Tato odkąd go pamiętałem był zawsze kierownikiem czegoś. Początkowo internatu na Sienkiewicza, potem na Kraszewskiego, wcześniej był chyba jakiś epizod z Błogocką (schronisko młodzieżowe). Starał się jak mógł, ale coraz częściej nie mógł, bo wiadome substancje czyniły go okresowo niedyspozycyjnym.

Na Sienkiewicza Tato miał biuro na prawo jak wejść teraz do Liceum Towarzystwa Ewangelickiego. Na jego biurku było kilka pieczątek. Drewniane z okrągłą główką pomalowane czerwoną farbą. Zakradałem się tam od czasu do czasu, aby po przybijać je sobie. Lubiłem to robić i jeszcze wówczas w duchu nie powtarzałem sobie, że sam kiedyś będę dyrektorem… Po drugiej stronie gabinetu Ojca stały fotele obite zielonym płótnem, które się nieznośnie marszczyło. Centralnym punktem był stolik z wielką popielniczką, w której zawsze było sporo kiepów. Po ich liczbie mogłem szacować ilu Tato danego dnia miał gości. Do tej pory mam w swoich nozdrzach zapach przepalonych Popularnych i Klubowych oraz nieśmiertelnych… Sportów.

Dopiero teraz dowiaduję się, od ludzi, których zupełnie nie znałem wcześniej, ilu to mój Tatko, posiadacz legitymacji PZPR do samego końca żywota tej formacji, uratował życie, w tym sensie, że nie byli represjonowani, i że nawet jak coś ewidentnie zawalili wobec ówczesnej komuny, to Tato ich z tego wyciągał. Pomagał też na wiele innych sposobów. Komunista do końca.

Po tym wszystkim, jak w realiach III RP Tato się nie odnalazł i w efekcie stracił wszystko, co miał do stracenia i wybrał się w wielką podróż swojego życia po najpodlejszych zaułkach naszego nieszczęśliwego kraju, i gdy mnie urzędowo wymeldowano z miejsca, z którego wyruszyłem na studia do Warszawy, zrozumiałem wreszcie, że życie nie jest bajką. Bycie bezdomnym, choćby przez chwilę, mocno wpływa na psychikę.

Po latach wróciłem do Cieszyna, kupiłem mieszkanie, z którego byłem strasznie dumny. Bo to już moje, nikt mi go nie zabierze. Po jakimś czasie pojawił się Tato, który wrócił po wojażach ogólnopolskich. Ale nie było sielankowo. Po mojej stronie był bunt i pretensje. I żądanie długu do spłacenia. Bo nie wolno tak traktować swojego dziecka. Inni rodzice dawali w tym czasie dzieciom mieszkania, ja musiałem sam je sobie wywalczyć i do tego pozostać w relacji z kimś, kto nadal był przekonany o tym, że wszystko jest OK.

Jestem niemal pewien, że do końca swoich dni Tato tego nie rozumiał. Rozumiałem to ja i to stało się moim przekleństwem.

Ale tak naprawdę liczą się w ostatecznym rozrachunku przede wszystkim te drobne gesty, te chwile, które chcemy z kimś emocjonalnie związać. I to od nas zależy, co z kogo zapamiętamy.
Ja chciałbym zapamiętać sobie mojego Tatę, gdy pomaga mi wsiąść do kolejki krzesełkowej na Czantorię. Bałem się jej, że upadnę przy wsiadaniu lub wypadnę w trakcje jazdy, ale dzięki Niemu, poczułem się bezpiecznie. Trzymał mnie mocno żebym się nie bał.

Autor: prof. Radosław Zenderowski
Polski socjolog i politolog, profesor nauk humanistycznych, profesor zwyczajny w Katedrze Stosunków Międzynarodowych i Studiów Europejskich Uniwersytetu Kardynała Stefana Wyszyńskiego w Warszawie, kierownik tej katedry.