Od planu do ruin. Zarządzanie czy sabotaż? Energetyka jako ofiara politycznych resetów Donalda Tuska.
Polska energetyka nie upada dlatego, że brakuje nam technologii, pieniędzy czy kompetencji. Upada dlatego, że państwo – jako właściciel – od lat zachowuje się jak niestabilny zarządca tymczasowy, a nie odpowiedzialny gospodarz myślący w horyzoncie pokoleń. Rządy Donalda Tuska są tego najbardziej jaskrawym przykładem. To nie jest „korekta kursu”, to nie jest „nowe otwarcie”. To kolejny akt systemowego demontażu planów, które – z wszystkimi swoimi wadami – były pierwszą od 1989 roku próbą realnej, długofalowej odbudowy polskiej energetyki.
Energetyki nie da się prowadzić w rytmie konferencji prasowych i sondaży. Elektrownia jądrowa, sieć przesyłowa, modernizacja bloków węglowych, rozwój energetyki gazowej czy morskiej energetyki wiatrowej to projekty, których sens mierzy się w dekadach, a nie w kadencjach. Tymczasem po każdej zmianie władzy w Polsce następuje rytuał zniszczenia: wymiana prezesów, czystki w radach nadzorczych, „audyt otwarcia”, odrzucenie strategii poprzedników i pisanie wszystkiego od nowa. To nie jest zarządzanie państwem. To jest sabotaż ciągłości.
Rządy prawicy – po raz pierwszy od 1989 roku – podjęły próbę zbudowania spójnej architektury bezpieczeństwa energetycznego. Nie była ona idealna, popełniano błędy, z których najpoważniejszym było zbyt szybkie i zbyt bezrefleksyjne zamykanie kopalń bez realnych alternatyw systemowych. Ale mimo to był to jedyny okres, w którym energetyka przestała być wyłącznie hasłem wyborczym, a zaczęła być elementem strategicznego myślenia o państwie. Atom, dywersyfikacja dostaw gazu, infrastruktura przesyłowa, uniezależnianie się od rosyjskich surowców – to były realne projekty, a nie slajdy dla Brukseli.
Donald Tusk i jego obóz polityczny wchodzą w ten obszar jak buldożer. Zamiast korekty i kontynuacji mamy reset. Zamiast odpowiedzialnego właściciela – politycznego rewizjonistę, który każdą decyzję poprzedników traktuje jak ideologiczne zagrożenie. Efekt jest zawsze ten sam: opóźnienia, chaos decyzyjny, utrata wiarygodności wobec partnerów zagranicznych i paraliż wewnętrzny spółek energetycznych. Menedżerowie nie myślą już o tym, jak będzie wyglądał system energetyczny Polski za 20 lat. Myślą o tym, czy przetrwają do końca roku i czy nie zostaną wymienieni przy pierwszym politycznym zawirowaniu.
Państwo Tuska nie jest inwestorem. Jest zdobywcą łupów. Spółki Skarbu Państwa nie są traktowane jako fundament bezpieczeństwa narodowego, tylko jako narzędzie bieżącej walki politycznej i personalnych rozliczeń. Każda zmiana władzy oznacza, że cała kadra zarządzająca dostaje sygnał: nie liczą się kompetencje, nie liczy się doświadczenie, nie liczy się długofalowy plan. Liczy się lojalność i tymczasowość. W takich warunkach nie da się budować niczego trwałego.
Porównanie z Norwegią jest dla polskich elit bolesne, bo obnaża skalę naszej prowincjonalności. Tam państwo jest właścicielem, ale działa jak dojrzały akcjonariusz długoterminowy. Strategia nie zmienia się wraz z rządem. Zarządy są rozliczane z wyników ekonomicznych i realizacji celów, a nie z sympatii politycznych. Dzięki temu norweskie spółki energetyczne budują wartość przez dekady, zapewniają bezpieczeństwo energetyczne i stabilność cenową, a jednocześnie generują realne zyski dla państwa. W Polsce rządy Tuska traktują ten model jak herezję, bo wymaga on samodyscypliny i rezygnacji z partyjnej kontroli.
Największym kłamstwem obecnej narracji jest udawanie, że destabilizacja to „naprawa”. Nie da się naprawić energetyki, niszcząc ciągłość decyzyjną. Nie da się poprawić bezpieczeństwa, podważając wszystkie kluczowe projekty tylko dlatego, że powstały za rządów politycznych przeciwników. I nie da się obniżyć rachunków za prąd, jeśli inwestycje są permanentnie opóźniane, a system zarządzania oparty jest na strachu i niepewności.
Błędem była likwidacja kopalń bez realnego planu zastępczego, to prawda. Ale jeszcze większym błędem jest udawanie, że problemem polskiej energetyki jest wyłącznie węgiel, a nie brak stabilnego państwa. Węgiel można stopniowo zastępować. Zniszczonej ciągłości strategicznej nie da się odbudować jednym podpisem pod nową „strategią”.
Energetyka to kręgosłup państwa. Bez niej nie ma przemysłu, nie ma bezpieczeństwa, nie ma suwerenności. Rząd Donalda Tuska, rozwalając kolejne plany rozbudowy polskiej energetyki, nie tylko cofa kraj o lata – on podcina fundamenty przyszłego rozwoju. Kodeksy, ustawy i unijne slogany nie zastąpią odpowiedzialności właścicielskiej. Bez stabilności nie ma strategii. Bez strategii nie ma bezpieczeństwa. A bez bezpieczeństwa Polska pozostanie państwem słabym, zależnym i skazanym na dryf od wyborów do wyborów.
Rafał Szrama 🇵🇱
Zostaw komentarz