Grubo!
Są sprawy, które są większe niż człowiek.
To się nie mieści w głowach ludzi przywykłych do „ładu konstruktywistycznego”.
Pokolenia mądrali przekonywały nas, że wszystko daje się załatwatwić na drodze negocjacji, porozumień, polityki wzajemnych ustępstw i wzajemnego zrozumienia.
To dlatego Izrael jest dziś „czarnym ludem” dla głównego nurtu polityków Zachodu, bo sytuacja na Bliskim Wschodzie jakoś nie chce się wpisać ten optymistyczny scenariusz a suflowana przez Zachód koncepcja „współistnienia dwóch państw” okazuje się kompletnie nieralna. W oczach Zachodu jest to nie do pomyślenia i musi wynikać ze „złej woli” – bo przecież z niczego innego!
Mainstream, zwłaszcza w Unii Europejskiej odrzucił geopolitkę. Jakieś resztki myślenia geopolitycznego funkcjonują jeszcze we Francji, ale jaka jest jego percepcja niech świadczy wypowiedź Nilsa Schmidta, rzecznika Komisji Spraw Zagranicznych Bundestagu:
„Jeśli chodzi o wymiar geopolityczny, a Francuzi często oskarżają Niemców o to, że nie myślimy o geopolityce, to naszym zdaniem Francuzi po prostu utknęli w swoim postimperialnym myśleniu. Kiedy słyszymy takie głosy, to w Niemczech narasta zniecierpliwienie.”
Tymczasem sami widzimy, że pomimo przeróżnych wysiłków i całej oficjalnej retoryki – sprawy posuwają się w określonym kierunku jak gdyby wbrew woli wszystkich stron, które wolałby przecież uniknąć konfliktu i żyć w spokoju. Ale – okazuje się, że się nie da!
W takiej sytuacji oficjalna narracja zawsze zaczyna „psychologizować”. Putin jest „szaleńcem”. Trump – „egotycznym maniakiem”, liderzy Iranu – „fanatykami”, prezydent Turcji ma „tendencje autorytarne”, itd. Nikt nie chce przyznać, że niezależnie od osobistych cech charakteru – przywódcy ci poruszają się w określonych ramach i jeśli oni i ich narody uważają, że te ramy są zbyt ciasne, to wyłamują się z wygodnego dla obecnych beneficjentów konsensusu.
Moim zdaniem mamy dziś na Zachodzie do czynienia z jakimś przerostem moralnego purytanizmu. Z ekspansją oświeceniowego przekonania o konieczności „wiecznego pokoju”, które sam rozum dysktuje, więc kto go nie chce – ten jest niespełna rozumu.
Skrajna naiwność tego poglądu jest jak „nowe szaty króla” z bajki Andersena. Wszyscy obawiają się przyznać, że król jest nagi i konformistycznie udają, że „ład międzynarodowy” wszystkim powinien pasować.
To przekonanie jest tak silne, że Wielka Brytania właśnie zrzekła się praw do Wysp Czagos i zwróci je Mauritiusowi. Na wyspach tych znajduje się arcyważna amerykańska baza wojskowa Diego Garcia. Teoretycznie amerykańsko-brytyjskie zwierzchnictwo nad tą bazą ma być zachowane przez kolejne 99 lat, ale w praktyce Mauritius może już np. zablokować dojście do jej portu. Zauważam, że od ponad dekady kwitną stosunki między Chinami a Mauritiusem. Chiny urastają tam na głównego inwestora. Tymczasem, premier Wielkiej Brytanii ogłosił porozumienie w sprawie zwierzchnictwa nad archipelagiem jako sukces. Perspektywa tego, że najważniejsza baza wojskowa aliantów na Oceanie Indyjskim może teraz zostać otoczona wianuszkiem chińskich urządzeń wywiadowczych jakoś go nie niepokoi.
Wyparcie stosunków siły jako instrumentu wpływu stało się dewizą postępowców, co znalazło odzwierciedlenie w opini publicznej od 1968 r. Od tego czasu Zachód nie jest już właściwie w stanie wygrać żadnej wojny, gdyż „zwycięstwo” przestało być rozumiane jako prosta realizacja własnego interesu, ale raczej nabrało charakteru realizacji jakiejś wizji „dobra powszechnego”. Współczesny człowiek Zachodu brzydzi się polityką realną i domaga się właśnie działania „ponad interesem”. Jednak za jego gotowością do wyzbycia się korzyści stoi przekonanie, że żadne poświęcenie nie naruszy fundamentów, na któych spoczywa ład społeczny krajów Zachodu.
I tak właściwie było przez minione dekady… aż do teraz, kiedy zmiany na świecie spowodowały, że przekonanie to zaczyna być testowane.
Zostaw komentarz