– Panie Radku, my wszystko rozumiemy, ale trochę nam tu pan nabruździł. Pan popatrzy, ile ludzi pan naobrażał swoimi postami. To co pan tu wszystko wypisuje. – powiedziała w telefonicznej rozmowie niższej rangi urzędniczka z ratusza.
– Nie wiem, proszę pani. Jak coś pomyślę, to zapisuję z automatu. Żeby nie zapomnieć, że kiedyś myślałem. Bo przecież mogę kiedyś przestać myśleć, a jak to pokażę to…
– No komu?
– Choćby moim dzieciom. – odparłem.
– One już od dawna pana nie słuchają. Pamięta pan jak urwało się panu drugie koło w rowerze? – pyta niższej rangi urzędniczka. – To, które było co prawda krzywe, jajcowate takie, ale przynajmniej było!
– Owszem, odpowiadam stanowczo, bo ten akurat moment pamiętam. – koło potoczyło się w nieznanym kierunku. Ale tak rytmicznie, filmowo niemal – powiedziałem z żalem, ukrywając łzy, starając się jednocześnie ironizować.
– I tak pan zatapia swoje smutki, w takiej depresyjnej kałuży. Nie szkoda panu życia? – pyta urzędniczka.
– Nie szkoda, bo mam go dużo, po ojcu mam festelnie mocne geny – odparłem hardo. Może niepotrzebnie się napinając. – ale moment, dlaczego ja z panią rozmawiam? – zapytałem.
– Tego nie wiem, ja przynajmniej dostałam polecenie służbowe od właścicielki ratusza i wielkiej florystki. Żeby z panem rozmawiać. Rozmawiaj z nim pani Wiolu, bo jak będzie zajęty rozmową, nie będzie pisać – powiedziała.
– No tak, odrzekłem. Od zawsze wiedziałem, że chcą mnie zamknąć w jakieś klatce.
Zostaw komentarz