Emocje nie są stałe, ani prostoliniowe, ale piłokształtne: gwałtwowny początkowo wzrost, potem stabilizacja, na końcu gwałtowny spadek. Sztuka polega na tym, żeby szczyt emocji wypadł na moment wyborów.

Najsilniejsze emocje występują na spotkaniach grupowych, kiedy uczestnicy wzajemnie się stymulują. De facto taka masówka to Grand Finale kampanii. Potem emocje zaczynają opadać.

Robienie wielkiego spędu na dwa tygodnie przed wyborami to przedwczesna ejakulacja. Istnieje bowiem ryzyko graniczące z pewnością, że mimo wszelkich starań, których będziemy świadkami, emocje już nie będą rosły. Po obu stronach, chyba, że opcja rzadząca w ostatnim tygodniu wyciągnie królika z kapelusza.
Co więcej, spadek będzie tym szybszy, im gwałtowniej i gwałtowniejsze emocje wcześniej przywoływano.

Dodatkowo organizm pozbywa się w pierwszej kolejności emocji negatywnych, pozytywne trwają dłużej. Dlatego więcej i trwalej zyskuje ten, kto buduje emocje stopniowo i powoli, nie dochodząc do szczytu przed wyborami i pozwalając, żeby to odbiorcy sami się stymulowali przez ostatnie dni.

Trwalszy jest też efekt emocji pozytywnych, czyli „obronimy”, a nie „zburzymy” (w 2015 wiedziałem, że na trzecią kadencję nie wystarczy hasło „zmiany”, trzeba zbudować poparcie wokół obrony tego, co osiągnięto; byłem wówczas ciekaw, co stanie się bronionym sztandarem, ale nie przypuszczałem, że opozycja i KE same dostarczą paliwa).

A wnioski sami sobie wyciągnijcie..

Autor: Skipper