Otóż, proszę państwa, mamy konflikt o Trybunał Konstytucyjny na pograniczu wojny domowej. Oczywiście to nieprawda, gdyż straszenie wojną to histeria medialna, ale konflikt jest. 

W tym konflikcie są dwie strony i każda mówi swoje. Ośmiu prawników, którzy z pomocą ministra Żurka i policji ukonstytuowali się jako Trybunał Konstytucyjny, twierdzi, że mają rację. Bo najważniejsze dla Polek i Polaków jest, aby Trybunał działał. A do tego oni są prawnikami, więc mają rację, gdyż się na tym znają. 

Problem polega na tym, że im już nikt nie wierzy. 

Myślę, że największymi przegranymi sporu o Trybunał Konstytucyjny są prawnicy. Bo okazało się, że prawo nie ma znaczenia, ale ważne jest, kto zasiada w Trybunale. 

Jeżeli prawnicy nie zdają sobie sprawy, jak bardzo osłabiło to ich pozycję, to znaczy, że nie są tacy mądrzy, jak im się wydaje. Bo mieli doskonałą pozycję i powinni jej bronić za wszelką cenę. A oni utytłali swój autorytet w błocie walki politycznej. 

Zapewne dlatego niektórzy znani prawnicy próbują odzyskać twarz, zachowując podczas obecnej odsłony sporu o Trybunał minimum obiektywizmu. Ale nic z tego. Za późno. Prawnicy już tak bardzo się ubabrali, że profesjonalny obiektywizm traktowany jest jak opowiedzenie się po drugiej stronie sporu. Więc raczej kiepsko to wygląda. 

W każdym razie jedni mówią tak, a drudzy odwrotnie. Nikt nikomu nie wierzy, a raczej wszyscy mocno wierzą sobie. W ten sposób spór prawny nabrał charakteru wojny religijnej. Bo mamy tu do czynienia z kwestią wiary, a nie rozumu. Dlatego powoływanie się na przepisy stało się irracjonalne.  

Zostawmy więc problem, kto ma rację. Zajmijmy się wyłącznie techniczną stroną sporu, czyli tym, kto wygrał. 

Podchodząc do tego historycznie, należy porównać, jak było na początku, z tym, jak jest na końcu. Bo tak się to robi. Nie ma natomiast znaczenia, co się działo w środku. 

Jeżeli za początek uznamy rok 2015, gdy Zjednoczona Prawica doszła do władzy, a za koniec obecną sytuację, gdy doszło do przejęcia siłą Trybunału, to zdecydowanym zwycięzcą jest szeroko pojęta prawica antysystemowa. 

Przed rokiem 2015 Trybunał Konstytucyjny był bowiem wygodnym narzędziem politycznym w rękach obozu liberalno-lewicowego. Teraz już nie jest i nigdy nie będzie. Nieważne, kto teraz kontroluje Trybunał. Każdy uznaje tylko swoich sędziów i nikt nie szanuje wyroków Trybunału. Dla liberalnej lewicy to ciężka klęska. Bo Trybunał był potężną bronią do obrony systemu. Właśnie dlatego dla środowisk antysystemowych to sukces na miarę wysadzenia szwedzkiej kolubryny pod Częstochową przez Kmicica. 

Obóz liberalno-lewicowy przegrał więc w perspektywie historycznej. Jest to zresztą zgodne z ogólnym trendem zmian, które zachodzą w naszej strefie politycznej. Bowiem liberalno-lewicowy system się wali. 

Natomiast w krótszej perspektywie obecnego epizodu walki o Trybunał – obóz rządzący wygrał. Nie dzięki swojej sile, wsparciu policji czy sprawności organizacyjnej, lecz wskutek niewydolności opozycji. 

To poważny problem, który rzutuje na całą sytuację polityczną w Polsce. Środowiska prawicowo-patriotyczne mają głęboką wiarę w swoją moralną słuszność i są sparaliżowane poczuciem bezsilności. Nie z powodu słabości czy braku poparcia społecznego, ale z powodu fundamentalnego braku wiary w zwycięstwo. To jest też źródłem ich bierności. 

Tak było od początku. Jeżeli za początek uznamy walkę z komunizmem – wtedy też nikt nie wierzył w zwycięstwo. Bo system komunistyczny wydawał się niezniszczalny. Zresztą w ogóle nasze wyobrażenia o polityce opierają się na przekonaniu, że nic się nie zmieni, a przynajmniej my nie mamy na nic wpływu. Jesteśmy za słabi. Lata zaborów, okupacji i komunizmu zaszczepiły w nas to poczucie kompletnej bezradności. Bo my sami nic nie możemy. Możemy mieć tylko nadzieję, że ktoś inny dla nas coś zrobi. W ten sposób narodziła się nasza narodowa strategia polityczna. 

Otóż nie walczyliśmy z komunizmem o obalenie komunizmu. To się wydawało utopijną mrzonką, a my byliśmy na to zbyt rozsądni. Walczyliśmy w formie manifestacji moralno-patriotycznych, a celem była martyrologia. Bo chodziło o to, aby świat zobaczył, jak bardzo cierpimy w walce z komunistami. To miało być drogą do naszego zwycięstwa. Bo świat musiał się w końcu poczuć zobowiązany, aby nas bronić z litości. 

Upadek komunizmu potwierdził to nasze przekonanie. A jednocześnie utrwalił narodową strategię. Bo przecież nie obaliliśmy komunizmu siłą, ale wyższością moralną i godnością osobistą. 

Zapewne ta bierność środowisk patriotyczno-prawicowych ma jakieś historyczne uzasadnienie. Lata przelanej krwi w walce o wolność musiały zaszczepić w naszej zbiorowej świadomości lęk przed aktywnością. Dlatego teraz najbardziej rozsądną formą oporu przed przemocą wydaje się modlitwa za ojczyznę. W końcu ktoś tej modlitwy wysłucha. Na przykład Bóg. Lub Trump. 

Tak, w Trumpie jest jedyna nadzieja. Bo przecież my sami nic nie możemy. Ale Trump przegoni dla nas Tuska. W ogóle Ameryka zrobi porządek z Tuskiem, Putinem i Niemcami. 

Możliwe też, że wcześniej politykom rządzącej koalicji zrobi się wstyd, że byli tacy podli. W konsekwencji podadzą się do dymisji. Będzie to kolejne wielkie zwycięstwo obozu patriotycznego. Jak za komuny. A wtedy patrioci przejmą władzę, ale nie dadzą się sprowokować i nic nie będą robić. Aby nikt nie mógł im zarzucić, że coś robili.