Pomysłodawca i organizator Uniwersytetu Wrocławskiego oraz jego pierwszy kanclerz, baron Friedrich von Lüdinghausen Wolff, pozostaje postacią dość zapomnianą i mało rozpoznawalną nawet w lokalnej pamięci uniwersyteckiej. To, że przyćmił go fundator Leopold I „electus Romanorum Imperator semper Augustus … Bohemiae rex … Superioris et Inferioris Silesiae princeps” jest rzeczą oczywistą. To w końcu on wydał w 1701 r. złotą bullę, w której lokalne kolegium jezuickie “Collegium Wratislaviae” podniesiono do rangi “Generale ac Publicum Studium Academiam et Universitatem Leopoldinam”. To w jego imieniny 15 listopada odbyły się pierwsze wykłady inaugurujące działalność dwóch z trzech uniwersytetów we Wrocławiu, w 1702 r. tego pierwszego, jezuickiego, ale i w 1945 r. tego trzeciego, polskiego. To jego imieniem nazwana jest Aula Leopoldina, perła śląskiego baroku.
I choć w bulli Leopolda I po imieniu wspomniany jest “Reverendus Devotus Nobis Dilectus P.[ater] Fridericus Wolff è Societate Jesu” nie znalazło się w Auli Leopoldyńskiej miejsce na jego portret. I nie jest to wina Prusaków, którzy po 1741 r. prusaczyli cesarski Wrocław, w tym podmieniali portrety w Auli, ani złodziei, którzy w 1997 r. ukradli wszystkie portrety, ale samych ojców jezuitów nadzorujących budowę Auli w latach 1728-1732 r., już po śmierci Wolffa. Wśród podobizn cesarzy, papieży, biskupów umieszczono portret Franza Retza, generała zakonu jezuitów w latach 1730-1750, wcześniej prowincjała Bohemii. Retz był znakomitym organizatorem i niezwykle wpływową osobą, włodarze uniwersytetu leopoldyńskiego woleli więc jego uhonorować, niż zmarłego przed laty Wolffa. Co ciekawe portretu Retza dziś już nie zobaczymy, gdyż zastąpił go portret hrabiego Johanna Heinricha Kasimira Carmera, pruskiego kuratora uniwersytetu, prezydenta rządu we Wrocławiu, ministra sprawiedliwości i wielkiego kanclerza. Pod koniec XVIII wieku podupadający uniwersytet skasowanego wszędzie poza Prusami i Rosją zakonu chciał sobie zjednać kolejnego wpływowego patrona. W sumie w czasach pruskich podmieniano pięciokrotnie portrety osób zasłużonych dla uniwersytetu. Na tym tle dużą wstrzemięźliwością okazali się po 1945 r. polscy komuniści, którzy w ramach degermanizacji uczelni nie dokonali większych ingerencji w wygląd Auli niż zawieszenie polskiego godła oraz czasowe umieszczanie podklejonego na tekturze powiększonego zdjęcia Bolesława Bieruta, kolejnego wpływowego człowieka, którego imię zapaskudzało nazwę uczelni aż do końca PRL-u.
Skoro nie ma wyobrażenia w Auli, które przypominałoby o ojcu Wolffie, osobom, które w ogóle zorientują się, że to pomysłodawca utworzenia uniwersytetu we Wrocławiu, pozostają tylko różne kompendia biograficzne. W polskiej Wikipedii, przepisującej hasło z Encyklopedii Wrocławia, możemy przeczytać:
„Friedrich Wolf von Lüdinghausen (ur. 16 października 1643 w Dyneburgu, zm. 15 kwietnia 1708 we Wrocławiu) – niemiecki dyplomata i uczony, profesor teologii i filozofii na uniwersytecie we Wrocławiu, w Ołomuńcu i w Pradze. Urodził się w szlacheckiej rodzinie w Kurlandii, był paziem na dworze króla Jana Kazimierza. W wieku 16 lat wstąpił w Krakowie do jezuitów. W 1675 kończył filozofię na Uniwersytecie w Pradze, przez co związał się z czeską prowincją jezuitów, do której należał Śląsk. W latach 1675–1676 wykładał poetykę w Bydgoszczy, w latach 1676–1677 filozofię w Poznaniu. Był kapelanem cesarskim. W latach 1687–1691 i 1694-1697 rektor kolegium jezuickiego we Wrocławiu. Zaufany cesarza Leopolda Habsburga i jego żony Eleonory odbywał misje dyplomatyczne w interesie książąt Hanoweru i władców Prus. Dzięki staraniom Lüdinghausena we Wrocławiu wybudowano (1689-1698) kościół Jezuitów oraz (1702) zainaugurowano działalność Akademii Leopoldyńskiej (dzisiejszego Uniwersytetu Wrocławskiego)”.
Autor hasła chyba znajdował się pod przemożnym wpływem „Kariery Nikodema Dyzmy” i wspomina o szlachcie kurlandzkiej, gdy tymczasem Dyneburg (Daugavpils) położony jest w Inflantach (Liwonii). Pisze on, że w wieku 16 lat czyli w 1659 r. wstąpił Wolff do jezuitów w Krakowie, gdy tymczasem niemieckie kompendia podają, że miało to miejsce w Brnie. Biorąc pod uwagę, że choć zaczynał naukę w kolegium jezuickim w Braniewie w 1652 r., cała jego dalsza edukacja odbywała się w prowincji Bohemia, od 1655 r. w kolegium w Nysie, od 1657 r. w Ołomuńcu, 1661-1671 studia w Pradze, 1671-1681 naucza w Ołomuńcu i Pradze, gdzie w 1675 r. zostaje doktorem teologii, wstąpienie do nowicjatu w Brnie wydaje się bardziej logiczne niż w Krakowie.
Z drugiej strony jednak ten „niemiecki dyplomata i uczony” zaczynał swoją karierę jako paź polskiego króla Jana Kazimierza, jeszcze zanim w wieku 9 lat posłano go do kolegium w Braniewie. Cóż to za niemiecka rodzina posłała dziecko na dwór w Warszawie i to w okresie nieszczególnie pomyślnym dla Rzeczypospolitej, pierwszych lat panowania Jana Kazimierza, naznaczonych powstaniem Chmielnickiego?
Chodzi o rodzinę pochodzącą z Westfalii, z miasta Lüdinghausen, położonego w państwie biskupa Monastyru. Pierwszym przedstawicielem tej rodziny jest Conradus de Ludenkhusen, wspomniany w dokumencie z 1174 r. Tylko że paź Jana Kazimierza i przyszły jezuita Wolff urodził się w Dyneburgu, a nie w Westfalii. Otóż rodzina ta była niezwykle rozgałęziona, jak bardzo wiele innych niemieckich rodów arystokratycznych. Jednym z jej przedstawicieli był Bernardus, dictus Lupus de Ludinchusen i od tej pory przydomek Wilk przekazywano dziedzicznie w tej rodzinie. Jej poszczególne gałęzie różniły się zapisem ortograficznym przydomka: Wolf, Wulff czy Wolff przez jedno lub dwa f.
Rodzina Wolff, przez dwa f, w połowie XV w. przeniosła się do Pribałtyki, czy też może poprawniej do Terra Mariana, konglomeratu ziem łotewskich i estońskich we władaniu północnego inflanckiego odłamu krzyżaków, lokalnych biskupów i miasta Ryga, trzech niemieckojęzycznych korporacji – rycerstwa zakonnego, duchowieństwa diecezjalnego i kupieckiej Hanzy. Gdy w latach 1520-1550 wszystkie te korporacje znacznie, osłabły do bram Terra Mariana zapukał ruski mir pod wodzą archetypicznej postaci cara Iwana Groźnego i jego opryczniny. W takiej sytuacji bałtyccy Niemcy z trzech korporacji zwrócili się o ochronę do Zygmunta Augusta, dokonano sekularyzacji zakonu, a w 1561 r. Terra Mariana została podzielona na dwa państwa: Księstwo Kurlandii i Semigalii, na którego czele stanął dawny mistrz krajowy Gotthard Kettler, oraz Liwonię (Inflanty), bezpośrednio we władaniu króla Zygmunta Augusta, jako Księstwo Zadźwińskie (Ducatus Ultradunensis). W 1566 r. oficjalnie ustanowiono nowe państwo, jako podległe Litwie, jednak unia lubelska z 1569 r. zmieniła jego status na kondominium Korony i Litwy. Oznaczało to, że urzędy w tym państwie pełnić mieli na zmianę obywatele Korony i Litwy. Już jednak w 1598 r. Sejm wydał ustawę Ordinatio Livoniae, w której przyznano lokalnej szlachcie prawo do obejmowania urzędów w Inflantach, a de facto w całej Rzeczypospolitej. Jeśli dziś wyobrażamy sobie dawną Rzeczpospolitą jako państwo obojga narodów, polskiego i litewskiego, to od tej daty był jeszcze trzeci naród, inflancki, etnicznie niemiecki, gdyż rodzimi Bałtowie i Finowie, sprowadzeni zostali w XIII wieku do roli chłopstwa.
Przodek pomysłodawcy Uniwersytetu Wrocławskiego, Georg von Lüdinghausen Wolff był jeszcze rycerzem zakonu krzyżackiego, z którego wystąpił w 1559 r. i założył rodzinę. Jego syn, także Georg (zm. 1638) był starostą dyneburskim, skorzystał jak widać z ustawy z 1598 r. Ten miał z kolei czterech synów, z których jeden nosił także imię Georg, czy może raczej Jerzy (zm. 1647/9 r.), był starostą generalnym Inflantów i starostą dyneburskim. To jego synem był Friedrich Wolff, urodzony 16 października 1643 w Dyneburgu, a więc osierocony przez ojca w wieku lat co najwyżej 6 i przyjęty do grona paziów Jana Kazimierza. „Niemiecki dyplomata i uczony”, przyjrzyjmy się zatem, kim była jego najbliższa rodzina, stryjowie: Fromhold Jan (zm. 1665), starosta dyneburski po śmierci brata Jerzego, generał artylerii koronnej, poseł województwa inflanckiego na Sejm, Aleksander Ludwik (zm. 1678) wojewoda dorpacki, starosta feliński, jako wdowiec wstąpił do cystersów, został opatem pelplińskim i miał zostać dzięki staraniom Jana Sobieskiego biskupem inflanckim, lecz zmarł podczas podróży po Francji, i w końcu Fryderyk Jan, starosta dyneburski, podkomorzy derpski, ojciec innego jezuity Teodora (1662-1712), który był biskupem inflancko-piltyńskim, a potem chełmskim.
A zatem Niemcy czy Polacy? W czasach kiedy Wolffowie pełnili swe urzędy lub też działali ad majorem Dei gloriam w zakonie jezuitów, nie było w tej sprawie żadnych wątpliwości. Polski jezuita Tomasz Dunin Szpot (1644-1713), znany jest dziś przede wszystkim jako specjalista od spraw chińskich. Choć do samych Chin nigdy nie pojechał, ponad 20 lat spędził w Rzymie jako spowiednik w bazylice św. Piotra i zbierał w archiwach zakonu, jak również wszelkich kongregacji, wszelkie dostępne relacje na temat misji w Chinach, sporu akomodacyjnego o chińską liturgię w miejsce łacińskiej oraz w ogóle sytuacji w Chinach w czasach przejścia od dynastii Ming do Qing i panowania cesarza Kangxi. Chociaż Szpot przez całe swoje życie obracał się wyłącznie pomiędzy takimi miastami jak Wilno, Reszel, Warszawa, Drohiczyn, Pińsk, Nieśwież i właśnie Rzym, w stolicy papieskiej cieszył się autorytetem jako specjalista od spraw wschodnich. Nie tylko od Chin, ale i od Japonii, wówczas już zamkniętej dla ojców jezuitów i jakichkolwiek chrześcijan innych niż Holendrzy, oraz od Moskowii.
Gdy w 1698 r. przybył do Rzymu Borys Szeremietiew, poseł wielkiego księcia moskiewskiego (tak konsekwentnie Szpot nazywał cara Wszechrusi) Piotra I, kuria poprosiła właśnie Szpota, żeby zebrał informacje o podróży samego władcy, który w owych latach odwiedzał północne Niemcy, Holandię, Anglię, a także ziemie cesarstwa rzymskiego, nie wyłączając stołecznego Wiednia. Piotr I wybierał się też do Rzymu, ale w końcu tam nie dotarł, wysyłając Szeremietiewa, swojego zaufanego dworzanina. Kilkustronicowa relacja napisana po łacinie, opublikowana została w 1857 r. w ukazującym się w Paryżu czasopiśmie jezuitów francuskich Études, pod barokowym tytułem po francusku: „Courte relation de ce qui est arrivé au tsar de Moscovie et aux seigneurs de son pays, pendant leurs voyages à Rome et autres lieux en 1698, rédigée par le P. Ignace Szpot, polonais, pénitencier à Saint-Pierre du Vatican” (Krótka relacja o losach cara moskiewskiego i panów jego kraju podczas ich podróży do Rzymu i innych miejscowości w 1698 r., spisana przez księdza Ignacego Szpota, Polaka, penitencjariusza u św. Piotra w Watykanie).
W relacji pisze Szpot, co następuje: Ad patrem vero nostrum Fridericum Wolf, imperatori familiarem, qui uti Polonus polonica cum illo [magno duce Moschoviae] lingua loquebatur, eum concepit affectum ac animum, ut illum voluerit apud se habere quotidianum, non jam hospitem sed domesticum. – „Do naszego ojca Fryderyka Wolfa, zaprzyjaźnionego z cesarzem, który jako Polak w polskim języku z nim [wielkim księciem moskiewskim Piotrem] rozmawiał, zapałał [wielki książę Piotr] takim afektem i upodobaniem, że chciał go mieć u siebie codziennie, już nie jako gościa lecz jako domownika”.
Świadectwo Szpota jest więc jednoznaczne. Urodzony w Dyneburgu w pochodzącej z Westfalii rodzinie, jezuita z czeskiej prowincji, cesarski dyplomata, zaufany i powiernik, jest narodowości Polonus, i co ciekawe w cesarskim Wiedniu rozmawia po polsku z carem Piotrem I. Język niemiecki był carowi doskonale znany i to właśnie w takiej północnej odmianie regionu bałtyckiego, którą mówiono w Inflantach. Car Piotr znał też oczywiście język polski, w XVII-wiecznej Moskwie był to język kultury i literatury, jednak z politycznego punktu widzenia faworyzował Niemców i Holendrów, gdy kulturową polonofilką była jego znienawidzona siostra Zofia. A mimo to w pełnym Niemców Wiedniu na najbliższego kompana wybiera sobie car Piotr jezuitę, z którym rozmawia po polsku.
Jeśli nawet nie umieścimy w Auli Leopoldina portretu Fryderyka Wolffa, w końcu sami wrocławscy ojcowie jezuici nie zdecydowali się uczcić go w ten sposób, wznosząc gmach uniwersytetu, przywróćmy mu chociaż poprawne określenie narodowości w biogramach: pater Fridericus Wolf, natione Polonus, gente Livonicus. Polak z Inflantów niemieckiego pochodzenia, a nie Niemiec z Kurlandii.

Ps. Jeśli ktoś ma lepszą wersję grafiki przedstawiającej ojca Wolffa autorstwa Daniela Chodowieckiego polsko-francuskiego artysty z Gdańska, będę wdzięczny za podzielenie się.
Autor: prof. Gościwit Malinowski
Profesor w Instytucie Studiów Klasycznych, Śródziemnomorskich i Orientalnych Uniwersytetu Wrocławskiego; więcej na blogu:
http://hellenopolonica.blogspot.com oraz na stronie:
https://wroc.academia.edu/GosciwitMalinowski
Zostaw komentarz