Szurowisko pseudodziennikarskie, na co dzień zajmujące się promowaniem jedynie słusznych wizji z Kremla, tym razem uderza w tony ojczyźniane – oto zdaniem publicystki „gazety na w” Czechy rozgrywają sprawę kopalni odkrywkowej Turów nie fair.
To zresztą motyw dość mocno obecny w naszej publicystyce. Bo przecież tyle lat żarło (o tzw. worku turoszowskim uczyliśmy się w szkołach już za tzw. głębokiej komuny), i to po wszystkich stronach granicy, a teraz bęcło.
Jakoś już zapomnieliśmy o klęsce ekologicznej w Sudetach, wywołanej właśnie przez nadmierne uzależnienie energetyki naszych południowych sąsiadów od węgla brunatnego. Kto wjeżdżał wyciągiem krzesełkowym na Śnieżkę miał okazję zobaczyć pozostałości obumarłych lasów, będących jawnym oskarżeniem antyekologicznych działań człowieka.
Na szczęście tamte lata mamy już za sobą tak, że wyjazd w Karkonosze np. mieszkańca Katowic czy Chorzowa nie powoduje u niego współczucia miejscowym jakości powietrza.
Pomińmy księżycowe krajobrazy, kompletna degradacja obszarów ziemi, do rekultywacji których już nigdy nie dojdzie; co najwyżej wyrobiska pokopalniane uzyskają z czasem nowy status… jezior. Wszak dziura w ziemi po największej polskiej odkrywce w Bełchatowie ma zostać najgłębszym polskim jeziorem.
W przyszłości.
To samo czeka, przynajmniej wg planów, wyrobiska Turowa.
Tymczasem jednak w planach mamy pogłębienie eksploatowanej od 1904 roku kopalni aż do 330 m. Kto nie za bardzo potrafi sobie wyobrazić, co to oznacza, powinien pojechać do Szczawnicy. Dokładnie tyle samo liczą sobie Trzy Korony, oczywiście nie licząc od poziomu morza, ale od widocznej podstawy. Ba, to o 80 m więcej, niż liczy sobie wyniesienie szczytu Śnieżki od poziomu schroniska znanego jako Dom Śląski. A jak ktoś nie lubi polskich krajobrazów – o całe 6 metrów więcej, niż liczy sobie najbardziej rozpoznawalny symbol Paryża – wieża Eiffla.
Pytanie, czy taka jama może wpływać na poziom wód gruntowych nie jest nawet pytaniem retorycznym. W przypadku Bełchatowa bowiem wpływ taki obserwowany jest w odległości nawet 100 km.
Uczenie nazywa się to tzw. lejem depresyjnym.
Obniżenie zaś poziomu wód gruntowych prowadzi nawet do powstawania rozmaitych zapadlisk.
Obszernie na temat tego konkretnego pola wydobywczego wypowiada się „wysokie napięcie”:
… czeski wiceminister środowiska Vladislav Smrž poinformował w Libercu wiceszefa MAP, Artura Sobonia, że do wycofania skargi Czechy potrzebują podpisania przez Polskę umowy międzyrządowej, która zagwarantuje, oczekiwane przez Czechów, inwestycje pod groźbą sankcji finansowych.
Wezwaliśmy dziś Polskę do przestrzegania orzeczeń Trybunału Sprawiedliwości UE. Jeśli Polska tego nie zrobi, jesteśmy gotowi zaproponować sądowi grzywnę, która zmotywuje Polskę do uszanowania decyzji sądu. Jednocześnie powtórzyliśmy Polsce warunki, na jakich jesteśmy skłonni wycofać czeski pozew. Są to przede wszystkim pisemne gwarancje finansowe, którymi Polska zminimalizuje i zrekompensuje skutki wydobycia dla Czech. Poza powietrzem i hałasem to przede wszystkim stan wód podziemnych, od dawna znajdujących się pod niekorzystnym wpływem górnictwa w Turowie – poinformował Smrž, który od początku zajmuje się sprawą Turowa po czeskiej stronie. Przy stołach rozmów w Brukseli i Libercu zabrakło natomiast polskiego wiceministra i głównego geologa, dra Piotra Dziadzio, prowadzącego sprawę po polskiej stronie, aż do jej finału przed Trybunałem i wydania niekorzystnego dla polski rozstrzygnięcia tymczasowego.
– Nigdy nie otrzymaliśmy od Polski wyraźnych pisemnych gwarancji, w jaki sposób zrekompensuje ona fundamentalne negatywne skutki, jakie ma Turów dla obywateli Czech − powiedział po posiedzeniu rządu czeski minister środowiska Richard Brabec. Dodał, że czeski rząd nie chce szkodzić Polsce, ale broni interesów czeskich obywateli.
https://wysokienapiecie.pl/37889-czechy-wycofaja-skarge-turow-polska-zaplaci-za-inwestycje/
„Wysokie napięcie” wskazują także na… co najmniej niewłaściwe argumenty, jakie przed TSUE podnosiła strona polska:
Paradoksalnie, rząd i PGE w swoich argumentach za utrzymaniem kopalni, o tych trzech kluczowych mówią mało lub wcale.
Po pierwsze, Turów jest jedynym dostawcą ogrzewania i ciepłej wody użytkowej dla niemal całej Bogatyni i ogromnych szklarni Citronexu (dostarczających zimą większość pomidorów kupowanych przez Polaków w dyskontach). – Siecią ciepłowniczą, zasilaną wyłącznie z elektrowni, ogrzewanych jest ok. 80 proc. budynków w Bogatyni (i płynąca w ich kranach woda). Mówimy tu zarówno o szpitalu, szkołach i przedszkolach, jak i budynkach mieszkalnych, w tym nawet 1,4 tys. budynkach jednorodzinnych (z mocami zamówionymi do 15 kW). Nie mamy żadnej alternatywy, w tych budynkach nie ma jakichś zapasowych kotłowni, a w domach nie ma pieców czy grzałek. Całe dostawy ciepłej wody i ogrzewania (w sumie 46 MW mocy zamówionej) dla kilkunastu tysięcy mieszkańców realizujemy wyłącznie z elektrowni – tłumaczy w rozmowie z WysokieNapiecie.pl Tomasz Włodarczyk, prezes PEC.
O tym fakcie, kluczowym dla rozpatrzenia przez TSUE wniosku o tymczasowe wstrzymanie pracy kopalni Turów, wiceprezes Trybunału nie wspomniała ani słowem. Trybunał nie ujawnia czy taki argument Polska w ogóle podniosła. Pytany przez nas o to pełnomocnik polskiego rządu także odmówił komentarza. Jest bardzo prawdopodobne, że Polska w piśmie procesowym do TSUE… zapomniała podnieść ten argument.
Po drugie, jest niemal pewne, że w piśmie procesowym kierowanym do TSUE polski rząd w niewystarczający sposób wytłumaczył także znaczenie elektrowni Turów w systemie elektroenergetycznym kraju. W postanowieniu o wstrzymaniu pracy wiceprezes Trybunału napisała, że ubytek mocy jednej elektrowni można zastąpić inną. Rzeczywiście, zwykle tak jest. Jednak, po pierwsze zdarzają się chwilę, gdy bilans mocy w Polsce jest tak napięty, że takiej możliwości już nie ma. Po drugie, elektrownia Turów w całości oddaje moc do stacji Mikułowa, o dużym znaczeniu dla importu energii (bez niej import mógłby być mniejszy) oraz województw dolnośląskiego, lubuskiego i kopalń oraz hut KGHM. Brak pracy Turowa, w wyjątkowych okolicznościach (które się zdarzają), mógłby oznaczać zagrożenie dostaw energii na tych obszarach, a w konsekwencji zagrożenie życia i zdrowia ok. 3,7 mln mieszkańców południowo-zachodniej Polski. Dobrze zobrazował to, w trakcie wczorajszego posiedzenia parlamentarnego zespołu ds. Suwerenności Energetycznej, Eryk Kłossowski, prezes PSE. Tyle, że tych konkretów Polska nie użyła w odpowiedzi na skargę Czech.
Po trzecie, Polska nie wyjaśniła też wystarczająco dobrze, że w przypadku zaprzestania odpompowywania kopalni w wyrobisku mogłoby dojść do katastrofy górniczej. − Dla spełnienia postulatów Czech najważniejsze byłoby wyłączenie pomp, które odwadniają kopalnię. Jeśli wyłączylibyśmy pompy, to woda zaczęłaby zalewać wyrobisko. Takie powolne zalewanie wodami podziemnymi przez rok czy dwa mogłoby mieć nieodwracalne skutki – wyjaśnia w rozmowie z WysokieNapiecie.pl hydrogeolog dr Sylwester Kraśnicki. − Ponowne uruchomienie kopalni byłoby utrudnione, o ile w ogóle możliwe. Wprawdzie zgromadzoną wodę można znowu odpompować, ale warunki geologiczno-inżynierskie mogłyby zmienić na się na tyle istotnie, że nie dałoby się przywrócić stanu poprzedniego. Własności gruntu by się zmieniły i mogłyby pojawić się osuwiska – tłumaczy naukowiec.
(op. cit.)
Do tego należy dodać jeszcze typowo prawniczą nonszalancję pani wiceprzewodniczącej TSUE Rosario Silvy de Lapuerty.
Prof. Waldemar Gontarski, były pełnomocnik Polski przed TSUE pisze na łamach „Rzeczpospolitej” wręcz o „szkolnych błędach Polski” w trakcie postępowania. W sentencji postanowienia (p. 27) czytamy, że argumenty strony polskiej to efekt „pomylenia celu postępowania w przedmiocie środków tymczasowych z zakresem środków zapewniających wykonanie wyroku stwierdzającego uchybienie”.
Prof. Gontarski pisze też, że na na słabe uzasadnienie polskiego rządu nałożyła się lekkomyślność wiceprezes TSUE, która polega na „sprowadzeniu dramatu ludzi związanego z utratą miejsc pracy w kopalni (i elektrowni oraz w przedsiębiorstwach kooperujących z kopalnią i elektrownią, a także związanego z tym upadku społeczno-gospodarczego całego regionu) – do kwestii czysto finansowej. Otóż, jeśli w przyszłości Polska wygra sprawę z Czechami, czyli Trybunał oddali skargę Czech na Polskę, to Czechy mają być zobowiązane wypłacić nam odszkodowanie”. Dalej prof. Gontarski pisze, że Polska nie umiała przekonująco przedstawić sądowi, że „zarządzenie wnioskowanego środka tymczasowego skutkowałoby nieodwracalnym zaprzestaniem działalności tej kopalni i elektrowni”.
(op. cit.)
Innej drogi, poza zawarciem konsensusu szanującego przede wszystkim narażonych na uciążliwości związane z eksploatacją kopalni Turów mieszkańców Czech po prostu nie ma.
Górnictwo odkrywkowe bowiem niszczy powierzchnię ziemi w sposób niewyobrażalny. Odpływ, dodajmy, nieunikniony odpływ wód gruntowych prowadzi nie tylko do obniżania plonów czy też pogorszenia wegetacji lasów i terenów zielonych. To również zagrażające życiu, czasem nawet w centrach miast czy osiedli, zapadliska.
Nie łudźmy się zatem, że energetyka oparta na węglu brunatnym przetrwa. Ze wszystkich bowiem rodzajów wydobycia kopalin prowadzi do największej degeneracji środowiska.
Natomiast plany, aby po zakończeniu eksploatacji wyrobiska zamieniać w najgłębsze w kraju jeziora ładnie wygląda jedynie… na papierze.
Co więcej, są to plany wyjątkowo długofalowe. Oto by w Bełchatowie można było doczekać się żagli i plaż musimy poczekać jeszcze pół wieku. Do 2070.
Tyle tylko, że z drugiej strony wody nie tylko w Polsce, ale i w całej Europie zwyczajnie brakuje. Na szczęście rok 2021 nie należy do zwyczajowo suchych, jednak wypełnienie niecki bełchatowskiej wodą w ilości przewyższającej całoroczne jej zużycie nie tylko do celów przemysłowych, ale i np. rolnictwa, zakrawa na myślenie życzeniowe.
Zresztą już widać, i to w państwie znacznie bogatszym w wodę (i środki finansowe również), że plany powstania superjezior mają spory problem z urzeczywistnieniem.
Oto mające być utworzone w wyrobiskach po kopalni odkrywkowej węgla brunatnego nieopodal Cottbus (Niemcy) tzw. Chociebuskie Morze Bałtyckie (Cottbuser Ostsee) pomimo tego, że jego głębokość nie przekraczać ma 11 metrów, z braku wody nie może doczekać się realizacji.
Tymczasem nasi planiści kopalniani uważają za realne utworzenie jeziora o głębokości przewyższającej 200 m (średnia – 180!). Najgłębsze jezioro Hańcza przy maksymalnej 108 m ma jednak średnią głębię ok. 35.
Ewentualnego fiaska tych projektów nie będzie jednak dane oglądać ani nam, ani ich twórcom.
Podobnie jak sukcesu.
Ale na dzisiaj sprawa Turowa ma dla nas zupełnie inny aspekt. Otóż należy wymagać od każdego rządu, nie tylko Zjednoczonej Prawicy, aby w stosunkach zagranicznych na pierwszym miejscu miał interes swoich obywateli.
Dokładnie tak, jak czyni to czeski rząd Andreja Babiša.
26.05 2021
fot. autor
Zostaw komentarz