Pozwolę sobie jeszcze raz skomentować sprawę napaści w autobusie w Bielsko-Białej, rozwijając myśl jaką wyraziłem w komentarzu na innym profilu.
Do zachowania niektórych Ukraińców w Polsce jak i polityki prezydenta Zełeńskiego wobec Polski można mieć zastrzeżenia. Niemniej Ukraina jest od strony faktycznej naszym sojusznikiem. Jest nam bliska kulturowo. Łączą nas interesy oraz wspólna historia. Nawet jeśli mamy powody jako państwo zredukować naszą wspaniałomyślność względem Ukrainy do niezbędnego minimum, okazywanie przez nas wrogości jest dla nas samych głęboko niekorzystne. Współpraca w dalszej perspektywie dla obu stron może być bardzo korzystna. To może nawet najlepszy, optymalny kierunek rozwoju – choć wymaga chęci, w pierwszej kolejności ze strony Ukrainy.
Z tym, co wypada gorzko odnotować, różnie bywa.
Dziewczyny przypuszczalnie zachowywały się arogancko. W sieci krążą udostępnione przez nie same zdjęcia pokazujące że trzymały nogi na oparciu siedzenia. Jednakże nie jest to nic aż tak szokującego, czego nie robiłyby podobnie źle zachowujące się polskie nastolatki. Należało im zwrócić uwagę (!), ale nie w taki sposób w jaki zostało to zrobione. Odstęp między zdarzeniem a słownym napastowaniem, który MZK podkreślił w swoim oświadczeniu wskazuje, że źródłem napaści jest zasadniczo uwarunkowana etnicznie niechęć, a nie troska o stan autobusu czy porządek publiczny.
Napastnik podobno miał już wcześniej problemy z agresją – rzecznik MZK zasugerował, że przebywał na L4 unikając dyscyplinarnego zwolnienia z tego powodu.
W tym kontekście ta fala szukania dziury w całym staje się jakimś ponurym absurdem.
Sprawa jest rozdmuchiwana nieproporcjonalnie do swojego znaczenia, co samo w sobie jest interesującym zjawiskiem i wymaga komentarza, a może nawet reakcji przywracającej równowagę.
W skali statystycznej, takie zjawiska będą się niestety pojawiać. Skupianie uwagi na jednym to cherry picking i błąd doboru. Bez zakotwiczenia w statystyce, prowadzi do fałszywych wniosków o fali przemocy i eskalacji.
Dostępne dotąd dane na to na szczęście nie wskazują. Pojedyncze zdarzenie nie przesądza o statystycznej istotności, aczkolwiek fakt, że napięcie i niechęć rosną jest zauważalny.
Co istotne, takie skupianie uwagi i imputowanie winy w kategoriach zbiorowych jakie ma obecnie miejsce w wielu różnych artykułach i komentarzach (wymierzone zarówno w Ukraińców jak Polaków), tę niechęć pogłębia (!) i stwarza realne ryzyko dalszych aktów przemocy. Wydaje się wprost jatrogenne.
Od strony polskich pretensji (uzasadnionych) wobec Ukrainy, to zdarzenie wymaga zachowania szczególnej ostrożności oraz staranności – to my próbujemy grać kartą moralnej wyższości, przedstawiając się jako ofiara, więc od strony negocjacyjnej i PR powinno nam podwójnie zależeć, żeby mandat moralny utrzymać i nie odwracać osi sporu, ani nie relatywizować.
Zdrowy sceptycyzm, tj. chęć poznania wszystkich okoliczności, w tym zapisu wideo poprzedzającego nagranie komórką, miesza się z wnioskami nieuzasadnionymi, z braku dowodu wywodząc twierdzenia dowolne (!). Dochodzi do tego równie nieuzasadniony whatboutism, który – o ile nie jest znowuż zakotwiczony w statystyce – jest źródłem relatywizowania winy i kolejnych fałszywych wnioskowań (to klasyczny błąd logiczny). Sprowadzając się do wybiórczego rejestru wyobrażonych win, bez odniesienia do ich miary, podnosi temperaturę sporu i prowadzi do kolejnych obopólnych oskarżeń i pretensji.
Tego rodzaju działania w mojej ocenie są błędne etycznie i intelektualnie. Do tego budują Polsce fatalny wizerunek i są z góry przegrane. Nie ma takiej linii obrony, która pozwoliłaby je skutecznie uzasadniać. W świetle naszych narodowych i państwowych interesów, jest to działania na naszą własną szkodę, choć podbite tanim, źle pojętym nacjonalizmem. Nie wolno też pominąć i zlekceważyć, jak tę sprawą rozgrywają obce wywiady, choć daleki jestem od redukowania każdej krytyki – tak nieuzasadnionej jak uzasadnionej – do rzekomego „onucyzmu”. To etykieta intelektualnie tandetna i również w większości wypadków fałszywa, która uciszając krytykę budzi resentyment.
Jeśli komukolwiek względy moralnej i intelektualnej uczciwości nie wystarczą, żeby oceniać to zdarzenie zgodnie ze stanem faktycznym i dostępnymi publicznie dowodami, a nie domysłami, to pozostaje argument czysto pragmatyczny. Choćby tylko z wyżej wymienionych powodów nie opłaca się dołączać do nagonek, które osłabiają naszą pozycję i dostarczają argumentów stronie przeciwnej.
Zostaw komentarz