnych sztandarach.
Smutna to katastrofa, bo nie tak to się zapowiadało.
Konserwatyzm klasyczny budował instytucje, a populizm opiera się wyłącznie na charyzmie lidera.
Reagan czy Thatcher zostawili po sobie trwałe ramy prawne, doktryny gospodarcze i sprawny aparat państwowy, z którego ich formacje czerpały przez dekady. Tymczasem ruchy MAGA czy PiS opierają się na relacji wódz–wiec. Kiedy lider słabnie lub przegrywa wybory, po ruchu zostaje pustka organizacyjna, bo zamiast kadr wykształcono jedynie wykonawców i potakiwaczy. Dlatego prawica populistyczna nie potrafi utrzymać władzy w sztafecie pokoleniowej – nie da się odziedziczyć cudzej charyzmy (co widać po problemach JD Vance’a czy potencjalnych następców Kaczyńskiego). Śmiem twierdzić, że nie dlatego, że jest „kosciółkowa”, co twierdzi Pan Zbigniew, ale właśnie dlatego, że jest wręcz sekciarska!
Prawica populistyczna doskonale definiuje to, czego nienawidzi, ale nie potrafi zaproponować trwałej alternatywy ustrojowej. Odrzucenie „liberalnych reguł” jako rzekomo lewicowych pułapek prowadzi do czystego nihilizmu instytucjonalnego. Skoro prawica uznaje sądy, procedury, checks and balances i standardy służby cywilnej za wrogie bastiony, zamiast je reformować – po prostu je paraliżuje lub obsadza lojalistami bez kompetencji. Efekt jest taki, że po utracie władzy „dorobek” populistów znika niemal z dnia na dzień, bo opierał się wyłącznie na dekretach, doraźnych ustawach i personelu, który natychmiast traci legitymację.
Kiedyś fundamentem prawicy – od Edmunda Burke’a po Ronalda Reagana – była wolność jednostki, rządy prawa ograniczające omnipotencję państwa oraz stabilność kontraktu społecznego. Dzisiejszy populizm stał się lustrzanym odbiciem skrajnego etatyzmu: oferuje klientelizm, państwo opiekuńcze podszyte nacjonalizmem i arbitralną władzę urzędnika nad obywatelem czy przedsiębiorcą. Abdykując z obrony wolności i praworządności, prawica sama zepchnęła się do narożnika, oddając centrum i klasę średnią walkowerem.
Tragedią współczesnej prawicy jest to, że zamieniła obronę porządku prawnego na doraźną partyzantkę personalną. Kiedy niszczy się reguły gry, zapomina się, że te same reguły chronią przed powrotem wahadła w drugą stronę. Biorąc państwo „na rympał”, prawica nie buduje trwałej hegemonii – daje jedynie swoim przeciwnikom doskonałe alibi do zrobienia dokładnie tego samego, tylko z podwójną siłą.
Nie wiem jak to jest w Ameryce, tamtejsze stosunki znam słabo, ale Polsce rodzimi prawicowcy chcieli być jak Ronald Reagan, a na razie wyglądają jak ekipa remontowa ze szwagrem na czele: kafelki położone na rympał, faktury – brak, a po dwóch latach wszystko odpada od ściany przy pierwszym trzaśnięciu drzwiami. Będzie Pan zadowolony!
Zostaw komentarz