Choć tekst jest długi, warto przeczytać, bo sporo wyjaśnia.

„Teza, że nawet jeśli Karol Wojtyła nie został wykorzystany przez kardynała Sapiehę, to wiedza o jego zachowaniu wpłynęła na ukrywanie przez późniejszego papieża Jana Pawła II pedofilii w Kościele, jest wierutną bzdurą i etyczną niegodziwością.

W sprawie wątku „seksualnego drapieżcy” kardynała Adama Sapiehy (Małgorzata Skowrońska, „Kardynał Sapieha, Książę Niezłomny Kościoła, mentor Karola Wojtyły, molestował kleryków – wynika z dwóch niezależnych śledztw dziennikarskich”, „GW”, 23.02.2023) dziennikarze wyłożyli karty na stół. W książce „Maxima culpa. Papież wiedział” wątek opisał Ekke Overbeek, zaś w reportażu telewizyjnym „Franciszkańska 3″ pokazał Maciej Gutowski.

Sensacje oparte zostały na papierach Urzędu Bezpieczeństwa z najczarniejszego okresu stalinowskiej nocy – ze sfingowanymi procesami członków „reakcyjnego podziemia”, „faszystów” i Kościoła katolickiego. Torturami, wyrokami długoletniego więzienia i mordami sądowymi.

[…] Teza holenderskiego autora, że nawet jeśli kleryk Karol Wojtyła nie został wykorzystany przez homoseksualistę Sapiehę, to wiedza o jego zachowaniu wpłynęła na ukrywanie przez późniejszego papieża pedofilii w Kościele, jest wierutną bzdurą i etyczną niegodziwością. I nic jej nie usprawiedliwia.

Sądziłem, że nieprawdę w sprawie kard. Sapiehy wykażą historycy, lecz część z nich zadowoliła się opinią, że materiały UB zawierają „najprawdopodobniej nieprawdziwe informacje”…
Przypuszczałem też, że krakowski Kościół „otwarty” nie zaniknął i znajdzie w sobie siłę, żeby powiedzieć coś „na pewno”. Chodzi przecież o postać emblematyczną dla Kościoła polskiego, Księcia Niezłomnego z lat okupacji niemieckiej i sowieckiej. Po wojnie metropolita Sapieha przyjął pod dach redakcję „Tygodnika Powszechnego i „Znaku”, czyli środowisko Kościoła „otwartego”, bardzo ważnego dla opozycji demokratycznej, polskiej wolności i niepodległości.

Ale ze strony samego „Tygodnika Powszechnego” i osób niegdyś zaliczających się do Kościoła „otwartego” poleciało najwięcej błota. I to mnie ruszyło, bo przynajmniej w tym kręgu powinny istnieć granice intelektualnego besserwisserstwa i etycznej ułomności. Granic jednak nie ma.

KOZETKA UBEKA-PSYCHOTERAPEUTY
Pisząc o kard. Sapieże jako homoseksualiście i gwałcicielu kleryków, autor książki „Maxima culpa” zamieścił protokół przesłuchania ks. Anatola Boczka z 1950 r. Postaci ciemnej, bo współpracownika UB, członka podporządkowanego władzom ruchu „księży patriotów”, alkoholika i skandalisty obyczajowego.
[…] Jednak oceny te powtórzył Artur Sporniak w artykule „Sapieha, Wojtyła i tajemnice teczek” („Tygodnik Powszechny”, 24 lutego 2023), stwierdzając, że nie wiemy, czy opowieść Boczka jest prawdziwa, „czy ma stanowić np. element przygotowywanej przez UB prowokacji, mającej zniszczyć autorytet metropolity krakowskiego w społeczeństwie”. Bo UB gromadziła materiały przeciwko Sapieże, których nie wykorzystano, ponieważ zmarł on w lipcu 1951 r. w wieku 84 lat.

Znalazła się jednak – napisał dziennikarz „TP” – „druga relacja, w której mowa o erotycznych praktykach starzejącego się Sapiehy” i ma brzmieć „bardziej wiarygodnie”. Do relacji dotarła Joanna Tokarska-Bakir i przekazała „Tygodnikowi Powszechnemu” oraz Maciejowi Gutowskiemu.

Chodzi o protokół przesłuchania z 10 sierpnia 1949 r. ks. Andrzeja Mistata, w latach 1945-1947 kapelana metropolity Sapiehy. W podróży powrotnej z Watykanu ksiądz otrzymał pieniądze i korespondencję dla WiN. W latach 1948-1949 Mistat posługiwał na zachodzie kraju, gdzie go aresztowano. W 1950 r. został skazany na pięć, a wyrok do dziesięciu lat podwyższył Sąd Najwyższy za utrzymywanie związków z podziemiem niepodległościowym i emigracją. Wyrok odsiadywał w więzieniach w Krakowie, Tarnowie i Wronkach.
Mistat był też oskarżony w pokazowym procesie kurii krakowskiej (styczeń 1953 r.) za szpiegostwo na rzecz Watykanu. W październiku tegoż roku był urlopowany z odbywania kary ze względu na zły stan zdrowia – przewlekłe zapalenie mięśnia sercowego, powiększenie tarczycy, zapalenie dróg moczowych i ostry nieżyt oskrzeli. […]

Sporniak zastrzegł, że „dramatyczne okoliczności, w jakich ks. Mistat zeznawał – być może przymuszony torturami – nie muszą jednak podważać prawdziwości opowiadanej przezeń historii”. I zacytował opinię o. Jacka Prusaka SJ – psychoterapeuty i wykładowcy akademickiego. Według jezuity zeznanie Mistata „wygląda wiarygodnie”, na co wskazuje nie tylko opis zachowania metropolity (dobierania się do kleryków), lecz „także procedury, które – po próbie wykorzystania go przez metropolitę – kapelan podjął, zgłaszając tę sprawę do kilku duchownych na wysokich stanowiskach”.

Prusak jest wręcz pod wrażeniem odwagi Mistata, lecz „niestety także w tym przypadku zadziałało aktualne wciąż założenie, że poza Kościołem jest zło, a w Kościele – słabość”. Czyli że ks. Mistat z odwagą i zapewne ulgą wyznał ubekowi prawdę o Sapieże i wymienił nazwiska kleryków wykorzystywanych przez metropolitę oraz reakcję najbliższych współpracowników Sapiehy na owe „rewelacje”. Mistat odwagi nie miał w Kościele, podobnie jak wymienieni przez niego klerycy i ich zwierzchnicy. Wszyscy ukryli prawdę ze względu na kościelną omertę.

Moja wyobraźnia okazało się zbyt ograniczona, by nadążyć za fantazjami osoby – wydawałoby się – uczonej w piśmie i psychiatrii.

Dla duchownego i członka Rady Bioetycznej Uniwersytetu Jagiellońskiego przesłuchanie ks. Mistata przez ubeka w 1949 r. to współczesna terapia psychoterapeutyczna.
Pobyt zaś w stalinowskim więzieniu to leczenie w sanatorium schorzeń, które ów ubek rozpoznał u podopiecznego. Ojciec psychoterapeuta zapewne docenił umiejętności zawodowe ubeka przesłuchującego Mistata, było nie było kolegi po fachu.
Kpię, bo jak z powagą przyjmować podobne „okrycia”. W październiku 1957 r. ks. Mistat złożył relację na temat represji, które go spotkały, nazywając je „oświadczeniem”. Dokument znajduje się w archiwum kurii metropolii krakowskiej (sygnatura AKMK, Pers. A 1636), korzystali z niego badacze, więc żaden problem, by zapoznać się z jego treścią.

Znam z autopsji atmosferę Krakowa, a krytyka źródeł to element studiów historycznych, które na początku lat. 80. odbyłem w Uniwersytecie Jagiellońskim. Przeczytałem dziesiątki tysięcy dokumentów wytworzonych przez aparat represji ZSRR i komunistycznej Polski. Dyrektyw, wytycznych, protokołów przesłuchań i procesów sądowych, a także donosów.

Lektura dostępnych dokumentów, artykułów i książek pozwala mi stwierdzić, że protokoły z przesłuchań księży Mistata i Boczka były elementem przygotowań do rozprawy z kard. Sapiehą i Kościołem katolickim w Polsce. Sprokurowanie skandalu obyczajowego przeciwko metropolicie krakowskiemu w latach 1949-1950 było komunistom potrzebne ze względu na zaostrzenie antykościelnego i antyreligijnego kursu oraz przymuszanie Episkopatu kierowanego przez prymasa Stefana Wyszyńskiego do podpisania porozumienia Kościoła i PRL, co nastąpiło w kwietniu 1950 r.

Przeciwko porozumieniu wystąpił Watykan. Przeciwko był też kard. Sapieha, choć podczas pobytu w Watykanie w kwietniu 1950 r. bronił prymasa. Ugodę z komunistami uznał za „niegodną i pozbawioną realizmu”, namawiał też do jej nieratyfikowania, gdy podpisanie stało się faktem.
Czyli że komuniści mieli ważną przyczynę, by spróbować jego kompromitacji za pomocą „zeznań” o jego „zboczeniu”.
Świadomy konsekwencji swojej postawy, w marcu 1950 r. Sapieha własnoręcznie napisał oświadczenie: „W RAZIE GDYBYM BYŁ ARESZTOWANY stanowczo niniejszym ogłaszam, że wszelkie złożone tam wypowiedzi, prośby i przyznania się SĄ NIEPRAWDZIWE. NAWET, gdyby one BYŁY WYGŁASZANE WOBEC ŚWIADKÓW, podpisane, nie są one wolne i nie przyjmuję je za swoje”.

Metoda „na starego księdza”
Idźmy dalej. Z woli dzisiejszych „śledczych” i psychoterapeutów sprawa oskarżeń wobec kard. Sapiehy to pytania o podstawy etyczne życia i działalności nie tylko Karola Wojtyły, lecz również takich postaci jak: Jerzy Turowicz, ks. Jan Piwowarczyk, Hanna Malewska, Jacek Woźniakowski, Maria Czapska i Stanisław Stomma – by wymienić kilka najbardziej znanych osób z środowiska „TP” i „Znaku”.

Gdyby w kurii krakowskiej i miejscowym seminarium duchownym działy się rzeczy opisane przez ubeków, to OWE OSOBY MUSIAŁYBY O NICH WIEDZIEĆ lub przynajmniej słyszeć. „Krakówek” to w sumie niewielka przestrzeń i ograniczone kręgi osób. Tutaj się wie, kto jaki popełnił mezalians, miał kochanki/kochanków, czyje są dzieci, a kto dochował wierności małżeńskiej. I także kto jakiej jest orientacji seksualnej.

A jednak wymienione przeze mnie osoby były zadowolone, gdy powstający w 1945 r. „Tygodnik Powszechny” i powstały rok później „Znak” ukazywały się dzięki zgodzie, błogosławieństwu i środkom Księcia Niezłomnego. Byli ludźmi głębokiej wiary i wielkiej prawości. Praktykowanie religii katolickiej było dla nich fundamentem postawy, jaką realizowali w życiu. Do końca życia zachowali o kard. Sapieże wdzięczną pamięć.
[…] Metoda „na starego księdza” spodobała się Jarosławowi Makowskiemu, który swój tekst („»Mógł więcej, bo był arystokratą«. Wiedza na temat seksualnych upodobań kardynała była powszechna”, „Newsweek”, 4 marca 2023 r.) rozpoczął konstatacją, że oto „już z dwóch źródeł wiemy”, że kard. Sapieha „miał dwuznaczne upodobania seksualne”.
Napisałem już, że podobna „wiedza” zależy wyłącznie od fantazji jej głosiciela.

Makowski dodał, że rozmawiał ostatnio „z kilkoma księżmi”, którzy potwierdzili, że Sapieha był homoseksualistą, choć nie pedofilem, i że gustował „w klerykach i młodych księżach”. Tekst zakończył powalającymi w jego przekonaniu pytaniami: „Czy zatem Jan Paweł II porzucił idee wynoszenia Sapiehy na ołtarze, gdyż obawiał się, że światło dzienne mogą ujrzeć dokumenty świadczące o preferencjach seksualnych kardynała Sapiehy? Te dokumenty, z którymi dziś zapoznaje się opinia publiczna”.
Jestem w stanie zrozumieć antyklerykalne emocje absolwenta Papieskiej Akademii Teologicznej w Krakowie i Papieskiego Wydziału Teologicznego Bobolanum w Warszawie, bo niejedna osoba wykształcona w pobożnym duchu w wieku dojrzałym podpiera antykościelne ściany. O emocjach świadczy to, że do głowy mu nie przyszło, iż plotki „kilku księży” (jeśli takowe są prawdą, bo od śmierci Sapiehy minęły 72 lata) mogą być echem działań UB, które lubowało się w dyskredytowaniu swoich przeciwników za pomocą najobrzydliwszych pomówień.

Fundamenty państwa demokratycznego

Zaakceptować natomiast nie jestem w stanie „lustracyjnego odjazdu” szefa Instytutu Obywatelskiego, intelektualnego zaplecza Platformy Obywatelskiej. Bo od jego opinii w jakimś stopniu zależy programowanie urządzenia Polski przez opozycję po jej ewentualnym dojściu do władzy. Powinni powiedzieć „stop” rujnowaniu fundamentów wolnej i europejskiej Polski, lecz wybierają lustrowanie Sapiehy, Wojtyły, Kościoła i dużej części opozycji demokratycznej na podstawie papierów stalinowskiego UB i metody „na starego księdza”.

Bez opamiętania krzyczą „mało!” i „jeszcze!”. Ku uciesze szczególnie młodych, dla których czasy stalinowskie to opowieści o żelaznym wilku.
A im ktoś dosadniej komuś przywali, tym lepiej, bo jak „wy…lać”, to „wy…lać”.
Ale także ku radości tych, którzy dzień i noc pracują, by udowodnić, że Polska niepodległa i europejska to dzieło „pedałów i obcych”. Bo miejsce „prawdziwej” Polski jest na Wschodzie, wolnym od zboczeń, które zawładnęły „zgniłem Zachodem”. Przyczyny nieszczęść, które nawiedzały i wciąż nawiedzają Polskę.

W latach 2005-2007 napisałem dziesiątki tekstów na temat projektów zmian w ustawie lustracyjnej (złożonych wspólnie przez posłów PO i PiS), w tym w szczególności o sposobie lustracji Kościoła katolickiego. Czułem się w obowiązku, bo w 1998 r. głosowałem za ustawą lustracyjną i utworzeniem IPN-u, wraz z niemal całym klubem parlamentarnym Unii Wolności. Jednym z autorów tych projektów był nieżyjący Jan Lityński – działacz opozycji demokratycznej i „Solidarności”, człowiek wielkiej prawości.

Z autorami zmian dyskutowałem ostro, bo wymyślili koncept niebywały: dokumentom wytworzonym przez komunistyczny aparat represji demokratyczna Polska zamierzała dać domniemanie zgodności z prawdą. I za ową „prawdę” obywatela miała spotkać kara po śmierci komunizmu i jego służb. Bo żeby się bronić, obywatel musiałby udowodnić, że informacje zawarte w tych papierach są nieprawdziwe. Choć to, co napisane przez ubeków/esbeków, w przeważającej liczbie przypadków służyło zbieraniu materiałów, żeby taką osobę przestraszyć, złamać lub zwerbować.

W wyroku z 11 maja 2007 r. Trybunał Konstytucyjny zmiażdżył propozycje zmian w ustawie. W rozdziale „Lustracja w służbie sprawiedliwości” TK skonstatował: „Likwidując spuściznę po totalitarnych systemach komunistycznych, demokratyczne państwo oparte na rządach prawa musi stosować środki formalnoprawne takiego państwa. (…) Musi respektować takie prawa człowieka i podstawowe swobody, jak prawo do należytego procesu, prawo do wysłuchania czy prawo do obrony, oraz stosować je także wobec tych osób, które same ich nie stosowały, gdy były u władzy”.

W rozdziale „Dokumenty wytworzone przez organy państwa totalitarnego – w warunkach państwa demokratycznego” TK stwierdził: „Wszelka, bez wyjątku, działalność organów bezpieczeństwa państwa komunistycznego w latach 1944-1989 miała przede wszystkim na celu zagwarantowanie, że władza państwowa będzie sprawowana przez aparat partii komunistycznej w sposób monopolistyczny, oraz trzeba mieć na uwadze, że metody osiągania tego celu to totalitarna, bądź w późniejszym okresie co najmniej autorytarna, forma sprawowania tej władzy. (…) Temu celowi służyły też wszystkie działania operacyjnych i śledczych ogniw aparatu bezpieczeństwa, a także wytworzona przez nie dokumentacja. (…)

Dokumentom tym bowiem aktualnie ustawodawca wyznacza nowe miejsce w porządku konstytucyjnym państwa demokratycznego i w związku z tym całkowicie odmienne cele”.

Na piasku niczego się nie zbuduje

Chęć bycia adwokatem ubecji nie zniknęła wśród „późnych rewolucjonistów” antykomunizmu, lecz od 2007 r. gorączkę ich rozpalonych głów ograniczyło prawo. Gorączka jednak nie minęła, atakując dziś środowiska, które hasła obrony wolności, demokracji i praworządności wypisały na swoich sztandarach.

Nawet się nie domyślają, że przestrzegania tych wartości należy wymagać NIE TYLKO od politycznych adwersarzy i kościelnej hierarchii, lecz nade wszystko OD SIEBIE. Bo w demokracji nie powinno się walić w kogoś na odlew bez elementarnego sprawdzenia podstawy dla takiego walenia. A już na pewno tej zasady powinno się przestrzegać w przypadku osób, które same nie mogą się bronić.
Gdy się zapomni o tych fundamentach, to Polska nie będzie zasługiwać na nic dobrego. Co najwyżej na rządy nieprzyjaciół demokracji i Europy. Bo na ruchomych aksjologicznie piaskach niczego trwałego się nie zbuduje. Choćby się nienawidziło dzisiejszego następcy kard. Sapiehy i podobnej jemu ogromnej części Kościoła.”

****
Ponieważ nie ma już dostępu do tego tekstu, więc przekopiowałam fragmenty. Autorem jest Mirosław Czech – dziennikarz, analityk polityczny, były doradca władz Ukrainy, były poseł na Sejm z ramienia Unii Demokratycznej. Całość w magazynie Ale Historia z 7 03 2023.

Rzygacz Katedra w Salisbury; XIII-XIV wiek.

Autor: Liliana Sonik
Urodzona 30 sierpnia 1954 r. w Krakowie – polska filolog, wychowanka DA Beczka, po śmierci Stanisława Pyjasa założycielka Studenckiego Komitetu Solidarności, publicystka, dziennikarka, publikowała w „Tygodniku Powszechnym”, „Rzeczpospolitej”, „Dzienniku Polskim”, „Głosie Wielkopolskim”, „Gazecie Wyborczej”, „Znaku”. Pracowała w Radio France Internationale i TVP.