Każdy, kto choć w niewielkim stopniu interesuje się historią Bieszczadów – zwłaszcza dramatycznym okresem powojennym – zetknął się zapewne z informacjami o działalności Ukraińskiej Powstańczej Armii na tym terenie. Po 1945 roku Bieszczady stały się jednym z obszarów intensywnych działań zbrojnych pomiędzy oddziałami UPA a siłami Wojska Polskiego, Korpusu Bezpieczeństwa Wewnętrznego oraz jednostkami NKWD. Górzysty, trudno dostępny teren sprzyjał prowadzeniu walk partyzanckich i umożliwiał długotrwałe funkcjonowanie zakonspirowanej infrastruktury.
Jednym z najbardziej zagadkowych wątków tamtego czasu pozostaje kwestia istnienia leśnego szpitala UPA w Bieszczadach. W relacjach ukraińskich miejsce to z biegiem lat nabrało niemal legendarnego charakteru.

W 2008 roku, w domniemanej lokalizacji szpitala, nieznane osoby wzniosły obelisk upamiętniający poległych. Sam fakt jego postawienia – jak i treść inskrypcji – wywołały kontrowersje i stały się przedmiotem publicznej dyskusji. Wkrótce potem pomnik został zdemontowany przez nieustalonych sprawców.
Niedawno otrzymałem tekst dotyczący budowy wspomnianego szpitala. Są to wspomnienia ludzi, którzy – według treści relacji – mieli bezpośrednio uczestniczyć w tym przedsięwzięciu. Należy jednak wyraźnie zaznaczyć, że jest to opis, pisany z perspektywy uczestników wydarzeń, a więc obarczony naturalnymi dla tego rodzaju przekazów możliwością idealizacji własnej roli czy narracją zgodną z linią środowiskową.
Nie znam pierwotnego źródła tekstu. Osoba, która mi go przekazała, również nie była w stanie wskazać jego pochodzenia. Można jedynie przypuszczać, że stanowi on fragment „Litopysu UPA” lub innego zbioru wspomnień. Uważna lektura pozwala dostrzec istotną rozbieżność w opisach zagłady szpitala.

Są tu dwie odmienne wersje wydarzeń. Jedna mówi o zniszczeniu obiektu w wyniku działań Wojska Polskiego podczas próby jego przejęcia. Druga wskazuje na detonację granatu, która mogła spowodować wybuch zgromadzonej wewnątrz amunicji i doprowadzić do zniszczenia leśnego bunkra. Sam granat nie miał by takiej siły wybuchu aby zniszczyć cały szpital.
Warto podkreślić, że w obu narracjach mowa jest o działaniach prowadzonych w warunkach bojowych, a zasadniczym celem operacji było przejęcie zaplecza przeciwnika. Rozbieżności dotyczą przede wszystkim bezpośredniej przyczyny eksplozji, nie zaś samego faktu podjęcia próby opanowania obiektu. To kolejny przykład, jak różne perspektywy i pamięć uczestników mogą kształtować odmienny obraz tych samych wydarzeń.

Materiał publikuję w całości.

11 czerwca 1947 roku, kierując się na południe w stronę granicy, żołnierze sotni „Udarnyk-2” weszli na tereny Bojkowszczyzny w pobliżu kryjówki-szpitala na górze Chryszczata, zniszczonej dwadzieścia tygodni wcześniej.

Kontynuując marsz lasami na południowy wschód, sotnia zatrzymała się w gęstwinie nad wsią Rabe. Tutaj Smyk rozpoznał miejsce, gdzie niegdyś znajdował się zbiorczy punkt zaopatrzenia w żywność dla budowniczych szpitala. …Gdy wieczorem sotnia przechodziła dość blisko tego szpitala, Czumak podbiegł do sotennego i wskazał mu ręką na belki ze stropu szpitala, częściowo zasypane ziemią.”
Rok wcześniej, na rozkaz dowódcy 26. Odcinka Taktycznego „Rena”, jego zastępca, dowódca kurenia przemyskiego „Bajda”, wysłał na pogranicze Łemkowszczyzny i Bojkowszczyzny czotę w celu budowy kryjówki-szpitala. Do tego zadania wybrano dwa roje sotni Mychajła Dudy „Hromenka” pod dowództwem rojowego Jurija Paszkowskiego „Czumaka” oraz jeden rój sotni Jarosława Kociolka „Kryłacza” „Udarnyky-6” rojowego „Szuli­ki” („Małego”).
Sformowana czota liczyła 28 żołnierzy pod ogólnym dowództwem rojowego Jurija Paszkowskiego „Czumaka”.
„…Aby wykonać zadanie, czota musiała pokonać ponad sto kilometrów. Pomimo tego, że na tym terenie działały sotnie kurenia łemkowskiego, decyzja ta była podyktowana względami konspiracji. Marsz rozpoczął się w Uluczu, a następnie prowadził przez Tylawe, Mrzygołod, pomiędzy Leskiem a Zagórzem, przez Steżnice, Łubnie i Rabe do masywu Chryszczatej. Tutaj czota zameldowała się dowództwu kurenia Wasyla Miernego „Rena” we wsi Wola Michowa, skąd w asyście sanitariusza „Myrona” wyruszyła na miejsce przeznaczenia.”
Budowa kryjówki-szpitala trwała prawie dwa miesiące, do września 1946 roku. Aby nie zdradzić miejsca jej położenia, wszystkim bojownikom zabroniono opuszczania obozu. Dla dodatkowego zabezpieczenia szpitala przed dekonspiracją, przy „przyjęciu” i „wypisie” chorym zawiązywano oczy, aby w razie dostania się do niewoli nie mogli wskazać miejsca jego lokalizacji.
Na 140 dni przed powrotem „Czumaka” i „Smyka” do znanego świerkowego lasu, 22 stycznia 1947 roku funkcjonariuszom Wojsk Ochrony Pogranicza udało się schwytać aprowizatorów i wydobyć od nich miejsce położenia szpitala. Następnego dnia w wskazane miejsce wyruszył 3. batalion 34. pułku piechoty z Baligrodu pod dowództwem porucznika Ryszarda Sawickiego oraz Grupa Manewrowa WOP z Cisnej pod dowództwem porucznika Dzengelewskiego.
Trzech lekarzy, trzy sanitariuszki oraz sześciu rannych żołnierzy broniło się w oblężonej kryjówce przez całą dobę. Jedenastu obrońców ostatnimi nabojami odebrało sobie życie, a dwunasty powstaniec spalił dokumenty i wysadził szpital granatem, aby nic nie dostało się w ręce wroga. W szpitalu przebywali lekarz „Rat”, jego żona „Dora”, pomocnik lekarza „Orest”, sanitariuszki „Pczółka” i „Kalina”, sanitariusz „Arpad” oraz chorzy: referent SB „Hucuł”, dowódca bojówki „Mirnyk”, strzelcy z sotni „Brodycza”: „Smetana”, „Łuk”, „Kawka”, „Drużba”, „Żuk”, z bojówki „Szugaja” – „Kogut” oraz kilku bojowników z sotni „Chrina”.
Anna Skirka „Dora” i Wiktor Dobrowolski „Rat” zostali zaślubieni przez kapelana kurenia „Rena”, ks. Andrzeja Radia „Jaworenka”, około 16 kilometrów od miejsca ich śmierci, we wsi Buk, gmina Cisna, zaledwie dwa miesiące wcześniej – 23 listopada 1946 roku.
Tego samego dnia, 23 stycznia 1947 roku, w podziemnym leśnym bunkrze koło wsi Żuków zginął jeden z dziewięciu generałów UPA, szef SB OUN Mykoła Arsenycz. Jego ochroniarz ps. „Kłym” podjął walkę z uderzeniowo-poszukiwawczą grupą MGB, został ranny, po czym wysadził się granatem. Aby nie dostać się żywcem w ręce wroga, generał SB zastrzelił swoją żonę – referentkę Ukraińskiego Czerwonego Krzyża Hannę Hunko oraz łączniczkę Szuchewycza S. Haluszkę, oblał bunkier naftą, podpalił dokumenty i sam się zastrzelił.
Tak niektórzy wspominali budowę kryjówki.
— Iwan Fedak „Hordyj”, żołnierz w sotniach „Jara” i „Kryłacza”, : Pod koniec września rój „Szuli­ki”, do którego po reorganizacji sotni zostałem przydzielony jako zastępca rojowego, razem z rojem „Czumaka” został odkomenderowany do IV rejonu. A więc ruszyliśmy na Łemkowszczyznę, czy jak u nas mówiono – „w Beskid”. Jednak nikt, nawet rojowi, nie wiedział, po co tam idziemy. Z IV rejonu poszliśmy dalej według łączności. Idąc od kępy do kępy, dotarliśmy w końcu w Beskid. We wsi Rabe zobaczyliśmy ludzi na dwóch furmankach załadowanych sianem. Zaczęliśmy wypytywać: byli to zwykli rabusie, którzy przyjechali z Baligrodu rabować mienie po wysiedlonych naszych ludziach. Zapytaliśmy, dokąd poszło wojsko. „Za banderowcami poszło”. Trzeba było szybko zdecydować: czy wypiąć konie i zabrać je rabusiom na nauczkę, czy szybko wycofać się z niebezpiecznego miejsca, bo wojsko było niedaleko. Wybraliśmy drugie rozwiązanie. Po drodze zobaczyliśmy zdeptaną przez wojsko trawę, więc od razu pomaszerowaliśmy w przeciwnym kierunku. Jednak było już za późno.

Dostaliśmy ogień karabinów maszynowych z lewej strony. Na szczęście obok był głęboki wybieg, do którego od razu wskoczyliśmy. Zaczęliśmy biec co sił, aby oderwać się od wroga. Po jakimś czasie nagle wpadliśmy w głęboką jarę. Wojsko już za nami tam nie poszło. Później dowiedzieliśmy się, że jar ten nazywał się Zwięzło albo Jeziorka Duszatyńskie i powstał na stokach Chreszczatej, które podczas wielkiej ulewy osunęły się do potoku Olszowego. Wyszliśmy na dużą polanę, skąd zobaczyliśmy jakąś płonącą wieś. „Czumak” wyznaczył mnie, abym poszedł na rozpoznanie, co to za wieś i jaka jest sytuacja w terenie. Wziąłem dwóch strzelców. Poszliśmy naprzód, a za nami w odpowiedniej odległości reszta. Było już pod wieczór, gdy podeszliśmy pod pierwszą chatę, stojącą około 100 metrów od wsi. Od ludzi dowiedzieliśmy się jej nazwy: Smolnik. Niedawno – jak mówili – sotnia „Chrina” stoczyła tam bój z WOP i wyszła z niego zwycięsko. Ze Smolnika udaliśmy się do Woli Michowej, gdzie zastaliśmy „Chrina” odpoczywającego. „Czumak” i „Szuli­ka” poszli do pocztu dowódcy dowiedzieć się, jak trafić do człowieka, z którym mieliśmy się spotkać. Okazało się, że trzeba przejść do Maniowa. Tam znaleźliśmy kuczowego, a potem – za jego pośrednictwem – ludzi, do których zostaliśmy wysłani w daleką drogę. Przenocowaliśmy, a rano wyruszyliśmy razem z nimi: jeden wyglądał na pana, drugi był zwyczajnym chłopem, a z czwórką koni objuczonych narzędziami budowlanymi i żywnością ruszyliśmy w dalszą wędrówkę. Nadal nie znaliśmy celu ani zadań przewidzianych przez dowództwo w Beskidzie. Domyślaliśmy się jedynie, że będziemy coś budować, ale i to nie uspokajało zanadto, bo ludzi do budowy w Beskidzie nie brakowało. Na razie można nas było wziąć za poszukiwaczy skarbów albo jakichś badaczy. Szliśmy coraz wyżej i wyżej, w końcu dotarliśmy na połoninę. Na szczytach gór leżał już śnieg, chmury pełzły niemal po grzbietach i nic nie mogliśmy zobaczyć, tylko białą mgłę. Szliśmy grzbietami około czterech godzin, a potem zaczęła się droga w dół. W środku wielkiego lasu „pan” kazał nam się zatrzymać: byliśmy na miejscu. Rozładowaliśmy konie. Od „pana” dowiedzieliśmy się, że jest on rejonowym referentem służby zdrowia „Arpadem” [Jarosław Krenta, student medycyny, sanitariusz UPA, rodem z Łyszczawy Górnej. Zginął 23 stycznia 1947 r. w punkcie sanitarnym na Chreszczatej], a jego towarzysz był łącznikiem. Nasze zadanie: budowa centralnego szpitala UPA. I tak wyszło na jaw, dlaczego do tego zadania potrzebni byli ludzie aż z I rejonu „Chłodnego Jaru”. „Arpad” miał plan szpitala i wskazał miejsce pod budowę. On i łącznik zostali z nami do następnego dnia. Szybko zrobiliśmy szałas z chrustu, aby chronić się przed śniegiem i deszczem. Wieczorem rozpaliliśmy ogień, ogrzaliśmy się i zasnęliśmy, wystawiając wartę. Rano „Arpad” i łącznik pożegnali się z nami. Zostaliśmy jakby pośrodku jakiejś otchłani, wśród ogromnych jodeł, bez dachu nad głową. Tego dnia rozpoczęliśmy pracę. Najpierw największy wykop pod salę szpitalną (która do końca prac była naszym domem). Materiał do budowy braliśmy z opuszczonej wsi Balnica Jedni kopali, inni rozbierali domy i zwózili drewno na miejsce. Były to tzw. cięte bale o grubości około 20 cm i szerokości 30 cm, nasycone ropą. Trzeba było się spieszyć, by zwieźć całe potrzebne drewno, zanim spadnie śnieg. Taka praca trwała trzy miesiące, była bardzo ciężka, ale po tym czasie zostawiliśmy po sobie pod ziemią dobrze zamaskowane dwie sale dla chorych, pokój służby lekarskiej, kuchnię, piekarnię, magazyn żywności i aptekę, a wszystko to z dopływem i odpływem świeżej wody. W stropach były okna, które w razie niebezpieczeństwa można było szybko zamknąć skrzyniami nabitymi ziemią, a na tych skrzyniach rosły świerki i jodły. Było jedno wejście i dwa wyjścia. Niestety, wkrótce ten szpital upadł: jeden z aprowizatorów dostał się w ręce WOP, przekazał potrzebne informacje i wskazał miejsce. Wojsko otoczyło szpital, lecz nie mogło go zdobyć, bo wszyscy, którzy w nim byli – choć ranni – bronili się bohatersko. W końcu podłożono miny i wysadzono go.
— Jurij Boreć, rojowy „Czumak”, wspominał: „Rozpoznanie doniosło dobrą wieść, że wróg opuścił te tereny, i czota, po kolacji we wsi Wola Michowa, odeszła na wyznaczone miejsce. Wszyscy spali na dość grubych materacach z liści, przy małym, lecz bardzo szumiącym potoku, który spływając z wysokiej góry tworzył cały ciąg wodospadów. Powstańców obudziło ciepłe jesienne słońce, które przebiło się przez konary drzew. Myron z oddziału sanitarnego stał z Czumakiem po drugiej stronie potoku, gestami pokazywał we wszystkie strony i coś opowiadał. Potem obaj oglądali jakieś rysunki, a Czumak wodził palcem po papierze, podczas gdy palec Myrona wskazywał raz górny, raz dolny bieg potoku. Obudzona czota myła się w potocznej wodzie, a niektórzy powstańcy nawet się golili, choć dobrze wiedzieli, że przez dwa miesiące nie zobaczą żadnej dziewczyny.

Strzelec Skupy – tak nazywał się czotowy kucharz – ustawiać zaczął kociołki przy potoku pod rozłożystym drzewem, a przydzielony mu do pomocy żołnierz maskował kuchnię gałęziami. Galan – łącznik pomiędzy oddziałem gospodarczym, Myronem i Czumakiem – poszedł z rojowym Szuliką i kilkoma powstańcami do punktu zaopatrzenia. Tam, w gęstych krzakach, były dowiezione żywność i narzędzia, skąd noszono je na miejsce postoju czoty. W końcu Czumak coś postanowił, kazał usiąść i zapalić, po czym zaczął: – Przyjaciele! Wysłanie naszej czoty na odległość ponad stu kilometrów w celu budowy tego szpitala było podyktowane względami konspiracji. Mieliśmy tu wejść z zawiązanymi oczami, a po zakończeniu budowy tak samo odejść. Ale wczorajsza obława wszystko zmieniła. Dlatego nie starajcie się zapamiętać tego miejsca i pamiętajcie, że dobór naszej grupy świadczy o wielkim zaufaniu do nas. Będziemy tu przebywać co najmniej dwa miesiące i przez ten czas nikomu nie wolno opuszczać obozu bez mojej wiedzy. Pracować będziemy wszyscy na zmianę. Na wypadek przejścia lokalnych oddziałów UPA wszyscy wartownicy muszą schować się w krzakach. Zachowujcie dobrą konspirację i nie zostawiajcie nigdzie papierów ani niedopałków. Zgromadźcie suche drewno do kuchni, aby nie było dymu. Dalsze rozkazy będziecie słyszeć każdego ranka po modlitwie. Dzisiejszym zadaniem jest wzniesienie jakiejś koliby do naszego użytku oraz zabezpieczenie kuchni. Drugiego dnia czterech wartowników czuwało wokół obozu, a w jego środku trwała zacięta praca. Wykonano pomiary pod dwie duże sale, kuchnię, magazyn i toaletę. Jedna sala miała wymiary 7×9 metrów, druga 6×5, trzecia 4×3, a na toaletę wyznaczono miejsce niedaleko potoku. Wielką uwagę zwracano na maskowanie, wykorzystując pobliskie drzewa, pnie, korzenie, suche liście itp. Jedni kopali ziemię, drudzy nosili z wysiedlonej wsi Łubnie belki, a odpoczynek w zasadzie był tylko na warcie. Raz w tygodniu oddział gospodarczy przywoził żywność i inne potrzebne rzeczy, zostawiając je w krzakach i nie wiedząc, dla kogo są przeznaczone. Ciężka i mozolna praca trwała dwanaście godzin dziennie. Górę rozkopano i wywieziono z niej w dół, do potoku, setki metrów sześciennych ziemi, aż dotarto do kamienia – bardzo twardego. Rozbijano go młotami i żelaznymi klinami. Od tej pracy żołnierzom schodziła skóra z rąk, a ich stan pogarszał się z każdym dniem. Do tego zaczął padać deszcz. Mundury wojskowe podarły się, podeszwy od butów poodpadały. Większość powstańców zapuściła brody, a Kogut twierdził, że wszy zjadły mu kołnierz. Gdyby teraz zobaczyli ich przyjaciele z sotni Hromenka, na pewno by ich nie poznali. Kiedyś na Przemyszczyźnie ci żołnierze golili się niemal codziennie i czyścili buty oraz mundury. Tam nigdy nie brakowało im guzika, a tutaj nie zostało ani jednego. Pewnego dnia budowniczowie podpierali belkami ścianę, a pracę tę przerwał obiad. Każdy dostał miskę zupy z miękkim, częściowo zepsutym marynowanym mięsem i wszyscy jedli w milczeniu, gdy nagle lunął deszcz. Czumak wyznaczył sześciu żołnierzy i kazał im wzmocnić podpory ściany, aby mokra ziemia nie osunęła się i nie zniszczyła budowy. Deszcz ustał, lecz słabe jesienne słońce bardzo powoli osuszało błoto, a jeszcze wolniej posuwała się budowa szpitala. W końcu jedna sala została przykryta metrową warstwą ziemi. Nad nią ustawiono wysoką, dziuplastą jodłę, która służyła za komin. Z górskiego potoku doprowadzono rurami pod ziemią wodę, a jej odpływ przez trzy sale i toaletę był bardzo wygodnie skanalizowany. Mając doświadczenie w budowie bunkrów, a wcześniej przebywając w podziemnym szpitalu, Czumak chciał zbudować ten szpital jak najbardziej funkcjonalnie. Pewnego dnia do jeszcze nieukończonej sali przyniesiono trzech rannych, a wraz z nimi przyszła pielęgniarka Zir­ka i sanitariusz. Czumakowi wydało się to dość dziwne, jak można tu umieszczać ludzi – przecież na wypadek obławy trzeba by ich bronić. Pod tym względem Przemyszczyzna, a zwłaszcza teren sotni Hromenka, miała znacznie lepsze zabezpieczenie, bo posiadała dziesiątki gotowych bunkrów. Tymczasem oddział Chrina i Stacha, którym teraz dowodził Chrin, niemal codziennie staczał duże walki i to o nim wróg mówił najwięcej. Wraz ze wzrostem intensywności walk zwiększyła się liczba rannych i do nieukończonego szpitala znów przywieziono trzech. A zaraz potem nadeszły wieści, że na ten las idzie obława. Sanitariusz zarządził przewiezienie rannych w teren Trójkąta, do wsi Krywe. Na miejsce budowy przyprowadzono dwa konie i z pomocą czoty budowlanej rozpoczęto transport. Ciężej ranni jechali konno, lżej rannym pomagali iść powstańcy, a jednego trzeba było nieść na noszach. Ostrożnie przekroczyliśmy szosę Baligród–Cisna – teren, na którym dowództwo UPA zakazało prowadzenia jakichkolwiek akcji – i wkrótce dostarczyliśmy rannych na miejsce przeznaczenia. Do ukończenia szpitala pozostało kilka dni i żołnierzy nie trzeba było już ponaglać. Rozpoczęło się maskowanie szpitala z zewnątrz.

Myto drzewa i gałęzie, aby nigdzie nie pozostał ślad świeżej ziemi, przykryto powierzchnię starymi liśćmi, posadzono wiele małych krzewów i udekorowano pewne miejsca starymi, dużymi pniami przyciągniętymi koniem. W końcu wszystko wokół wyglądało tak naturalnie, że zdawało się, iż nigdy nie stanęła tu ludzka stopa. A pod ziemią był szpital UPA.
Proszę potraktować ten tekst wyłącznie jako ciekawostkę historyczną. Aby posiadać rzetelną wiedzę, warto sięgać do różnych źródeł i konfrontować informacje. W takim właśnie duchu proszę odbierać ten materiał.
Jednocześnie apeluję o zachowanie kultury w komentarzach. Wulgarne wypowiedzi i przejawy nienawiści niczego nie wnoszą do dyskusji. Zawsze można wyrazić swoje zdanie w sposób rzeczowy i spokojny.
Na zakończenie informuję wszelkich wnikliwych badaczy oraz osoby analizujące treść tego wpisu, że nie jest on skierowany przeciwko komukolwiek. Jego celem jest wyłącznie przedstawienie zagadnienia w kontekście historycznym i poznawczym, bez intencji oceniania czy atakowania jakiejkolwiek strony.

Autor: Jędruś Ciupaga