Donosicielstwo to okropna sprawa, nawet wówczas, gdy donosy nie wyrządziły znaczniejszych krzywd. Zastanawiam się dlaczego mówimy dzisiaj tylko o Wałęsie vel Bolek? Czyżby brakowało w Polsce donosicieli, których donosy zniszczyły życie wielu ludziom. Czyżby brakowało funkcjonariuszy UB/WSI/SB, którzy znęcali się, torturowali, zabijali?
Wałęsa nie rabował, nie należał do ORMO, nie był nawet członkiem PZPR. A przecież to stoczniowcy z opaskami ZMP rozkułaczali np. Kaszubów. To stoczniowcy z opaskami ZMP sądzili innych stoczniowców i wyrzucali ich z pracy. Nikt ich nie zna? Naprawdę?
Stocznia była utkana funkcjonariuszami i konfidentami. Było ORMO, SB, Klub Oficerów Rezerwy, wypróbowani towarzysze walki o prawdziwe oblicze socjalizmu w Polsce. Była PZPR, ostoja komuny w Stoczni. Był wreszcie ZMS/ZSMP i Liga Kobiet, organizacje kontrolujące prawomyślność.
Pełno jest donosicieli, którzy w stanie wojennym dokonali wiele krzywd i dorobili się potężnych majątków. Nie słyszę o sędziach winnych zbrodni sądowych. Nie słyszę o konfidentach, których donosy oznaczały śmierć dziesiątków i setek ludzi. Znam grzeszników, działaczy ZMP, współpracowników UB/SB, którym dzisiaj stawia się pomniki, lub zasiadają w euro i polskim parlamencie. Czy czasem sprawa Wałęsy nie zaciemnia sprawy innych donosicieli? Wałęsa nie był jedynym donosicielem w Polsce.
Być może właśnie dlatego kondycja polskiego społeczeństwa jest dziś taka, jaka jest. Być może to echo tamtych postaw, kompromisów i moralnych półśrodków wciąż w nas pracuje – nie tylko jako historia, lecz jako pewien wzór reagowania, zapisany w mentalności. Filozofia uczy, że wspólnoty dziedziczą nie tylko wydarzenia, ale i sposoby myślenia: to, co przez lata było tolerowane, usprawiedliwiane lub przemilczane, staje się częścią zbiorowej normy. Psychologia społeczna mówi z kolei, że ludzie przyzwyczajeni do życia w cieniu układów łatwiej akceptują ich współczesne wersje, nawet jeśli intuicyjnie czują sprzeciw.
I może dlatego przy urnach wyborczych zdarza się, że powierzamy władzę ludziom niegodnym sprawowania mandatu posła, senatora – nie mówiąc już o najwyższych funkcjach w państwie. Niewykluczone, że w społeczeństwie nadal istnieje dziedzictwo tamtej mentalności – ludzi, dla których lojalność wobec układu była ważniejsza niż uczciwość. Historia bowiem nie znika wraz z upływem czasu; ona osiada w nawykach, w sposobie oceniania świata, w granicach tego, co uznajemy za dopuszczalne. A potem wraca w naszych zbiorowych decyzjach, przypominając, że przeszłość żyje tak długo, jak długo nie zostanie naprawdę zrozumiana i przepracowana.
Dlatego prawdziwe rozliczenie z historią nie polega wyłącznie na wskazywaniu nazwisk czy sporach o symbole, lecz na głębokiej pracy nad własną świadomością jako wspólnoty. Dopiero wtedy możliwe jest przerwanie tego łańcucha nawyków i przyzwyczajeń – nie przez zapomnienie, ale przez zrozumienie. Bo dojrzałe społeczeństwo nie ucieka od swojej przeszłości ani jej nie mitologizuje; potrafi ją przyjąć, nazwać i wyciągnąć z niej wnioski, które kształtują lepsze wybory na przyszłość.
Zostaw komentarz