Skąd właściwie wzięli się Polacy? Skąd wzięła się nazwa, którą dziś uznajemy za coś oczywistego? Najbardziej rozpowszechniona odpowiedź brzmi: od Polan. Polanie zaś mieli być ludem zamieszkującym pola, czyli otwarte i zagospodarowane rolniczo tereny Wielkopolski. Z Polan powstali Polacy, a z ich nazwy — Polska. Obraz prosty, swojski i bardzo mocno zakorzeniony w naszej wyobraźni. Gdzieś u początku stoją Piast Kołodziej, oracze, rolnicy i spokojna wieś. Tyle, że ta opowieść ma raczej niewiele wspólnego z rzeczywistymi początkami naszego państwa.
-Polanie czyli słowiańscy wikingowie-
Profesor Gościwit Malinowski zaproponował inną interpretację nazwy Polan. Interpretację, którą wspierają zresztą najnowsze ustalenia historyków, archeologów czy archeologów środowiskowych. Zwrócił on mianowicie uwagę, że pola uprawne występowały przecież na całej Słowiańszczyźnie. Nie były osobliwością Wielkopolski. Trudno więc wyjaśnić, dlaczego akurat jedna grupa miałaby uczynić z nich swoją nazwę. Co więcej, Polanie pojawiają się w źródłach późno. Wcześniejsze przekazy o państwie Mieszka I nie określają jego mieszkańców tym mianem. Nazwy zbliżone do Polan, Polaków i Polski upowszechniają się dopiero około roku tysięcznego, za panowania Bolesława Chrobrego.
Pierwsza z hipotez Malinowskiego nadal prowadzi nas do słowa „pole”, ale nie do pola uprawnego. Chodzi o pole walki, wyprawy wojennej i działalności łupieżczej. Polanie byliby więc ludźmi, którzy ruszali w pole. Napadali na sąsiadów, zdobywali grody, zabierali dobytek i jeńców, podporządkowywali sobie kolejne społeczności. Malinowski przywołuje w tym kontekście czasownik „polakować”, zachowany w języku rosyjskim w znaczeniu związanym z wyprawą łupieżczą. Pamiętajmy, że tysiąc lat temu wszystkie języki słowiańskie, wywodzące się z jednego rdzenia, były sobie jeszcze bliższe niż dzisiaj i wzajemnie zrozumiałe.
Polanin nie oznaczałby zatem spokojnego rolnika mieszkającego wśród pól. Byłby wojownikiem. Określeniem funkcjonalnym podobnym do słowa „wiking”, które pierwotnie również nie nazywało jednego narodu, lecz człowieka podejmującego określony rodzaj wojennej i rabunkowej wyprawy.
Druga hipoteza idzie jeszcze dalej. Pierwotna nazwa mogła brzmieć „Palanie”. W najstarszym żywocie świętego Wojciecha Bolesław Chrobry występuje jako *dux Palaniorum*. Malinowski łączy słowo „Palan” ze średnioperskim *pahlawān*, oznaczającym siłacza, zapaśnika lub bohatera. Określenie to mogło dotrzeć na ziemie słowiańskie za pośrednictwem ludów stepowych. Jego śladem miałyby być znane z ruskich opowieści palanice lub polanice — kobiety wojowniczki, porównywane czasem do amazonek.
W takim ujęciu Polanie nie musieli stanowić jednego plemienia osiadłego na zwartym terytorium. Byli elitą społeczną i militarną: wspólnotą wojowników, zdobywców oraz organizatorów władzy nad podległą ludnością. Wyjaśniałoby to zarazem, dlaczego Polan spotykamy nie tylko w Wielkopolsce, lecz także nad Dnieprem, w okolicach Kijowa. Obie grupy nie musiały mieć bliskich więzi plemiennych. Łączyła je funkcja. Polanie naddnieprzańscy zaginęli jednak w mrokach dziejów bo ich miejsce zajęli wikingowie, skandynawscy Rusowie, którzy podporządkowali sobie miejscową ludność słowiańską. Tak powstała Ruś.
W państwie Piastów nazwa wojowniczej elity objęła z czasem wszystkich poddanych jej władzy. Drużyna i jej zaplecze zdobywały następne grody, dokonywały przesiedleń, ściągały daniny i budowały nowy porządek. Ludność stawała się częścią wspólnoty politycznej stworzonej przez zwycięzców. Nazwa tej wspólnoty przechodziła stopniowo na cały kraj.
Pierwsi Piastowie nie byli więc drużyną poczciwych gospodarzy. Byli — mówiąc bez upiększeń — sprawną ekipą zbójów. Słowiańskimi wikingami. Zorganizowali siłę, narzucili zwierzchnictwo innym i stworzyli państwo. Przyjęli chrzest, weszli do świata chrześcijańskiej polityki, a swoją opowieść sprzedali tak skutecznie, że przetrwała katastrofę monarchii w pierwszej połowie XI wieku.
Spustoszona Wielkopolska przestała być centrum państwa. Polska odrodziła się w Krakowie, znaczniejszym i bogatszym grodzie. Krakowscy władcy nie wymyślili jednak nowej tożsamości. Nawiązali do Mieszka, Chrobrego i ich Polan, bo była to opowieść nobilitująca. Bolesław Chrobry najpewniej zrozumiał jej polityczną wartość. W świecie, w którym zachodni obserwatorzy widzieli na wschodzie przede wszystkim wielką słowiańską masę, nazwa własna oznaczała podmiotowość. Polska miała przestać być jednym z anonimowych krajów Słowian.
Ta historia ustawia nasze początki inaczej, niż przywykliśmy powszechnie sądzić. Jest też przydatna, by na zasadzie dalekiej analogii zrozumieć teraźniejszość. Dzieje narodu polskiego można bowiem — z koniecznym uproszczeniem — podzielić na trzy wielkie okresy.
-Naród pierwszy: wspólnota elit-
Naród 1.0 wyrastał ze wspólnoty wojowników, w późniejszym okresie zaś obejmował rycerstwo, szlachtę, duchowieństwo, część mieszczaństwa i urzędników. To te warstwy miały świadomość narodową. W Polsce szlachta miała również prawa polityczne. Większość ludności pozostawała poza tą sferą.
Przez setki lat około 90% społeczeństwa stanowili chłopi. Nie byli politycznym narodem. Nie znaczy to, że żyli bez tożsamości. Byli katolikami, mieszkańcami konkretnej wsi i poddanymi konkretnego pana. Mówili po tutejszemu, należeli do parafii, rodziny i lokalnej wspólnoty. Naród w dzisiejszym sensie nie był jednak podstawowym punktem ich odniesienia.
Jeszcze dwieście lat temu etnicznie polski chłop pytany o Polaków mógł wskazać dwór. To tam mieszkali „Polacy”. On sam był przede wszystkim człowiekiem stąd. Polska nie stanowiła pod tym względem wyjątku. Podobnie wyglądała ogromna część Europy.
Ten porządek trwał przez większość naszych dziejów. Zmieniły go druk, masowe czytelnictwo, powszechna szkoła, rozrastająca się administracja, pobór do wojska i rewolucja przemysłowa. Społeczeństwa zaczęły czytać, pisać i dowiadywać się o sobie. Człowiek, który wcześniej znał bezpośrednio swoją wieś oraz najbliższą okolicę, zobaczył nagle szerszą wspólnotę. Uświadomił sobie, że jest Polakiem, Francuzem albo Niemcem.
Idee demokratyczne nie spadły z nieba. Wyrosły z nowej rzeczywistości społecznej. Kiedy ludzie zaczęli uczestniczyć w masowej komunikacji, stali się podmiotami życia publicznego. Z poddanych zmieniali się w obywateli. Demokracja była polityczną konsekwencją tej komunikacyjnej przemiany strukturalnej w ramach społeczeństwa.
-Naród drugi: przebudzenie ludu-
W drugiej połowie XIX wieku radykalnie przyspieszył proces kształtowania się narodu 2.0: masowego, demokratycznego i ludowego. Takiego, który nie ograniczał się już do szlachty, duchowieństwa, inteligencji czy dworu. Obejmował szerokie warstwy społeczeństwa.
Pracowali na to społecznicy, pozytywiści, narodowcy i ludowcy, ale także socjaliści. Nieśli gazety do wsi i robotniczych dzielnic. Uczyli czytać, organizowali, budzili świadomość polityczną i narodową. W sensie masowej świadomości polskiego etnosu naród polski liczy więc nie tysiąc lat, lecz mniej więcej sto pięćdziesiąt. Przez wcześniejsze stulecia oczywiście istniał, ale inaczej, w innej formie.
Proces transformacji nie zakończył się z dnia na dzień. Jeszcze w II Rzeczypospolitej żyli na Polesiu „tutejsi”, którzy nie wpisywali siebie w nowoczesne kategorie narodowe. Takich ludzi po dziś dzień możemy spotkać w niektórych regionach Białorusi, wschodniej Ukrainy czy Rosji. Tam proces narodowotwórczy docierał i dociera najpóźniej.
Dla części ludności kryterium wyznaniowe i stanowe pozostawało ważniejsze niż język. Jedni badacze widzą domknięcie polskiego narodu masowego w wojnie 1920 roku i szkolnictwie międzywojennym. Inni przesuwają je aż do doświadczenia II wojny światowej. Zasadniczy kierunek nie budzi jednak wątpliwości: gigant się przebudził.
Naród 2.0 jest narodem, do którego przywykliśmy. Wydaje nam się naturalny i odwieczny. Dlatego łatwo przenosimy dzisiejszą, zbiorową świadomość na nasze wyobrażenie piastowskiego chłopa albo mieszkańca dawnej Rzeczypospolitej. To błąd. Masowa polskość jest świeża. Najstarsi żyjący dziś Polacy urodzili się już w takim świecie, więc nie mamy bezpośredniego doświadczenia poprzedniego porządku.
Ten właśnie naród, polskość 2.0, po około 150 latach od swojego powstania i po ponad 100 latach od osiągnięcia swojej dojrzałej formy, kończy się dziś na naszych oczach. Nie znika całkowicie. Nadal łączy nas język, państwo, historia, chrześcijańskie dziedzictwo, bajki z dzieciństwa, sport, zwyczaje, obrzędy i symbole. Wciąż potrafimy kibicować biało-czerwonym, przeżywać wspólne rocznice, obchodzić święta i rozpoznawać te same kody kulturowe. Fundament pozostał. Rozpada się jednak sposób wspólnego życia, który na nim zbudowano.
-Naród 3.0 – archipelag plemion-
Każda wspólnota potrzebuje rytuałów. Dotyczy to państwa, religii, narodu, grupy przyjaciół, a nawet najmniejszej rodziny. Rodzina jest rodziną również dlatego, że pewne rzeczy robi wspólnie i regularnie. Powtarzalny obrzęd mówi: „tak robimy, bo jesteśmy sobą”.
Tymczasem życie wspólnotowe zanika. Rodzinne, religijne, narodowe, towarzyskie. Powód jest bardziej podstawowy niż ta czy inna ideologia. Siedzimy przed ekranami. Media oddalają nas od bliskich i zbliżają do obcych. Tyle że obcy z ekranu nigdy nie staną się naprawdę bliscy, a bliscy na wyciągnięcie ręki zaczynają nam ciążyć. Media społecznościowe zbliżają z obcymi ale oddalają od bliskich. Kontakt z nimi wymaga cierpliwości. Film, muzyka, gra czy niekończący się strumień treści dają natychmiastową przyjemność i o nic nie proszą.
Ideologie najczęściej przychodzą wtórnie. Opisują rzeczywistość, która już powstała z ludzkich wyborów, technologii i stylu życia. Mogą ją umacniać. Potrafią dawać dobre samopoczucie i moralne uzasadnienie złym decyzjom. Rzadko są jednak pierwszą przyczyną przemiany.
Człowiek natomiast pozostaje istotą wspólnotową. Przez setki tysięcy lat żył w małej grupie, z którą dzielił niemal wszystko. Rolnicza wieś nie zmieniła zasadniczej zasady, którą było życie w ramach małej, krewniaczej grupy okresu zbieracko-łowieckiego. Nadal oznaczała niewielką liczbę bardzo głębokich relacji. Radykalna zmiana przyszła wraz z rewolucją druku i przemysłu. Kolejna rewolucja odbywa się już za naszego życia. Dzisiaj mamy odwrotność tego, do czego jesteśmy biologicznie przystosowani: zamiast niewielkiej liczby głębokich relacji utrzymujemy olbrzymią liczbę relacji powierzchownych.
Żyjemy w internecie bardziej niż w swojej realnej społeczności. Czytamy komentarze, sami komentujemy, wzruszamy się i oburzamy. Potrzebujemy kolejnych zastrzyków informacji, żeby podbijać bębenek emocji. Nie przestajemy jednak potrzebować wspólnoty. Skoro realne więzi słabną, zaczynamy szukać ich w sieci. Algorytmy natychmiast odpowiadają na to zapotrzebowanie.
Wystarczy wysłuchać jednego publicysty, potem drugiego odcinka, a po miesiącu człowiek jest wirtualnie otoczony całym uniwersum podobnie postrzegających daną rzeczywistość ludzi. Powstaje bańka. Bańka przekształca się w plemię. Może być polityczne, ideologiczne, kulturowe albo zbudowane wokół sposobu odżywiania. Przedmiot kultu jest drugorzędny. Mechanizm pozostaje ten sam.
Internet premiuje treści najmocniejsze, najbardziej jaskrawe i radykalne. One przyciągają uwagę, wywołują reakcję i podtrzymują zaangażowanie. Plemię przesuwa się więc ku skrajności. W odpowiedzi wyrasta kontrplemię. Oba potrzebują się nawzajem, ponieważ wspólny wróg wzmacnia tożsamość lepiej niż spokojna rozmowa.
Najczytelniej widać to w polityce. Kiedy rządzi Donald Tusk, fanatyczna część zwolenników PiS mówi o „tuskowej policji”, „tuskowej prokuraturze” i państwie, które nie jest już polskie. Kiedy rządzi PiS, druga strona ogłasza dyktaturę, okupację i konieczność niemal powstańczego zrywu. Jedni widzą sterowanie z Berlina, drudzy z Moskwy. Każde wybory urastają do rangi świętej wojny. Audycje, programy czy spotkania stają się obrzędami kultowymi, quasi-religijnymi, umacniającymi w „wierze”. Internetowi celebryci stają się szamanami zaklinającymi masy a politycy — wodzami politmedialnych plemion.
Taka tożsamość potrafi stać się ważniejsza, bo intensywniej przeżywana, od narodu i państwa, choć w teorii ma temu narodowi i państwu służyć, a przynajmniej próbuje to udawać. W wojnie plemiennej swoim wybacza się wszystko, natomiast tym obcym, wrogim nie wybacza się nic. Instytucje są polskie tylko wtedy, gdy kontroluje je nasze plemię. Jeśli przejmują je tamci, można je osłabiać, delegitymizować, a nawet dewastować. Tak umarła już nie tylko praworządność ale nawet demokracja, choć powszechnie jeszcze nie odnotowaliśmy tego w naszej świadomości. Żyjemy więc w demokracji typu zombie.
Możemy nadal przeprowadzać głosowania, ale żywa demokracja potrzebuje czegoś więcej. Musi istnieć wspólnota polityczna oraz przestrzeń, w której ścierają się poglądy ludzi uznających istnienie dobra wspólnego. Takiej przestrzeni współcześnie już nie ma w sensie masowej debaty publicznej. Plemiona nie spotykają się w żadnym takim miejscu. Media, parlament, internet nie są przestrzeniami debaty tylko arenami, na których delegaci plemion toczą starcia ku uciesze motłochu. Plemiona żyją w osobnych światach i karmią swoich członków osobnymi, często wręcz przeciwstawnymi obrazami rzeczywistości.
To jest naród 3.0. Nie mamy już masowej wspólnoty, lecz archipelag nowoplemion. Część ludzi uczestniczy w tej politycznej wojnie. Inni wycofują się w prywatne pasje i rozrywkę. Można dziś realizować tysiące zainteresowań nie wychodząc z domu i prawie nie stykając się z rzeczywistością społeczną. Pozostaje wreszcie mniejszość, która nie chce bez reszty zapisywać się do żadnego plemienia. Może popierać konkretną partię, ale rozumie mechanizm wojny plemiennej. Myśli kategoriami wspólnoty narodu i państwa polskiego. Potrafi toczyć debatę w sieci, która nie jest oderwana od rzeczywistości i nakierunkowany na polskie dobro wspólne. Jest to postawa mniejszościowa, w obecnych warunkach wręcz elitarna.
Rewolucja, której jeszcze nie zrozumieliśmy
Rewolucja mediów społecznościowych trwa krócej niż jedno pokolenie. Ludzie w moim wieku pamiętają młodość bez internetu i telefonu komórkowego. Zaledwie kilkanaście lat masowego życia w sieci wystarczyło, żeby rozbić wspólną przestrzeń informacyjną, zradykalizować politykę i głęboko zmienić relacje międzyludzkie.
Poprzednia wielka rewolucja komunikacyjna zaczęła się od druku w XV wieku. Jej społeczne i polityczne skutki dojrzewały przez stulecia. Powszechna umiejętność czytania, masowa edukacja, nowoczesny naród i demokracja nie pojawiły się nazajutrz po Gutenbergu. Potrzebowały kilkuset lat.
My nie przepracowaliśmy jeszcze skutków internetu, a już wchodzi rewolucja następna. Sztuczna inteligencja może urządzić każdemu prywatny matrix we własnym domu. Już dziś wytwarza dowolny obraz, tekst i głos. Potrafi naśladować osobową relację. Kiedy do obrazu i dźwięku dołączą coraz doskonalsze doznania zmysłowe drugi człowiek może się wydać jeszcze mniej potrzebny.
Konsekwencje są trudne do przewidzenia. Kierunek widać jednak wyraźnie. Człowiek masowy będzie coraz głębiej wsiąkał w świat wirtualny, który odizoluje go od wspólnoty rodzinnej, narodowej, religijnej i towarzyskiej. Sztuczna inteligencja poda mu na tacy dokładnie to, czego zażąda. Postawy egoistyczne i narcystyczne dostaną znakomite warunki rozwoju.
W tym sensie mówię o zdemoralizowanym ludzie. Nie jest to obelga rzucona pod adresem konkretnego człowieka. Chodzi o zjawisko masowe i strukturalne: o lud coraz mniej zdolny do trwałej więzi oraz działania na rzecz czegoś większego niż osobisty komfort czy zaspokojenie potrzeby krótkotrwałej przyjemności.
Zmieni się również gospodarka. Sztuczna inteligencja może uwolnić wielu ludzi od pracy, ale jednocześnie da niezwykle potężne narzędzia znacznie mniejszej grupie. Ci, którzy nauczą się nią sprawnie posługiwać i za jej pomocą zarządzać, zyskają nowe możliwości. Pozostali mogą stać się gospodarczo zbędni. Nie musi się tak wydarzyć, lecz jest to scenariusz na tyle poważny, że nie wolno go ignorować.
-Drużyna na nowe czasy-
Powróćmy na koniec do Mieszka i Chrobrego. Polska znów staje się rzeczywistością uplemiennioną. Kiedyś żyli obok siebie Ślężanie, Bobrzanie, Wiślanie i inne społeczności. Zarządzała nimi wojownicza elita, która potrafiła narzucić cel, zorganizować aparat państwowy i zbudować trwalszą całość. Dzisiaj potrzebujemy podobnej drużyny — oczywiście nie po to, żeby naśladować praktyki typowe dla X wieku, najeżdżać i palić grody albo sprzedawać ludzi w niewolę.
Podobieństwo leży gdzie indziej. Potrzebna jest mniejszość ludzi świadomych celu, zdolnych do tworzenia realnej wspólnoty i podporządkowania istotnej części własnego życia sprawom większym od siebie. Ludzi, którzy kultywują tradycję, mają świadomość kulturową i państwową, a technologią w sieci zarządzają, zamiast pozwalać, by to ona zarządzała nimi. Przy zdemoralizowanym wspólnotowo ludzie potrzebujemy wojowniczej i zdeterminowanej elity.
Głęboka, wspólnotowa polskość będzie bowiem zjawiskiem coraz bardziej elitarnym. Zdolność odstawienia ekranu, kontrolowania własnej uwagi i wychodzenia z informacyjnego matrixa stanie się cechą przywódczą. Bez niej nie da się rozpoznawać rzeczywistości, budować trwałych relacji ani podejmować odpowiedzialnych decyzji.
Dlatego współczesna praca narodowa i patriotyczna nie może skupiać się głównie na próbach przekonywania szerokich mas. Ktokolwiek w tej pracy społecznej przez ostatnie dekady świadomie uczestniczył, ten musi sobie zdawać sprawę jakie to przynosi rezultaty. W sensie oddziaływania na masowe postawy społeczne – bardzo marne. W perspektywie pozyskiwania perspektywicznych jednostek – niezłe. Sensem pracy społecznej staje się bowiem działanie jakościowe, a nie ilościowe.
O każdego człowieka warto walczyć. Trzeba wyrywać ich z antywspólnotowej izolacji w sieci i wariackich baniek. Nie wolno jednak ignorować struktury świata komunikacyjnego, który pcha większość w przeciwną stronę. Sytuacja jest pod tym względem odwrotna wobec realiów drugiej połowy XIX wieku. Nikt na świecie nie wynalazł jeszcze masowej recepty, jak w dobie tyranii smartfonów odwrócić katastrofę demograficzną i rozpad więzi wspólnotowych kadego rodzaju.
Narzędzia jakimi w Polsce dziś dysponujemy pozwalają natomiast budować racjonalną, wspólnotową i wojowniczą mniejszość, która będzie w stanie wziąć odpowiedzialność za całość. Mniejszość ludzi, którzy będą wierzyli, że historia bitnej drużyny wojów Mieszka i Chrobrego jest warta kontynuacji przez kolejne setki lat. W dobie powszechnej demoralizacji ludu i upadku demokracji taki narodowy elitaryzm nie jest fanaberią – staje się koniecznością.
Autor: Robert Winnicki
Polski polityk, w latach 2009–2013 prezes Młodzieży Wszechpolskiej, jeden z twórców oraz pierwszy prezes Ruchu Narodowego, poseł na Sejm RP VIII i IX kadencji.
Zostaw komentarz