W sądzie prokurent firmy zeznała, że firma na sprawie straciła 50 mln zł. Czy firma może stracić jeszcze więcej? Może, bo ten proces to walka o wiarygodność, a nowe dowody mogą postawić firmę w niekorzystnym świetle
Mlekovita na zakręcie szantażu
Czy proces o rzekomy szantaż pogrąży oskarżonych, czy Mlekovitę? Głośny proces wchodzi właśnie w nową fazę. Obrońcy oskarżonych zaczynają wyciągać asy z rękawów i składać nowe dowody. Jeden z nich w postaci nagrania już się pojawił i został przez sąd dopuszczony. Złożył go prawnik Pawła Mitera, adwokat Karol Rusin. Planowane odtworzenie nagrania ma najprawdopodobniej podważyć wiarygodność złożonych zeznań przez prezesa Mlekovity Dariusza Sapińskiego, który będzie musiał ponownie stawić się przed poznańskim sądem. Zapewne to właśnie teraz obrona zamierza dociskać i konfrontować prezesa Mlekovity z nieznanymi dotychczas nagraniami. Można zakładać, że prawnicy oskarżonych są dobrze przygotowani i taktycznie wykorzystują posiadane dowody przeciwko szefostwu firmy. Wniosek dowodowy Rusina można oceniać w kategorii przejścia do ataku po wcześniejszym wielogodzinnym przesłuchaniu szefostwa Mlekovity. Być może to dlatego firma wynajęła kilku prawników, bo wie, że to właśnie teraz rozpoczyna się najważniejszy moment tego procesu. A stawką jest wiarygodność, o którą w asyście znanych adwokatów walczą Miter i Mlekovita.
Wnioskowi, który padł pod koniec ostatniej ponad ośmiogodzinnej rozprawy sprzeciwiali się prawnicy Mlekovity, Dariusza Sapińskiego oraz sam prokurator Łukasz Stanke, twierdząc, że nagrania Mitera z prezesem Mlekovity są w materiale dowodowym. Wywołany przez prokuratora Miter oświadczył, że jeśli prokuratura twierdzi, że w aktach sprawy są jego rozmowy z prezesem Mlekovity, to prokuratura wprowadza sąd w błąd, ponieważ w aktach sprawy nie ma żadnej jego rozmowy, także żadnej rozmowy z prezesem. Sąd wniosek dowodowy dopuścił i na kolejnej zaplanowanej na sierpień rozprawie ma dojść do odtworzenia nagrania i skonfrontowania prezesa Mlekovity z nowym dowodem.
W rozmowie z nami Miter tłumaczy trochę wymijająco, że taktyka obrony, jest dostosowana do tego, czego w marcu oczekiwała sama Mlekovita, dlatego jego zdaniem na końcu przesłuchania prezes Sapiński będzie musiał odpowiedzieć na niektóre pytania, już bez możliwości odwołania się do tego, co tuż przed nim zeznała jego prawa ręka, czyli prokurent Mlekovity, ustanowiona na kilka dni przed marcową rozprawą. To właśnie ustanowienie Adrianny S. prokurentem (zastrzega w mediach swoje dane) sparaliżowało rozprawę w marcu. Wtedy niespodziewanie w sądzie zjawiła się Adrianna S. chcąc uczestniczyć w przesłuchaniu prezesa. Obrońcy oskarżonych wnieśli sprzeciw uzasadniając i uznając to za taktyczny wybieg firmy, który ma pozbawić ich klientów przysługujących praw do obrony. Zdaniem adwokatów Karola Rusina i Marcina Dominiczaka – co zresztą uzasadniali przed sądem – chodzić miało o to, że prawa ręka Sapińskiego, jako świeżo upieczona prokurent firmy uznanej na pokrzywdzoną, mogła przebywać na sali rozpraw, mając tym samym możliwość wysłuchania zeznań prezesa Mlekovity, a potem, wiedząc, co powiedział, sama złożyłaby zeznania. Obrona podnosiła także, że zaskoczona obecnością Adrianny S. w sądzie nie jest też przygotowana do jej przesłuchania. Adwokat Mitera poinformował także sąd, że Adrianna S. nie figuruje w KRS, jako prokurent i nigdy wcześniej nie figurowała jako prokurent, choć chwilę wcześniej „dowództwo” Mlekovity tłumaczyło, że prokura była już rzeczniczce udzielana. Prawnicy Mlekovity nie reagowali. Dopiero po wytyku Rusina, że dostrzega rozbieżności w tym, co mówią, a tym, co jest w Krajowym Rejestrze Sądowym, sytuację ratowali prawnicy Mlekovity, tłumacząc, że ich klienci pomylili pełnomocnictwo z prokurą. Sąd ostatecznie na wniosek obrońców nie dopuścił do tego, aby nowa prokurent mogła przysłuchiwać się zeznaniom Sapińskiego postanowił, że wyznaczy nowy termin majowy, zaznaczając, że pierwsza w kolejności zeznawać będzie nowa prokurent, a po niej prezes.
Taktyka na życzenie
Marcowa sytuacja spowodowała, że obrona zastosowała taktykę konfrontowania prezesa z nowymi dowodami na koniec jego przesłuchania. Adwokat Rusin przed sądem uzasadniał, że konfrontowanie Sapińskiego z nowymi dowodami jest o tyle istotne, że będzie to musiał zrobić bezpośrednio przed sądem, bez pomocy prawników po tym, gdy zapoznają się z treścią nagrań, czy zawartością innych nowych dowodów. Ma to być w jakimś stopniu element zaskoczenia dla osoby, która oskarża innych o szantaż. Sąd przychylił się do wniosku obrońcy Mitera, pozbawiając tym samym prawników Mlekovity przygotowania prezesa Sapińskiego do kolejnego przesłuchania w zakresie nowego dowodu z nagrania. Dlaczego? Zanim sąd uwzględnił nowy dowód obrońcy Mitera, wytłumaczył protestującym prawnikom Mlekovity, dlaczego to robi. Na koniec rozprawy nośnik z nagraniem oddał wskazując, że rozumie taktyczny element obrony i oczekuje, aby dostarczyć go na kolejny termin, wtedy też nieznane nagranie zostanie odtworzone prezesowi Sapińskiemu. Nie wykluczone również, że na sierpniowej rozprawie obrońca Mitera złoży kolejne nowe dowody, wtedy być może padnie kolejny wniosek o to, aby Sapiński po raz kolejny stawił się przed sądem. Obrona twierdzi, że za sprawą dowodów będzie wykazywać, że firma Mlekovita mogła dopuścić się fałszywego oskarżenia ich klientów. – Już na tym etapie zeznań Adrianny S. i prezesa Melkovity pojawiają się rozbieżności, żeby nie powiedzieć kłamstwa i będziemy to wykazywać – mówi Miter.
Z naszych informacji wynika również, że nowe nagrania i taśmy złożyć ma adwokat Marcin Dominiczak reprezentujący w Marcina O. Adwokat Mitera, Karol Rusin już w sierpniu ubiegłego roku w wypowiedzi dla poznańskiej rozgłośni radiowej zapewniał, że zgromadzony w sprawie materiał obrony jest bardzo obszerny i interesujący.
Mimo, że – co wymaga podkreślenia – sam proces nie dotyczy zarzutu przebijania dat w Mlekovicie, w tej części prokurator umorzył postępowanie, uznając, że do procederu nie dochodziło, to mimo to, bardzo wyraźnym tłem procesu mogą być właśnie nagrania mające to potwierdzać, a także powiązane z tym procederem inne dowody. Obrońcy najwidoczniej zamierzają to teraz skutecznie wykorzystać, by pokazać, że to właśnie w strachu przed ujawnieniem nagrań, firma mogła dopuścić się fałszywego oskarżenia ich klientów. Ma to być także materiał nieznany prokuraturze, choć ta uparcie twierdzi, że sprawę przebijania dat zbadała wystarczająco.
Podczas przeszukań i zatrzymań prokuraturze nigdy nie udało się dotrzeć do nagrań z monitoringu firmy, a także innych istotnych dowodów – Zapewne dlatego możemy się w ogóle bronić mając szansę pokazać, jak było naprawdę – uważa Miter, którego wrocławskie mieszkanie prokuratura przeszukiwała dwukrotnie w tym jedno przeszukanie odbyło się w nocy przy udziale samego prokuratora Stanke. Śledczym nie udało się dostać wtedy do telefonu Mitera, a wejście do jego mieszkania miało miejsce na 4 dni przed mijającym zakazem publikacji. Cała akcja prokuratora Stanke w jego ocenie była skorelowana z faktem, że prawnicy Mlekovity nie potrafili skutecznie uzyskać przedłużenia o kolejny rok zabezpieczenia o zakazie publikacji. Ale bardzo zabawne, albo dziwne jest to, że przeszukując kancelarię prawnika z Leszna, a prywatnie znajomego Mitera, jeden funkcjonariusz CBŚP pozwolili nagrania z monitoringiem Mlekovity ukryć w koszu na śmieci znajdującym się w toalecie kancelarii.
Wszystko wskazuje też na to, że to właśnie ten kompromitujący materiał, nieznany sądowi mógł być przyczynkiem do tego, że Mlekovita siadła do ugody i rozmowy o pieniądzach. Ugody, którą firma sama miała proponować w leszczyńskiej kancelarii, ale gdy nie doszło do jej zawarcia na końcowym etapie rozmów, uzupełniła zawiadomienie przebijania dat w firmie o rzekomy szantaż – to wersja obrony, bo firma twierdzi, że z propozycją ugody nie wychodziła. Adwokaci oskarżonych twierdzą, że są w posiadaniu dowodów, że było inaczej. Jeśli faktycznie wersja obrony się potwierdzi, i jeśli zostaną przedstawione nowe dowody potwierdzające wersję oskarżonych, to w znacznym stopniu mogą one wywrócić wersję Mlekovity i oskarżenia.
Zdaniem Mitera, firma podejmowała działania kilkutorowo w dużej obawie przed zbliżającą się publikacją, zwłaszcza, że postanowienie o zakazie publikacji się przeciągało, a wywierana presja na Mitera i jego wydawcę nie powodowała tego, że przestał zajmować się sprawą, wręcz przeciwnie im bardziej Mlekovita na Mitera naciskała po przez osoby trzecie, ten w odpowiedzi bardziej dociskał firmę.
Podczas ostatniej rozprawy wyszło na jaw, potwierdziła to przesłuchiwana przez Rusina prokurent Mlekovity, że do sprawy wynajęto warszawską agencję pijarową, celem miało być – jak można się domyślić, wyciszenie tematu. Adrianna S. będąca wtedy rzeczniczką firmy, zeznała, że odbyło się jedno spotkanie z wydawcą Mitera. Nie potrafiła zrelacjonować okoliczności i przebiegu tego spotkania zasłaniając się tym, że nie pamięta, nie była wstanie też powiedzieć, jak to spotkanie zostało zrelacjonowane jej w raporcie od wynajętej agencji. Sam prezes Sapiński przyznał z kolei, że wiedza Mitera była „obszerna” i oni bali się publikacji i tego, co będzie po tym, gdy artykuł zostanie opublikowany. Z zeznań wyłaniał się obraz szukania tego, kto wynosił Miterowi informacje.
Niewygodny świadek?
Rusin przesłuchując prezesa Mlekovity zapytał o Artura P., zdaniem obrony, to człowiek mający znaczenie z punktu posiadanej wiedzy o Mlekovicie z racji na zawód jaki wykonuje, ale także z powodu kontaktu z Miterem jaki miał w tamtym czasie. Prezes Sapiński, chyba nieco zaskoczony tym pytaniem zeznał, że jest to „dobry znajomy”, który miał go błagać o wybaczenie, za to, że skontaktował się z Miterem. Według zeznania szefa Mlekovity człowiek ten podpisał mu oświadczenie, że wszystko, co powiedział Miterowi było kłamstwem. Dlaczego podpisał takie oświadczenie? W jakim celu? Sapiński zeznał, że człowiek ten chciał popełnić samobójstwo, kiedy ustalono, że to on jest „donosicielem”. Zaznaczył, że się nad nim zlitował. Nie potrafił odpowiedzieć, dlaczego nie powiadomili o tym samego Mitera i szczegółowo organów ścigania, choć P. i informacje ze sprawą związane były i są dla procesu kluczowe tak na etapie śledztwa jak i procesu. Sapiński uznał, że byli od tego prawnicy, nie interesował się już tym na dalszym etapie. Przesłuchujący Sapińskiego adwokat Rusin nie dawał za wygraną, dopytując na przykład o to, dlaczego nie chciał poznać treści informacji, jakie Artur P. przekazywał Miterowi, ale przyjął od niego oświadczenie, że „wszystko, co przekazał Miterowi było kłamstwem”, pytanie, co konkretnie mogło być tym kłamstwem, pozostało bez odpowiedzi. Co ciekawe o osobie Artura P. niechętnie zeznawała też Adrianna S. gdyby nie pytania Rusina zadane prezesowi Mlekovity, postać ta byłaby zapewne przez szefostwo firmy przemilczana. Prokuratura na etapie śledztwa także zwinnie pomijała tę osobę. Być może, to właśnie dlatego prokuratura nigdy nie przesłuchała Mitera szczegółowo, obawiając się, że poinformuje on do akt śledztwa o tym, jakie od tej osoby miał informacje, co mogłoby znacząco zdaniem Mitera utrudnić wydanie postanowienia w części umarzającej wątek przebijania dat. – Ta osoba na tamtym etapie wiedziała nawet, że szefostwo Mlekovity było u szefa GIS Jarosława Pinkasa, Miterowi zazębiało się to z tym, że kilka dni wcześniej na polecenie szefa GIS zadzwonił do niego rzecznik Pinkasa, prosząc o informację ws. nieprawidłowości w Mlekovicie – co w ocenie Mitera było dziwne, ale oczywiście rozumiał powagę sytuacji i podjął rozmowę, zresztą wcześniej poprosił go o to ich wspólny znajomy, aby zechciał porozmawiać o Mlekovicie, zanim ukaże się tekst. Miter na prośbę znajomego się zgodził. Jak dodaje, sam Artur P. to znacząca postać w branży Sapińskiego, człowiek kapituł i komisji, które przyznają nagrody, człowiek, który przeprowadza kontrole, a na zdjęciach w sieci pojawia się na galach w towarzystwie najważniejszych osób, także ministrów MSWiA. Człowiek, który przekazywał mi informacje, które dopiero po jakimś czasie były opisywane w mediach, także ta związana z rzekomym szantażem Mlekovity w Rosji, czy wykrytą bakterią w zakładzie w Zakopanem, nagle dziś wedle Sapińskiego podpisał mu oświadczenie, że rozmawiając ze mną, wprowadzał mnie w błąd. Doprawdy, przeciekawa jest to konstrukcja uciekania do przodu – mówi Miter. I jak zapewnia, informacje od P. nie są wygodne dla prezesa Mlekovity i samej firmy, opinia publiczna ma prawo się z nimi zapoznać.
Podtrzymać wiarygodność
Z reguły to oskarżeni obalają wiarygodność kluczowych świadków, a w tym przypadku może być jednak inaczej, to obrona będzie udowadniała wiarygodność Artura P. tylko, dlatego, że w niejasnych okolicznościach na etapie śledztwa podpisał szefostwu Mlekovity oświadczenie, jakoby informacje przekazywane Miterowi były nieprawdziwe. Sytuacja jest ciekawa, zapewne także dla sądu, który jak wiemy, już dzień po przesłuchaniu Sapińskiego postanowił wezwać Artura P. na świadka i to w dniu, w którym dalej zeznawać będzie prezes Mlekovity, czyli w sierpniu.
Wcześniej w swoich obszernych wyjaśnieniach Miter informował sąd, że posiada kilka godzin nagrań z tym człowiekiem i nie tylko, mających istotnie potwierdzać to, że w Mlekovicie dochodzić miało do przebijania dat i że firma chciała w kancelarii w Lesznie zaproponować łapówkę, ale obawiano się nagrania i prowokacji. Jeśli te informacje faktycznie zostaną przed sądem ujawnione, jeśli sąd da im wiarę, to firma może mieć istotnie poważny problem z dowiedzeniem, że faktycznie była szantażowana. Miter nie odpuszczając na tamtym etapie tematu, dotarł też do archiwalnych akt starej sprawy karnej, gdzie jednym z podejrzanych miał być prezes Mlekovity, chodziło o fałszowanie dokumentacji zakładowej przy rozdziale chłodziarek, ta sprawa miała miejsce na krótko przed 89 rokiem i została zamknięta, nikogo nie skazano, a prokurator, który prowadził tę sprawę dziś pracuje w Prokuraturze Krajowej. Sapińskiemu pozostała też karta zapisania się na jego wniosek do ORMO pod koniec lat 80, co także mu wyciągnął Miter ujawniając to na swoim Twitterze już po tym, gdy firma wynajęła na niego agencję i za sprawą kancelarii Zaborowskiego informowała wydawcę o nie do końca prawdziwych zdarzeniach, tylko po to, aby wydawca odsunął go od pracy w tamtym czasie.
Taśmy nie mają terminu ważności
To, czy światło dzienne ujrzą taśmy z monitoringu firmy na których zarejestrowano, jak pracownica firmy Ewa K. (do dziś pracuje w firmie) dokonuje ingerencji w etykiety będzie decydować sąd, godząc się na nowe dowody lub nie – mówi Miter. Według jego oceny, trudno jest sobie wyobrazić taką sytuację, że będziemy tę sprawę rozpatrywać w oderwaniu od istotny tego, co było motywem determinującym do oskarżenia nas, tym determinantem oskarżenia były właśnie te taśmy, których Mlekovita się obawiała.
Pytanie, jak na nowe okoliczności w sprawie zareaguje sam prokurator, który w przedmiocie przebijania dat umorzył śledztwo. W sytuacji, gdy pojawiają się nowe okoliczności istotne dla sprawy powinien podjąć na nowo umorzone w tej części śledztwo i zbadać nowe dowody i okoliczności w sprawie. Czy tak będzie w tej sprawie? Miter wątpi choć uważa, że taśmy nie mają terminu ważności, a samego prokuratora Stanke nazywa politycznym prokuratorem, bo dostał awans i premie życia za tę sprawę, to zaznacza, że prokuratora Stanke należy oceniać po jego pracy w sprawie Mlekovity, marnej pracy – dodaje i od razu zaznacza, że jest to jego ocena z którą nie każdy musi się zgadzać, kiedy ma taki status w sprawie. Podkreśla, że niestety, ale nie ma szacunku do tego prokuratora, choćby dlatego, że kłamał dwukrotnie w wypowiedziach dla mediów, zamiast milczeć. Kłamał w kwestii tego, że nie informowałem go, o istniejących nagraniach. Ocena Mitera jest jednoznzaczna, bo uważa, że prokuratura od samego początku nie reagowała na to, że dysponuje nagraniami w sprawie Mlekovity. Prokurator był ślepy, jakby się bał tych taśm, a na końcu przed kończącym się zakazem publikacji wydał postanowienie jego zatrzymania, aby pozbawić go w całej sprawie wiarygodności. Od czasu posiedzenia aresztowego w 2019 roku, na którym sąd nie zgodził się na aresztowanie Mitera prokurator nie przesłuchał go ani razu, mimo, że konieczność aresztowania uzasadniał zabezpieczeniem prawidłowego toku śledztwa i planowanymi czynnościami z jego udziałem. Prokurator grał z Mlekovitą do jednej bramki – uważa Miter. Grał i kłamał. Kiedy go zatrzymano tego samego dnia Mlekovita za sprawą swoich prawników od Zaborowskiego naciskała na warszawski sąd alarmującym pismem z czerwoną czcionką „PILNE”, aby przedłużyć zakaz publikacji, bo oto właśnie zatrzymano autora możliwego artykułu, zatem bardzo sprawnie prokurator wpisywał się w taktykę Mlekovity i ich prawników, nad wyraz zaskakująco sprawnie w czasie – uważa Miter. Stanke miał w poważaniu to, gdzie faktycznie szły przebijane produkty typu HORECA, nie chciał zabezpieczyć sprzętu, gdzie Ewa K. drukowała etykiety, mimo, że miał tabliczki znamionowe sprzętu i numery drukarki, Ewa K. nie miała prawa ich drukować w hurtowni – uważa Miter. – Prokurator umorzył wątek przebijania dat, nie mając dostatecznej wiedzy i materiału, mimo, że miał wiedzę ode mnie, że nagrania są i jest ich wiele, nigdy nie był nimi zainteresowany, na kierowane do niego wiadomości od sierpnia 2019 roku pozostawał ślepy i głuchy. Prokuratura nigdy nie zwróciła się po te nagrania, choć na wskazanie tego, abym je udostępnił w jednej z rozmów wskazywał Miterowi obecny szef Prokuratury Okręgowej w Poznaniu, wtedy rzecznik. – Miałem w ogóle wrażenie w pewnym momencie, że prokuratura moje rozmowy relacjonuje Mlekovicie – takie też docierały do mnie sygnały z prokuratury poznańskiej – twierdzi Miter. Robiono wszystko, aby na aktach śledztwa tych taśm nie było.
Samych wersji zmian etykiet są trzy. Zamazywanie rysowanych przez niesfornego pracownika firmy buziaczków, ścieranie kurzu i awaria systemu chłodniczego. Od wyboru do koloru, Ewa K. tak wyjaśniła, a prokurator dał temu wiarę i swoją wesołą twórczością uzasadnił postanowienie w części umarzające śledztwo, nie robiąc nic, aby ustalić choćby to, czy Ewa K. miała prawo dotykać etykiet, a jeśli tak, to w jakich sytuacjach i z zachowaniem jakich rygorów i dokumentacji, prokurator nie miał najmniejszej ochoty wykazać się dociekliwością, a mógł tak, jak ja zapytać Inspektora Sanitarnego, czy Lekarza Weterynarii, wtedy miałby fachową wiedzę do prawidłowej oceny przy dalszym prowadzeniu śledztwa w zakresie art. 306 kk – kończy Miter. To wtedy też jedna z oskarżonych pracownic, powiedział mi w sumie rzeczy, które wedle mnie polegają na prawdzie, ona nie miała i nie ma powodów, aby kłamać wtedy też napisałem do Adrianny S., że Zuzanna C-J jest najbardziej uczciwa w firmie i powinni jej wysłać bukiet kwiatów. Zrobiłem to, bo dowództwo firmy mnie okłamywało, zwodziło, zaszczuwało. Wiedziałem też, że zrobią z Zuzanny kozła ofiarnego, uczciwie jej to komunikowałem w jednej z rozmów. I tak się stało. Po roku wraz z wesołą twórczością prokuratora Stanke ją oskarżyli. Dziś w ogóle przed sądem istotna jest kwestia tego, że do kontaktów ze mną pchało ją de facto szefostwo Mlekovity i jej przełożony. Można byłoby z ironią uznać, że grupę przestępczą konstruowała tu Mlekovita, ale niestety jest to tak brutalna i przykra sprawa dla pani Zuzanny i dla nas, że nie chcę tak żartować. Zwłaszcza, że łamali ją też obyczajowo podczas przesłuchań, sugerując kontakty intymne z jednym z oskarżonych, kiedy to zeznawała przed sądem na sali obecny był wspierający ją mąż, ta przykrość i smutek na twarzach tych osób, jaki zafundowała im prokuratura i Mlekovita, coś tak podłego, choćby tylko za to, należy tę firmę piętnować, za fałszywe oskarżenia, działania i intrygi. I prokuratora, który dla premii uprawiał sobie wesołą twórczość śledczą – twierdzi Miter.
Test na prawników
Na sali sądowej spotyka się prawnicza śmietanka, a same relacje z procesu o rzekomy szantaż prezesa Dariusza Sapińskiego mogą wskazywać na to, że firma czegoś się obawia, być może chodzi o to, aby nie dopuścić do ujawniania mogących skompromitować firmę nagrań z Ewą K. w roli głównej. Mlekovita i jej prezes z rozprawy na rozprawę pojawia się z coraz większą ilością prawników. Choć zaznaczmy, nie jest to nic złego, aby mieć kilku prawników, ale może to być dla opinii publicznej zastanawiające. Na marcowej rozprawie dowództwo firmy pojawiło się w towarzystwie kilkuosobowej ochrony i trzech prawników. Z kolei na ostatniej sprawie Sapińscy pojawili się już bez ochrony, ale za to w obecności pięciu prawników, w tym znanego poznańskiego profesora Macieja Gutowskiego.
– To jest pewnego rodzaju spektakl Mlekovity, który na nikim nie robi wrażenia na pewno nie na mnie w dodatku są niekonsekwentni, bo o ile mi wiadomo na spotkania do kancelarii w Lesznie jeździli bez ochrony – ironizuje Miter. Co do prawniczej śmietanki odnosi się z rezerwą i szacunkiem – Na sali mogę oto zobaczyć profesora z którego prac uczyłem się do egzaminów u wymagającego sędziego, pana profesora chciałem zaangażować do mojej sprawy jednak, jeśli mnie pamięć nie myli, kancelaria profesora Gutowskiego na wczesnym etapie poinformowała mojego prawnika o konflikcie interesów. Obrońcą Mitera od początku jest dr Karol Rusin z renomowanej wrocławskiej kancelarii, Rusin, mimo młodego wieku jest też zastępcą rzecznika dyscyplinarnego wrocławskiej Okręgowej Rady Adwokackiej, wykładowcą i dziekanem na jednej z uczelni prawa. Na sali w procesie z Mlekovitą dał się już poznać jako nieugięty w przesłuchaniach i uzasadnieniach do składanych wniosków, a z pozostałym składem obrony na ostatniej rozprawie przez ponad sześć godzin nie odpuszczał prokurentce Mlekovity Adriannie S., która odpowiadając na pytania zadawane przez obronę dwukrotnie prosiła o przerwę i wodę.
W sprawie pojawia się też znana kancelaria Macieja Zaborowskiego, kojarzonego w przestrzeni publicznej z ministrem i prokuratorem generalnym Zbigniewem Ziobro. Z informacji, jakie mamy, to właśnie dlatego Maciej Zaborowski został na jednym spotkaniu wyproszony z leszczyńskiej kancelarii, musiał stać pod drzwiami i marznąć. Leszczyński prawnik tłumaczyć miał to potem ironicznie „klauzulą sumienia prawnika”, że z pewnymi osobami nie siada do stołu, zwłaszcza, że dzień wcześniej w jednej stacji telewizyjnej wyemitowany był reportaż nieprzychylny osobom powiązanym ze Zbigniewem Ziobro, wśród nich było nazwisko tego właśnie prawnika. Z procesu wyłania się także zauważalny konflikt między Miterem a Maciejem Zaborowskim, chodzić ma o to, że na etapie, gdy interesował się Mlekovita prawnik ten miał do niego dzwonić i zachęcać go do spotkania, Miter odmówił jednak, prosząc, aby nie powoływał się na znajomość z nim przed Mlekovitą. Podobno z tej rozmowy jest także rozmowa. Miter od tamtej pory publicznie wytyka wszystkie przegrane sprawy Zaborowskiemu i to, że jest w bliskich relacjach z ludźmi władzy. Miter kilkukrotnie podawał też, że zażaleniówki w sądzie kancelaria Zaborowskiego przegrywała z nim wszystkie. Niestety nigdy nie doszło do sporu na dowody, bo sprawę cywilną Mlekovity przeciwko Miterowi wrocławski sąd umorzył z ich winy – co na ostatniej rozprawie przywoływał Karol Rusin – Mówienie, że nie mieli czasu na ten spór, że za daleko jest żartem i kpiną – twierdzi Miter i dodaje, że firma chciała prowadzić ten spór na terenie Warszawy, albo na swoim terenie w Łomży, ale na jego wniosek Sąd Apelacyjny w Warszawie przychylił się do jego wniosku, aby sprawa toczyła się we wrocławskim sądzie. Miter twierdzi, że udało mu się to, dlatego, że wykazał w sądzie manipulację kancelarii Zaborowskiego.
Propozycja ugody
W całej sprawie Mlekovita ma status oskarżyciela posiłkowego, w normalnej tego typu sprawie, aktywny jest prokurator, spokojny o los sprawy może być zazwyczaj pokrzywdzony ze statusem oskarżyciela posiłkowego. Tu jest jednak inaczej.
Od początku procesu Mlekovita podejmuje działania, które zwykłych odbiorców mogą zastanawiać. Dużym zaskoczeniem było to, gdy po wyjaśnieniach oskarżonych w sierpniu ubiegłego roku, prawnicy firmy w procesie o tak poważny czyn działania w grupie przestępczej zaproponowali oskarżonym na koniec rozprawy mediacje i zawarcie ugody. Prokuratura w wypowiedzi dla Polskiej Agencji Prasowej była tym faktem także zaskoczona, podtrzymywała jednak, że dalej będzie bronić wniesionego aktu oskarżenia. Media natomiast szybko zrelacjonowały proces jako zaskakujący już na samym początku jego trwania. Jedna z gazet pytała w tytule, czy to faktycznie był szantaż, czy może spisek Mlekovity z prawnikiem Ziobry w tle. Ta sama gazeta pisała wprost, że prokuratura do sądu przyszła bez dowodów i że do tej pory znana opinii publicznej była tylko wersja jednej strony.
Prawnicy oskarżonych na kolejnej rozprawie nie zgodzili się na żadne ugody i rozmowy z Mlekovitą. W rozmowie z nami Miter twierdzi, że to cyniczni ludzie, udający dobrotliwych i miłosiernych, a w rzeczywistości są obliczonymi i wyrafinowanymi osobami, nie liczącymi się z nikim, wykorzystującymi swoje wpływy i znajomości. Dla Mitera ważne jest pełne uniewinnienie. Tylko tak zamierza się oczyścić i odzyskać dobre imię, które odbudowywał kilka lat, skończył prawo, ma dobra opinię w swoim środowisku. Uważa, że na postawieniu go w stan oskarżenia stracił bardzo wiele. Jeśli wygra ten proces zamierza dochodzić swoich praw na drodze cywilnej od Adrianny Sapińskiej i Dariusza Sapińskiego. W jego ocenie szefostwo Mlekovity już zaczyna między wierszami zwalać sytuację i miejsce w którym wszyscy się znaleźli na działania prokuratury i CBŚP, a nawet na ich prawnika. Kwestią otwartą i ciekawą jest też to, na jakiej podstawie, służby przy tej sprawie inwigilowały jego kolegę wymyślając sytuację w jednej z treści notatek, jakoby odbył spotkanie z prawnikiem Mlekovity w jednym z poznańskich hoteli. Była to nieprawda, kolega ten nigdy nie miał nic wspólnego z tą sprawą prócz tego, że przychodzili do niego „emisariusze”, aby wpłynął na Mitera. Co więcej, kolega Mitera był potem straszony, że zostanie do sprawy także zatrzymany, straszony był przez dziennikarzy powiązanych z tą władzą. Ten kolega Mitera jest przyjacielem znanego adwokata, który w tamtym czasie także został zatrzymany przez poznańską prokuraturę, ale do innej sprawy.
Dużym zaskoczeniem była też wspomniana wcześniej rozprawa z marca, gdy Mlekovita wykorzystując możliwe kruczki prawne o prokurze nie dopuściła do rozpoczęcia składania zeznań szefa Mlekovity. Chciała także wyłączenia jawności, było to o tyle zaskakujące, że wcześniej Mlekovita tej jawności chciała. Jawności procesu chciał także na pierwszej rozprawie sam prokurator Łukasz Stanke. Jednak nagle zmienił zdanie i wraz z Mlekovitą zmienił swoje stanowisko. Sąd poprosił o to, aby prokurator jakoś uzasadnił stronom swoje nowe stanowisko, jednak nie brzmiało ono zbyt przekonywująco dla sądu, który przychylając się do stanowiska obrońców oskarżonych ostatecznie nie zgodził się na wyłączenie jawności sprawy. Prawnicy oskarżonych podnosili, że Mlekovita nie jest konsekwentna, że skoro pierwsze chciała jawności, skoro oskarżyła o szantaż 4 osoby, to niech ma odwagę razem z prokuraturą, aby pokazać opinii publicznej swoje oskarżenie i dowody na nie. Tym bardziej, że w sprawie nie zaszły żadne nowe inne istotne okoliczności, aby wyłączać jawność.
Pojawiły się też opinie, że prokuratura nie dysponuje żadnym istotnym materiałem dowodowym w tej sprawie, a zgromadzone nagrania w pewnych momentach przeczą nawet wersji samej Mlekovity. Zastanawiające jest także to, dlaczego, skoro Mlekovita poddana była szantażowi, nie przeprowadzono operacji specjalnej wobec oskarżonych, aby przyłapać ich na gorącym uczynku z wręczenia żądanej kwoty. Mało tego, brakuje nagrania ze spotkania, na którym rzekomo miało dojść do szantażu. Tym samym, spotkanie to przed sądem dotyczy kwestii sprowadzającej się do słowa przeciwko słowu. Istotne jest też to, że Mlekovita nie poinformowała o planowanym spotkaniu w kancelarii leszczyńskiego prawnika oficerów CBŚP mimo, że pozostawali oni już w kontakcie z prokuraturą i służbą. Innym ważnym elementem ma być to, że Mlekovita proponowała zwolnionemu pracownikowi, którego potem oskarżyła o szantaż, dom w Zakopanem i ułożenie mu tam nowego życia. Patrząc na to, w jakiej cenie są nieruchomości w Zakopanem, Mlekovita musiała bardzo przejąć się sytuacją swojego pracownika, którego następnie oskarżyła z prokuraturą o szantaż. Pytanie, dlaczego? Warto dodać, że to z tym zwolnionym dyscyplinarnie pracownikiem firma w 2021 roku zawarła już jedną ugodę w sądzie pracy. Zawarto ją dlatego, bo istniało ryzyko wniosku o zbadanie prawdziwości nagrań, Mlekovita zarzuciła bowiem, że zwolniony pracownik je sfałszował, to też było podstawą zwolnienia dyscyplinarnego z którym ten stanowczo się nie zgadzał, bo uważał, że nie fałszował żadnych nagrań. Firma w zawartej ugodzie z Przemysłem S. wycofała się z tego sformułowania.
Prawnicy oskarżonych podnoszą też inną kwestię, że negocjacje kwotowe dotyczyły ugody zaproponowanej przez samą Mlekovitę w kancelarii leszczyńskiego prawnika, właśnie za to zwolnienie, ale według treści ugody chodzić miało o skryminalizowanie Przemysława S. i zamknięcie mu ust. Co ciekawe podczas przesłuchania Adrianny S. przed poznańskim sądem, adwokat Karol Rusin dopytywał ją, skąd w treści ugody już na tamtym etapie wziął się zapis, mówiący o tym, że Przemysław S. działał w złym zamiarze z dwoma osoba. Adwokat Mitera dawał tym samym do zrozumienia, że firma już na tamtym etapie mogła sobie przygotowywać grunt pod możliwe oskarżenie o rzekomy szantaż. Czy zatem zaproszenie do ugody było niejako wyjściem do oskarżenia o rzekomy szantaż, co się de facto stało po odrzuceniu treści ugody? To będzie musiał rozstrzygnąć poznański sąd.
W sprawie ma też pojawić się trzech bardzo istotnych świadków, których zdaniem Mitera prokuratura z Mlekovitą nie chce widzieć przed sądem.
Parasol ochronny
Składając przed sadem wyjaśnienia Miter wskazywał na powiązania prawicowego środowiska z Mlekovitą, wymienił nazwisko Tomasza Sakiewicza, który na jednej z imprez w firmie „miał jeść pierogi” a śpiewała jedna ze znanych piosenkarek. Wskazywał też, że firma sponsorowała niektóre rządowe gale. Mówił o tym dlatego, że gdy zaczął interesować się sprawą przebijania dat w Mlekovicie, to wylała się na niego fala hejtu ze strony prawicowych dziennikarzy, niegdyś jego kolegów, a skala ataku na jego osobę była tak duża i zorganizowana, że on sam czuł w pewnym momencie, że jest zastraszany i zaszczuwany. Momentem i granicą wytrzymałości Mitera był fakt, kiedy firma, zaczęła naciskać na jego wydawcę Piotra Bachurskiego i znajomych, aby odsunąć go od sprawy. Chodziło o zablokowanie publikacji. Miter wtedy po raz pierwszy na Twitterze umieścił wpis wraz z fragmentem z nagrania, na którym widać, jak kobieta z buteleczką, prawdopodobnie zmywaczem do paznokci i wacikiem dokonuje ingerencji w etykiety produktów. Na innym z kolei fragmencie widać było jak kobieta ta zrywa etykiety z produktów. To był moment zdaniem Mitera, że firma postanowiła go zaszczuć do końca. Do Mitera bardzo szybko dotarły informacje, że wynajęto agencję, która miała zająć się jego osobą, co potwierdziło się na ostatniej rozprawie. Do sieci trafiały przekłamane i zmanipulowane informacje z jego życia prywatnego powielane następnie pod nazwiskiem przez dziennikarzy kojarzonych z władzą, co było zresztą na pewnym etapie powodem zawiadomienia o tym fakcie prokuratury, ta jednak po 6 dniach od zawiadomienia wskazała Miterowi w treści umorzenia, że może ich sobie ścigać aktem prywatnoskargowym z paragrafu o zniesławienie.
Naciskami w Mitera
Podczas ostatniej rozprawy Dariusz Sapiński i Adrianna S. przyznali, że zatrudnili agencję pijarową do tej sprawy. Miter uważa, że z premedytacją planowano atak na jego osobę za to, że nie chciał odpuścić tematu. To właśnie moment zmasowanego ataku i co rusz wywieranej presji zdaniem Mitera był powodem tego, że zaczął publicznie bronić materiału nad którym pracował. Dziś szefostwo Mlekovity zarzuca mu, że podkręcał atmosferę i ataki na ich firmę. – Ale zapomnieli dodać, że był to efekt ich brudnych działań bezprawnych, bo wywieranie presji na dziennikarza, czy wydawcę, straszenie pozwami zanim ukaże się materiał jest w normalnych demokracjach niedopuszczalne i bezprawne – mówi Miter
Mlekovita w sądzie nie potrafiła przekonywująco odpowiedzieć na pytania obrony a także sądu, dlaczego i w jakim celu wysyłali ludzi do wydawcy i znajomych Mitera i to zanim ukazał się artykuł. Naciski na Mitera rozpoczęły się bardzo szybko, i w jego ocenie były ogromne, już po pierwszych pytaniach został poinformowany, że będzie pozwany, gdy nie ustępował i poprosił w jednym z maili, aby go nie straszyli i nie wywierali na niego nieuprawnionego wpływu, Mlekovita wynajęła do tego ludzi, którzy mieli za zadanie odwiedzić wydawcę Mitera. W sprawę nacisku na Mitera zaangażowano także posła Konfederacji. A do jednego z jego kolegów wysyłano służby, aby przekonać go, by ten wpłynął na Mitera, proponując mu wynagrodzenie. Miter twierdzi, że zna nazwiska zaangażowanych w atak na jego osobę.
– Jeśli ktoś tu działał jak zorganizowana grupa, to nie ja i nie my, a Mlekovita – twierdzi Miter. I dodaje, że prawnik Mlekovity Maciej Zaborowski, miał nawet informować Mlekovitę, że się zna z Miterem – Nie wiem w jakim celu to robił – mówi i zapewnia, że w tej kwestii dysponuje także materiałem dowodowym, być może dlatego w ocenie Mitera, Maciej Zaborowski nie ma odwagi stawić się w sądzie i wysyła swoich substytutów, czując, że może za chwilę będzie wzywany na świadka – twierdzi Miter.
Czy to jest normalna procedura, że firma, którą interesuje dziennikarz wysyła ludzi do wydawcy? – Nie. Tak właśnie wyglądają próby wpływania i tłumienia prasy wedle białoruskich standardów – mówi Miter. Mlekovita nie miała do tego żadnych podstaw ani prawa. Mogła rozpocząć polemikę z materiałem wtedy, gdyby doszło do jego publikacji. Do tego jednak nie doszło, bo Miter w momencie, gdy nie poddał się podejmowanym działaniom firmy i namowom na spotkanie ze strony choćby mecenasa Zaborowskiego, kojarzonego ze Zbigniewem Ziobro otrzymał sądowy zakaz publikacji tego tekstu na rok. Który potem już nigdy nie został przedłużony przez warszawskie sądy, jedno z postanowień odnosiło się zresztą do faktu, że dalsze przedłużanie postanowienia o zakazie publikacji może być cenzurą prewencyjną.
Czy Mlekovita może jeszcze coś stracić na tym procesie? Wiarygodność – uważa Miter. I nie trudno odnieść wrażenia, że ta sprawa to walka Mitera i Mlekovity o wiarygodność.



Zostaw komentarz