Mam wrażenie, że książki pisane przez ludzi, których dzieciństwo przypadło na lata 80 –te, którzy gdzieś w drugiej połowie lat 90-tych pisali matury, są splątanymi w jakimś sentymentalnym walcu uczuciami lekkiej melancholii, nadziei na lepszą przyszłość, jakiejś pretensji do świata, że jest jaki jest i wreszcie stłumionego krzyku: patrzcie tu jestem! Ja i moja wrażliwość, k… mać. To na końcu, to taka fasada, mająca pokazać, że jesteśmy dorośli i rozumiemy, jak to wszystko jest urządzone, ale i tak tego nie akceptujemy, nie odnajdujemy się w tym.
Dlatego książki te to zapis wewnętrznych stanów ducha szukającego estetycznego wyrazu, która nie tylko ich autorom, ale i ich czytelnikom, ma przynieść jakieś wytchnienie od brzydoty i smutku świata, który powoli przychodzi nam przyjmować w zarząd.
Pisałem swego czasu o tomie „Było. Nostalgicznie o czasach przełomu” Sebastiana Markiewicza. Teraz, w nowym tomie „Migawki warszawskie” Autor zaprasza nas do autobusu, metra, do taksówki, nawet na spacer, żeby opowiedzieć swój poemat o mieście, w którym Krakowskie Przedmieście nie jest zalane słońcem a „blaskiem miliarda żarówek, chociaż przecież kryzys, drogi prąd, walka z ociepleniem, ślad węglowy, brak węgla…”, gdzie o 6 rano jak jakieś Madonny w brykach sześciokonnych jadą otwierać sklepy. To „Anety z dorobionymi rzęsami”. Bez nich miasto nie mogło by żyć. „Bo jak adwokat nie pójdzie do pracy, to nic się nie stanie (…). Ale jak ktoś nie otworzy sklepu, to już się widzi” (tutaj).
Freskując napotkanych ludzi, rejestrując zasłyszane dialogi, opisując atmosferę, fotografując i Bóg jeden wie, co jeszcze robiąc, Autor bawi się w „Estrahowanie rzeczywistości” (tytuł ostatniej miniatury), która – niczym u francuskiego filozofa Emmanuela Levinasa – zaklęta jest w ludzkiej twarzy: „Lubię patrzeć na twarze, które zawierają w sobie jakąś treść. Zazwyczaj smutną, jak smutne jest życie większości ludzi. Twarze, które same w sobie są opowieścią, dziełem sztuki, historią, muzyką i poezją. Takie, na które można patrzeć bez końca.”
Te smutne twarze i te smutne ludzkie życia zlewa Autor z nutką wesołości i ironii tworząc z tego dosyć przyjemny amalgamat. Trochę jak w filmach koreańskiego reżysera Wonga Karwaia.
Fajnie mi się to czytało, serdecznie polecam.

Zostaw komentarz