Ciąglę widzę w dyskusjach w Polsce ten popularny argument – że kiedy obrona przeciwlotnicza chroni jakiś obiekt, to w ramach ekonomii wojny liczy się nie koszt pocisku tylko koszt obiektu, który może zostać zniszczony. I wiem dobrze, że to jest teza popularyzowana w naszym kraju przez pewnych influencerów, którzy działają w tematyce militarnej. I jest to teza nie tylko nieprawdziwa, ale również niebezpieczna. W państwie demokratycznym nie bez znaczenia jest jaka jest opinia publiczna na ten czy inny temat, bo wydawanie publicznych pieniędzy musi mieć społeczne poparcie. Dlatego MON czy PGZ zwraca się do pewnych blogerów w tym kraju by pewne tezy i tematy promować. I dlatego podobne dyskusje jakby laicko one nie wyglądały mają i sens i znaczenie. I ważne jest, żeby społeczeństwo zdawało sobie sprawę z tego jak taka wielkoskalowa wojna faktycznie wygląda, a nie żyło mitami tworzonymi przez influencerów.
Ogromne znaczenie podczas wojny podobnej skali jak ta tocząca się za naszą wschodnią granicą ma stosunek koszt-efekt w każdym aspekcie. Dlaczego? Dlatego, że przeciwnik podobny do Rosji jest przeciwnikiem WYTRWAŁYM. Bardzo optymistycznym jest założenie, że Rosję można szybko powalić na kolana dekapitując jej zdolności jakimś jednym uderzeniem. Tym bardziej optymistycznym to założenie jest w sytuacji, kiedy to państwo jest wspierane przez największą potęgę przemysłową naszych czasów, czyli Chiny. I umówmy się, ja się ucieszę jeśli moje tezy okażą się nietrafne. Nie jestem osobą dla której jest ważne by mieć rację za każdą cenę. Ale proszę zadać sobie pytanie, na ile racjonalnym jest założenie najbardziej optymistycznego scenariusza jako podstawowego w sytuacji kiedy cena popełnionego błędu może kosztować tysiące istnień ludzkich czy utrata cennej infrastruktury? Czy nie jest logicznym przygotowywać się w tej sytuacji na gorszy scenariusz?
Wracając do kontekstu obrony przeciwlotniczej. Bardzo ważne jest by masowo używane przez potencjalnego przeciwnika środki uderzeniowe typu dronów, które Rosja produkuje ok. 6000 miesięcznie w tej chwili były strącane niskim kosztem z pomocą zasobów które możemy łatwo uzupełnić. Dlaczego? Dlatego, że logika „bronimy się za każdą cenę” działa tylko jednorazowo … albo jest to logika przydatna dla krótkiej wojny niskiej intensywności. W wojnie wysokiej intensywności bronić cenny obiekt OPL musi dziś, jutro, za miesiąc, a być może i za rok … i musi to robić tak samo skutecznie.
Z pozytywów, należy zauważyć, że nasze państwo w końcu idzie w tym właśnie kierunku … przynajmniej w kwestii obrony przeciw dronowej. Program SAN to jest właśnie ruchem słusznym w ramach tej logiki, którą wyżej opisałem. Zestawy które łączą różnego rodzaju sensory z działkiem i dronem przechwytującym w jednym systemie. Brzmi idealnie w założeniu. Schody co prawda zaczynają się jak się przyglądasz szczegółom tego programu. Bo na przykład wysłać kilka tych polskich działek na Ukrainę by je przetestować w warunkach bojowych i zmodernizować zgodnie tych doświadczeń, jak robią to dosłownie wszyscy producenci podobnych systemów w Europie, … nie nie, to nie jest droga dla nas. Nie wiem, mogę tylko zakładać, że dzieje się tak z przyczyn politycznych.
No a drony przechwytujące MEROPS …, które w ramach tego programu pozyskujemy od firmy amerykańskiej. Kiedyś żartowałem, że jak nie załapiemy się we współpracy z Ukrainą na tę rewolucję, to wylądujemy jako kraj kupujący od Amerykanów gotowy produkt bazujący na rozwiązaniach z Ukrainy, tyle że droższy i bez żadnej kontroli nad nim. I to się stało o wiele szybciej niż zakładałem. Powiedzmy wprost, że zamawianie dronów przechwytujących w USA, które nadejdą w ramach umowy powiedzmy „ekspresowo” za rok … to jest wyrzucanie pieniędzy. Ponieważ będą wtedy już bezużyteczne. Czyli jak to działa z tymi dronami na tym współczesnym polu walki dla polskich decydentów nadal jest tajemnicą. Bo tylko posiadanie własnych zdolności produkcyjnych i najważniejsze możliwość SAMEMU ROZWIJAĆ te systemy pozwala mieć technologie aktualne do obecnych zagrożeń.
No i oczywiście cena … co do tego również żartowałem i dokładnie tak się stało. Amerykański dron, który pozyskujemy w ramach programu SAN kosztuje według tych szacunków, który przedstawił producent ok 14500 dolarów. I producent się chwali, że to jest super niskokosztowy sposób na zestrzelenie umownego Szaheda przetestowany na Ukrainie. W tym samym czasie najbardziej masowo produkowany w tej chwili ukraiński Sting, dron podobnej klasy do podobnych zadań, kosztuje ok 2500 dolarów w wersji najbardziej wypasionej. Sześciokrotnie mniej. I Ukraińcy szukają partnerów na zachodzie, żeby to wspólnie produkować i są gotowi dzielić się technologią. Ale to przekonanie, że najlepsze jest z Ameryki, a na wschodzie jest tylko syf i zacofanie … ono istnieje na jakimś poziomie podświadomym wręcz w Polsce. I rachunek polityczny i decyzje zakupowe one idą tym samym tropem. Nawet program, który zakłada logikę niskokosztowego przeciwdziałania rosyjskim dronom, nadal wybierać ma z jakiegoś powodu najdroższe rozwiązania z tych niskokosztowych.
No ale kto bogatemu zabroni, prawda?

______________________________________________________________
Zachęcam do wspierania mojej niezależnej publicystyki:
Patronite.pl: https://patronite.pl/Frontiersman
buycoffee: https://buycoffee.to/frontiersman
Patreon: https://www.patreon.com/frontiersmannews
Zostaw komentarz