Tato był wrażliwym człowiekiem. Uwielbiał łowić ryby, ale z wielkim trudem i wewnętrznym oporem je potem uśmiercał. Z królikami było podobnie dopóki Sanepid nie zakazał mu ich hodowli na podwórku obecnego Liceum Ewangelickiego w Cieszynie, przy Sienkiewicza 2. Ale zabijał. I nawet nauczył mnie zabijania królików i karpików. Królika trzeba było mocno uderzyć w szyję, żeby złamać kręgosłup. Karpia zabijało się uderzeniem młotka w głowę. Przez folię, żeby krew nie rozbryzgała się. Miałem wtedy jakieś 10 lat.
Karpie pływały u nas w wannie na tydzień przed świętami. Uwielbiałem je dotykać. Były takie cudownie śliskie i jednocześnie dzikie. To był czas, w którym przygotowywaliśmy się do świątecznej kąpieli. Dziś ludzie kąpią się codziennie, zupełnie niepotrzebnie. Dyktatura sanitaryzmu przeorała ludziom mózgi. Przecież wystarczy kąpać się raz na dwa-trzy miesiącem w zimie nawet rzadziej. Ale te wszystkie aktywistki klimatyczne, walczące z globalnym ociepleniem, nierzadko biorą prysznic dwa razy dziennie. Gdzie tu logika? Nie ma.
Tato jak to się u nas mówi – chwytał – karpie na Gułdowach. To dwa stawy na obrzeżach Cieszyna. Wcześniej, zanim nie wylądowaliśmy w rowie dużym fiatem po udanych czy nieudanych łowach w Pruchnej (za to po ostrym melanżu), Tato doszedł do wniosku, że z Gułdów przynajmniej sam o własnych siłach do domu wróci. Tato jak zarzucił wędkę na Gułdowach to do minuty ryba była złapana. Reszta tylko gapiła się w niego z podziwem lub zawiścią. Byłem wtedy bardzo dumny z Taty.
Rodzinna kolacja wigilijna wyglądała tak, że wszyscy się bardzo starali, ale efekt był słaby. Tata zawsze przynosił karpia, mama robiła sałatkę jarzynową i słodkości. Ja z siostrą zajmowaliśmy się głupotami. Nigdy to nie sklejało się w jakąś sensowną całość. Po wszystkim mieliśmy poczucie kaca moralnego, że można było lepiej przeżyć te święta.
Tata bardzo szanował ryby. Pamiętam jak godzinami opowiadał mi o dozwolonych limitach odłowu ryb, licząc każdy gatunek w centymetrach. Od niego dowiedziałem się, że ryby dzielą się na łagodne i drapieżne. I że te pierwsze mają generalnie przesrane. Wyjaśnił mi też, że naprawieniem tej krzywdy jest fakt, że te drapieżne można łowić jak są małe, a te łagodne tylko jak są duże.
A karpia pływającego w wannie zapamiętam do końca życia.
P.S. Tato, tak mi Ciebie czasem brakuje.
Autor: prof. Radosław Zenderowski
Polski socjolog i politolog, profesor nauk humanistycznych, profesor zwyczajny w Katedrze Stosunków Międzynarodowych i Studiów Europejskich Uniwersytetu Kardynała Stefana Wyszyńskiego w Warszawie, kierownik tej katedry.
Zostaw komentarz