Niektórzy mówią, że było – 40. Inni, że bez przesady, było dużo cieplej – góra – 20. I nie żadne bydlęce a zwykłe towarowe wagony. To była taka przedwojenna zima, z saniami, śniegiem, trzaskającym mrozem i pochodniami, zupełnie taka jak teraz. Można było oczywiście robić kulig ale kto by myślał w takich chwilach o kuligu? Konie, sanie, wozy i pochodnie – wszystko to służyło w ten lutowy poranek nie rozrywce a dramatom. Konie rżały wniebogłosy bo płoszył je tupot buciorów i bluzgi w dziwnym, jakby lepiącym się do podniebienia języku. Sanie woziły opatulonych czymkolwiek czyli wszystkim pasażerów na kolejne stacje kolejowe i wracały po następnych. Niektórym się udało zgarnąć nawet i pół tony jakichś, często przypadkowych rzeczy, inni wzięli masło, złoto i siekiery (ci przeżyli), jeszcze inni nie zabrali z sobą absolutnie nic. Wyły psy i dzieci, rozpaczały stare baby i dziewczyny a mężczyźni stali w osłupieniu jak bezwolne stado owiec lub ich gdzieś zabrano. Wielu z nich nie zrozumiało co się tak naprawdę stało, czym był łomot w drzwi wejściowe tuż po czwartej rano i że więcej nie zobaczą swoich bliskich. Tak zaczęła się największa deportacja w dziejach Polski. Przez półtora roku wywieziono z dawnych Kresów Wschodnich Rzeczypospolitej Polskiej niezbadaną aż do dzisiaj liczbę ludzi – byli to Polacy i obywatele polscy różnych wyznań i narodowości. Wielu z nich rozpoczynało właśnie swą najdłuższą podróż w życiu – podróż, która potrwać miała nawet i dziesiątki lat. Dla wielu były to ostatnie dni, minuty i godziny życia.

Tu przerywnik. Tymi wagonami nie jeździło wcześniej bydło, jak niektórzy czasem mówią. Te dla bydła wykładano sianem, były w nich paśniki i koryta z wodą. Jeśli pominiemy smród to można chyba przyjąć, że w sowieckim raju bydło przemieszczało się w o wiele bardziej komfortowy sposób.

Tutaj zamiast siana były tylko gołe dechy i czasami metalowa koza, spełniająca rolę pieca. Pod ścianami prycze, gdzie gnieździli się po dwoje, troje, czasem czworo. Jeśli trafił się zaradny współtowarzysz drogi, z ruska wyrąbywał otwór gdzieś pod ścianą i to była cała toaleta – dobrze, jesli trafił się też koc, zapewniający odrobinę prywatności. Jeśli zaś zaradny sąsiad się nie trafił i nie było koca, jazda odbywała się w tym samym smrodzie, w którym stało opisane wcześniej bydło. Raz na dobę drzwi wagonu otwierały się z łomotem i do środka wędrowały skarby – miska z wrzątkiem, czasem zupa gotowana na zużytym gwoździu, od wielkiego dzwonu pół bochenka zeschniętego chleba. W drugą stronę wędrowały trupy. Czasem nawet większa partia trupów. Trupy duże, trupy małe i te trupki najdrobniejsze. Lądowały prosto w śniegu, po czym drzwi się zamykały i eszelon jechał dalej. Podróż trwała ponad miesiąc a nierzadko dłużej.

Tak podróżowali od początku już, w zasadzie, lat trzydziestych, jednak kulminacja tych „podróży” miała miejsce w latach 1940-1941, kiedy w czterech wielkich falach deportacji wywieziono w mroźną otchłań już nie setki, ale i tysiące i tysiące tych tysięcy istnień. Nikt dokładnie nie wie ile. I nie będzie nigdy wiedział.

Tej podróży i tej traumy nie zafundowali im kosmici ani niezbadane siły. Byli to sowieci – ruskie wojsko i aparat bezpieczeństwa, działający na zlecenie kierownictwa Związku Radzieckiego, który rozpoczynał właśnie „rozwiązanie kwestii polskiej” na podbitych oraz najechanych bez wypowiedzenia wojny wschodnich ziemiach Rzeczypospolitej. Nazywano to oswobodzeniem bratnich ziem, odpolaczeniem a gdybyśmy chcieli mierzyć to współczesną miarką – pewnie denazyfikacją. Czy to wam coś przypomina?

Dołączony film jest krótki, trwa zaledwie trzy minuty – spójrzcie proszę na te kadry. Sceny sprzed osiemdziesięciu lat przeplotłem ujęciami z całkiem niedawnego marca. Podobieństwo nie jest przypadkowe. To ta sama akcja i ten sam mechanizm. Znów na skalę przemysłową prowadzone są represje na cywilach i te wagonowe deportacje – w osiemdziesiąt lat po tamtej zbrodni eszelony zabierają z Ukrainy matki, dzieci, babcie i staruszków – i wywożą ich w tysiącach gdzieś w nieznane. Znów kolejny naród więc doświadcza mrozu, głodu i „nieludzkiej ziemi”. Twardych danych, tak jak kiedyś nie ma – wiemy tylko, że już wywieziono i że te wywózki nadal trwają, niezbadaną dotąd liczbę Ukraińców. Mogą to być nawet dwa miliony ludzi czyli tyle samo albo nawet więcej niż przed osiemdziesięcioma paru laty.

Tamtych nawet jeszcze dzisiaj próbujemy się doliczyć. Wielu nigdy nie znajdziemy.

Pierwsza fala masowych deportacji ludności polskiej ze wschodnich terenów RP przez okupacyjne władze sowieckie miała miejsce 10 lutego 1940 roku – kolejne w kwietniu i czerwcu tego roku a ostatnia, czwarta, równo rok później. Zapomniana, pomijana zbrodnia, zbrodnia przeciwko ludzkości, której nikt do dzisiaj nie osądził ani nie próbował wynagrodzić, zbrodnia której nie chce nikt przygarnąć i oswoić. Była jednak taka zbrodnia. Bladym świtem, w srogim mrozie runął świat, którego nikt już nigdy nie odtworzy ani nie naprawi. Znamy go wyłącznie z niewyraźnych fotografii w sepii z siatką starczych plam historii. To w zasadzie wszystko.

Pamiętajmy więc o Sybirakach. Bo ta historia dotyczy nas wszystkich. I właśnie się powtarza.

Autor: Krzysztof Hoffman

Fundacja Znaki Pamięci
#PamietajmyOSybirakach