Jesteśmy kosmosem.
Dokładniej — makrokosmosem udającym pojedynczego człowieka. Nosimy w sobie około trzydziestu siedmiu bilionów komórek. To liczba tak wielka, że przy niej nawet gwiazdy Drogi Mlecznej zaczynają wyglądać skromnie. A jednak z tego biologicznego przepychu człowiek potrafi czasem wyprodukować myśl tak małą, że zmieściłaby się w kieszeni. Obok paragonu, starej urazy i pilota od telewizora.
Każdy z nas nosi w sobie niewyobrażalną liczbę komórek. Część z nich, jak należałoby mieć nadzieję, powinna w górnej części ciała uformować sprawny układ szarych komórek. Nadzieja to piękna rzecz. Anatomia również. Życie bywa jednak bardziej złośliwe.
Człowiek jest więc zarazem skończenie wielki i nieskończenie niedoskonały. Obraz i podobieństwo Boże dały mu formę zewnętrzną: postawę pionową, twarz, spojrzenie i ręce zdolne wskazywać gwiazdy oraz duszę, która także na szczęście przetrwała potop. Nie zawsze jednak zadbały z równą starannością o wewnętrzny porządek myśli.
Mamy więc pod skórą kosmos, a w głowie nieraz zatłoczony przedpokój.
To tak, jak gdyby Droga Mleczna, Andromeda, Galaktyka Trójkąta i Galaktyka Bodego okazały się nie wielkimi wyspami wszechświata, lecz talią kart rozsypaną na kosmicznym stole. Bez zasady. Bez melodii. Bez wspólnego mianownika.
A przecież porządek powinien pojawiać się właśnie tam, gdzie chaos najbardziej domaga się opanowania. Tymczasem człowiek często robi odwrotnie. Dokłada własny zamęt do zamętu już istniejącego. Jakby wszechświat cierpiał nie na brak gwiazd, lecz na nadmiar źle zorganizowanych ambicji.
Wprawdzie, jak mówi angielskie porzekadło, nobody’s perfect. Ale czy ta niedoskonałość musi mieć aż tak zbiorowy licznik? Czy musi występować z tak dumną miną i taką skutecznością w rozmnażaniu chaosu? Czym innym jest przyznać pokornie, że człowiek nie jest doskonały. Czym innym uczynić z tej niedoskonałości system. Wyposażyć go w twarz, podpis, stanowisko, pieczątkę i przekonanie, że właśnie zaprowadza porządek.
Tu zaczyna się komedia metafizyczna.
Istota zdolna budować teleskopy, pisać symfonie, rozszczepiać atomy i liczyć ruch planet potrafi z tą samą pewnością siebie wejść w krzaki. A potem ogłosić, że odkryła nowy kierunek cywilizacji.
Jakie to szczęście, że Kopernik, stojąc już niemal jedną nogą po tej stronie gwiazd, a drugą po stronie ciszy, zadedykował swoje dzieło papieżowi Pawłowi III. Nie dlatego, że Ziemia od tego przestała się kręcić. Nie dlatego, że Słońce potrzebowało rzymskiej pieczęci. Raczej dlatego, że ci, których najbardziej przerażały zachwiane obroty niebios, mogli jeszcze przez chwilę udawać, iż chodzi tylko o ustawienie księgi na właściwej półce.
A półka bywała w dziejach nauki narzędziem prawie kosmicznym. Potrafiła zatrzymać ruch Ziemi skuteczniej niż teleskop i zdrowy rozsądek razem wzięte.
Na szczęście nie na długo. Raz poruszona myśl nie wraca potulnie do klasztornego kurzu. Kręci się dalej. Czasem powoli. Czasem w ukryciu. Czasem z ostrożnym przypisem. Ale jednak się kręci.
I dzięki temu do naszych czasów wszystko dotarło w ruchu. Planety, równania, teleskopy, satelity, ambicje. Także ci, którzy najpierw zakazywali obrotu, a potem z powagą próbowali wskoczyć na pierwszy wagon jadącego już wszechświata. Można by sądzić, że po tylu wiekach człowiek nauczy się odróżniać ruch od zamętu. Wolność od rozpadu. Postęp od hałasu. Światło od reflektora skierowanego prosto w oczy.
Nic bardziej optymistycznego!
Współczesny człowiek wymyślił sobie styl życia, w którym dla nielicznych stawia się panteony, a dla reszty zostawia przeciąg. Ci pierwsi mogą grać czysto albo fałszować do utraty tchu. I tak zostaną oświetleni, wygładzeni, oprawieni w aureolę i przedstawieni jako znak nowych czasów. Ci drudzy stoją w deszczu i pod wiatr. Pracują. Nie przeszkadzają. I mają się cieszyć, jeśli czasem spadnie na nich odrobina światła odbitego od cudzej dekoracji.
Na tym polega osobliwa logika współczesnego absurdu. Im mniej fundamentów, tym więcej haseł. Im większy chaos, tym bardziej uroczyste konferencje o porządku. Im bardziej rzeczywistość przypomina śmietnik po ideologicznej paradzie, tym głośniej słyszymy, że właśnie zaczęła się epoka harmonii. Ewangeliści tego nowego, wspaniałego świata idą, a właściwie brną więc uparcie dalej. Zawrócenie wymagałoby przyznania, że mapa, którą nieśli i wpajali innym z taką pewnością, od dawna nie prowadziła do żadnego miasta. Prowadziła za to prosto na wysypisko.
I tak sobie trwamy. Każdy z nas nosi w sobie trzydzieści siedem bilionów małych galaktyk życia. A jednak wobec jednej czarnej dziury gotów bywa skapitulować. Nie dlatego, że pochłonęła go natura wszechświata. Dlatego, że tak nakazały mass media. Tyle komórek. Tyle cudownej organizacji materii. Tyle szans na rozum. A na końcu wystarczy dobrze oświetlony ekranik, by kosmos w człowieku zaczął zachowywać się jak pył z pilotem w ręku. Mass media nie są już tylko przekaźnikiem informacji. Stały się kaplicami grawitacji zbiorowej. Wchodzimy do nich nie po to, by dowiedzieć się, co się stało. Wchodzimy, by usłyszeć, jak należy to odczuwać.
Nie trzeba już nawet wierzyć, wystarczy dać się wciągnąć.
Ekran mówi, gdzie patrzeć. Czego się bać. Kogo podziwiać. Kogo potępić. Kiedy się oburzyć. I kiedy przestać zadawać pytania.
A człowiek, ta ruchoma galaktyka komórek, nerwów i możliwości, składa broń przed migającą czarną dziurą. Bo ona obiecuje mu rzecz niezwykle kuszącą: pochłonie jego odpowiedzialność razem z niepokojem. W tym miejscu wraca pytanie stare i nieznośnie aktualne:
Quo vadis, Domine?
Tyle że dziś należałoby skierować je ku człowiekowi:
Dokąd zmierzasz, istoto wyprostowana? Dokąd prowadzisz swoje trzydzieści siedem bilionów wewnętrznych galaktyk? Dlaczego zamiast iść — jak pisał Zbigniew Herbert — wyprostowanym wśród tych, co na kolanach, tak często skręcasz w ślepy zaułek, o ile nie w kompletne chaszcze?
Dlaczego zamieniasz drogę na manowce? Sumienie na instrukcję obsługi? Myślenie na komunikat dnia? Pionową postawę na ukłon przed pierwszą lepszą czarną dziurą, która obieca ci spokój bez odpowiedzialności?
Może dlatego, że mylenie ruchu z sensem jest jedną z najstarszych chorób człowieka. Biegniemy, więc sądzimy, że zmierzamy. Krzyczymy, więc sądzimy, że mówimy. Oburzamy się, więc sądzimy, że mamy sumienie. Udostępniamy, więc sądzimy, że uczestniczymy. A gdy już wpadniemy w krzaki, nie wracamy na drogę. Nadajemy krzakom nazwę. Powołujemy komitet. Piszemy manifest. I ogłaszamy nowy etap rozwoju ludzkości. Czasami należałoby więc człowiekowi powiedzieć to, co w pewnym dowcipie odpowiedział góral jednemu natrętnemu turyście:
„Co robicie, baco, gdy macie czas?” — zapytał przybysz.
„Ano, to siedzę sobie i cosik sobie myślę” — odparł baca.
„A gdy czasu nie macie?” – dopytywał turysta
„Ano, wtedy to ino tylko sobie siedzę”.
W tej odpowiedzi jest więcej filozofii niż w niejednym programie naprawy świata. Człowiek współczesny najczęściej ani nie siedzi, ani nie myśli. Biegnie. Skręca. Potyka się. Komentuje. Udostępnia. Oburza się. A potem wpada w krzaki z przekonaniem, że właśnie odkrył nową drogę cywilizacji. A przecież czasem najpierw trzeba usiąść. Potem pomyśleć. A gdy czasu naprawdę nie ma — przynajmniej usiąść i niczego nie psuć.
To byłby już postęp. Może nawet przełom.
W świecie, w którym trzydzieści siedem bilionów galaktyk w człowieku potrafi skapitulować przed jedną czarną dziurą ekranu, samo powstrzymanie się od dokładania chaosu mogłoby uchodzić za akt odwagi. Może nawet za początek porządku…
Bo kosmos, także ten pod skórą, nie domaga się od nas nieustannego podskakiwania. Domaga się proporcji. Ruchu, który ma sens. Ciszy, w której może pojawić się myśl. I pionu, który nie polega na tym, że człowiek stoi wysoko.
Polega na tym, że nie klęka przed byle czym.
Tomasz Trzciński
Silence – Cisza
Zostaw komentarz