Od lat czytam teksty dr Wieczorka. I często zgadzam się z nimi. Jeśli nawet w jakimś tak zakresie mam zdanie odmienne, to dotyka tylko paru procent poruszanego zagadnienia. Jednak trudno zmilczeć wobec ostatnich „płacowych” twierdzeń pana Doktora.

I tak w opublikowanym 22 stycznia tekście „Akademickie głodowanie” Wieczorek pisze:

Akademicy uważają, że poziom ich zarobków odstaje od wartości ich pracy jako naukowców i wykładowców. Grożą jednocześnie, że jak dalej będą tak głodzeni, to Polska straci szanse na rozwój i suwerenność. Mają tylko jeden postulat – dajcie nam więcej!

Minimalne wynagrodzenie profesora ma być trzykrotnie większe od płacy minimalnej, a wynagrodzenie pozostałych ma być powiązane z gażą profesorów. Gdy do tego dojdzie, nauka w Polsce stanie na nogach i zapewniony zostanie rozwój kraju. Powiązania płacy z wynikami pracy nikt nie postuluje, a jak wiadomo stopnie i tytuły w Polsce jakby były niezależne od osiągnięć naukowych i dydaktycznych, a zbyt zależne od czynników pozamerytorycznych.

Nie ma wątpliwości, że nauka w Polsce jest niedofinansowana i akademicy winni zarabiać znacznie więcej, ale zmiany wynagrodzeń winny być powiązane ze zmianami strukturalnymi, a nie z tytułami. Dzisiejsze finansowanie nie jest głodowe i znacznie większe niż w PRL, a wzrostu jakości badań i dydaktyki nie widać.

http://pressmania.pl/akademickie-glodowanie/

Najwyraźniej Józef Wieczorek przegapił ogromny wstrząs, jakim była tzw. reforma Gowina, przeprowadzona w 2018 roku po trwających blisko 2 lata konsultacjach. Zwana wówczas Konstytucją dla Nauki z czasem stała się już tylko Ustawą 2.0. Dzisiejsze protesty, w wielu ośrodkach akademickich podejmowane zgodnie przez ZNPSolidarność (czasem z udziałem lokalnie działających innych związków zawodowych) są tylko wynikiem niespełnionych obietnic ówczesnych władz.

Uchwalona przez Sejm ustawa z dnia 20 lipca 2018 roku (Dz. U. z 2018, poz. 1668) Prawo o szkolnictwie wyższym i nauce w art. 137 wiąże wynagrodzenie nauczycieli akademickich z wynagrodzeniem profesora. Wydane zaś 29 września 2018 roku rozporządzenie Ministra Nauki i Szkolnictwa Wyższego (Dz. U. z 2018, poz. 1838) określiło je na 6410,- zł. W tym czasie stanowiło to prawie trzykrotność minimalnego wynagrodzenia. Niestety, płaca profesora stanęła w miejscu, co spowodowało, że początkujący pracownik naukowy zarabia obecnie……na poziomie płacy minimalnej.

Tymczasem głęboka reforma uczelni (w niektórych zmieniono strukturę, w miejsce znanych od wieków katedr i zakładów powołano zespoły badawcze itp.) miała być połączona z dofinansowaniem całej nauki. I nie chodzi tu wyłącznie o wynagrodzenia jednej tylko grupy pracowników zatrudnionych na uczelniach, tj. nauczycieli akademickich.

Przede wszystkim trzeba głośno powiedzieć – Polska pod względem udziału nakładów na naukę i szkolnictwo wyższe w PKB zajmuje jedno z ostatnich miejsc w Unii Europejskiej.

Ten brak finansowania wywiera również wpływ na niskie oceny naszych uczelni. Ale nie tak, jak chce Wieczorek, który przyczynę zła wszelakiego upatruje w bylejakości pracy naszych akademików.

Jeśli bowiem normą w mediach jest płacenie honorariów autorom, to w przypadku czasopism naukowych opłacać należy wydawcę. A na to często już brakuje środków.

Poza tym Ustawa 2.0 zmieniła sposób finansowania uczelni. Zamiast wielu źródeł (w tym np. od przemysłu) wprowadzono jedną subwencję, zależną od tzw. ewaluacji, czyli oceny pracy badawczej uczelni.

Problem w tym, że kryteria ewaluacji… ewoluują. Konkretnie zaś zmianom ulega liczba punktów przyznawanych za publikację w określonym czasopiśmie. Niektórzy przedstawiciele środowiska akademickiego wprost mówią o ręcznym sterowaniu, dokonywanym przez ministra Czarnka.

Bez zmian systemowych żadne podwyżki nie spowodują poprawy poziomu sektora akademickiego, jak i do tej pory nie spowodowały.

(ibid.)

Tymczasem prawda jest taka, że od dekad pracownicy naukowi podlegają ocenie. Reforma Gowina w tym zakresie wprowadziła jednak pewien ostracyzm. Już przy pierwszej negatywnej ocenie umowa z pracownikiem może być rozwiązana. Przy drugiej natomiast rozwiązanie umowy jest obligatoryjne. Trudno nawet wyobrazić sobie, by ktoś, kto przed laty uzyskał stopień doktora mógł „okupować” stanowisko nauczyciela akademickiego aż do emerytury.

Poza tym rzekomo niskiemu poziomowi naszych uczelni przeczy chociażby fakt bezproblemowego odnajdywania się na uczelniach całego świata absolwentów. Ba, wiele osób robi tam jeśli nie światową, to przynajmniej lokalną karierę.

Trudno jednak zachować powagę, gdy czyta się takie oto wynurzenie Józefa Wieczorka:

Co więcej, wydajnych naukowo i dydaktycznie, choć słabo finansowanych pasjonatów z systemu eliminowano, blokowano ich powroty, tak jak tworzono bariery prawne i obyczajowe dla powrotów polskich akademików z zagranicy.

(ibid.)

Niby jak?

Przecież warunki finansowe, jakie można było zaoferować hipotetycznym powracającym pełniły rolę najskuteczniejszego straszaka.

Nie tak dawno miałem okazję porozmawiać z osobą pracującą na tureckiej uczelni. I to wcale nie w Istambule czy Ankarze, ale w Antalyi. Okazuje się, że przy podobnym poziomie cen wynagrodzenie początkującego asystenta sięga gaży profesora w Polsce.

A przecież uczelnia to nie tylko pracownicy naukowi i dydaktyczni. To również pracownicy nie będący pracownikami naukowymi, bez których żadna uczelnia nie mogłaby funkcjonować. W grupie tej znajdują się pracownicy badawczo- i inżynieryjno-techniczni, administracyjni, informatycy oraz bibliotekarze. Są pośród nich ludzie również pracujący naukowo, mogący pochwalić się publikacjami w renomowanych czasopismach. Tymczasem płace tej grupy szokują. W związku z kolejną podwyżką minimalnej wielu musiało otrzymać podwyżki… wyrównujące płace do najniższego poziomu w III RP.

Tymczasem Polska już nie jest pogrążona w kryzysie, powodującym nadpodaż pracowników. Teraz, aby znaleźć fachowca, trzeba przede wszystkim zaoferować godziwe warunki płacowe.

Dopiero wtedy, gdy płaca spełnia minimalne oczekiwania pracownika, można mówić o wymaganiach.

Opowieści Józefa Wieczorka o naukowcach, którzy naprzód powinni pokazać, jacy są wspaniali, a potem mówić o płacy, przypominają bajania matki, która mówi synowi:

– Oczywiście kupimy ci auto, ale naprzód pokaż, że umiesz dobrze jeździć.

Tymczasem nauczyciele w szkołach zarabiają o wiele więcej. Średnie wynagrodzenie nauczyciela – stażysty wynosi 4.950,- zł, nauczyciela dyplomowanego zaś 7.890,- zł.

W przypadku stażysty to prawie 300,- zł więcej, niż wynagrodzenie adiunkta. Nauczyciel dyplomowany zarabia natomiast 123% tego, co profesor.

Oczywiście podobnych przykładów jest więcej. Szczególnie w samorządach, gdzie kierownicy wydziałów często zarabiają więcej, niż sędziowie sądów apelacyjnych.

Tyle tylko, że sfera nauki jest strategiczna dla każdego państwa realnie myślącego o swoim rozwoju. Korea Południowa na badania naukowe przeznacza aż 4% swojego PKB.

I ma efekty.

Z kolei Chiny w 2018 roku pod względem wydatków na naukę były na drugim miejscu na świecie (po USA).

My natomiast mamy czekać, aż nasi naukowcy bez pieniędzy potrzebnych choćby na sprzęt i odczynniki, wykażą się genialnością.

I jeszcze dać zielone światło wszelkim pasjonatom, dla których nie tyle wynagrodzenie, ale miejsce pracy się liczy.

Obawiam się jednak, że gdyby nawet taka sytuacja faktycznie by zaistniała, wszystko zostałoby po staremu.

Bo skoro są dobrzy bez pieniędzy, to po co przepłacać?

23.01 2022