Czas zadać pytanie:
Dlaczego nie ma pisma prawicy europejskiej o zasięgu kontynentalnym?
Teoretycznie jest The European Conservative, ale jest to „dziecko” wydawnictwa The American Conservative – będącego własnością ultrareligijnego (obecnie prawosławnego) publicysty Roda Drehera, który jest zarazem redaktorem naczelnym w obu portalach.
Poglądy Roda Drehera są na tyle specyficzne (zamieszkał na Węgrzech, jest putinistą-duginistą, itd.), że trudno je uznać za reprezentatywne dla całej prawicy. Skutkiem tego jest – rzecz jasna – praktyczna nieobecność opinii z Polski na portalu The European Conservative.
Oprócz tego są oczywiście różne prawicowe tytuły krajowe, które – właściwie bez wyjątku wszystkie są udostępnione za dostępem płatnym i żadne nie spełnia wymogów typowego portalu horyzontalnego, czyli takiego, który poza publicystyką polityczną zapewniałby treści interesujące dla szerszego odbiorcy (kultura, nauka, moda, sport, motoryzacja, kulinaria, turystyka, hobby).
Zasadniczo – wszystkie znane mi pisma prawicowe są na swój sposób „biedne” – prezentują wąski zakres opinii, często teksty nader ograniczonego grona autorów, w wąskim spektrum poruszanej tematyki.
Nieumiejętność partii zorganizowanych w bloku Europejscy Konserwatyści i Reformatorzy do utworzenia choćby jednego liczącego się tytułu medialnego, który konsekwentnie prezentowałby poglądy europejskiej prawicy w całym jej zróżnicowaniu i herterodoksji jest wyraźnym symptomem głębszego problemu: głębokiej utraty przez prawicę zdolności do narzucania narracji na płaszczyźnie europejskiej i jej nieustannego staczania się w mętne wody frakcyjnych i krajowych nieporozumień.
Po prostu – trudno inaczej interpretować taki obraz niż jako dowód integralnego braku woli politycznej do jakiejś większej syntezy, która zbierałaby doświadczenie „prawicowości” w szerokim europejskim kontekście i zaprezentowania go w publicystycznej analizie. O kontekście szerszym niż europejski w ogóle nie ma nawet mowy: prawica w Stanach Zjednoczonych, poza kilkoma niszami, jest kompletnie zaczadzona chrześcijańskim pentekostalizmem w typowo amerykańskim „kaznodziejskim” stylu ewangelikalnym.
Problem ten jest tak rażący, że elitarnie lewicowy magazyn nowojorski „The Salon” opublikował w lipcu b.r. tekst p.t. „Nie ma niczego takiego jak konserwatywni intelektualiści – na prawicy zostali jedynie apologeci siły”.
Tekst ten zaczyna się w interesujący sposób:
„W 1950 roku autor i krytyk Lionel Trilling napisał:
W Stanach Zjednoczonych liberalizm jest obecnie nie tylko dominującą, ale wręcz jedyną tradycją intelektualną. Jest bowiem rzeczą oczywistą, że obecnie w powszechnym obiegu nie ma idei konserwatywnych i reakcyjnych. Nie oznacza to oczywiście, że nie ma impulsu do konserwatyzmu i reakcji. Takie impulsy są z pewnością bardzo silne, być może nawet silniejsze, niż większość z nas sądzi. Jednak impuls konserwatywny i impuls reakcyjny, z pewnymi odosobnionymi i kościelnymi wyjątkami, nie wyrażają się w ideach, lecz jedynie w działaniu lub w drażliwych gestach umysłowych, które starają się przypominać idee.
Trzy czwarte wieku później stwierdzenie Trillinga pozostaje w dużej mierze prawdziwe, o czym świadczy rzut oka na konserwatywne książki. Setki konserwatywnych tytułów książek, które w ostatnich latach wyszły na światło dzienne w wydawnictwach Regnery, Broadside i innych prawicowych wydawnictwach, niemal niezmiennie wyróżniają się odrętwiającą identycznością: przenikliwym krzykiem bycia ofiarą, polowaniem na kozły ofiarne, tonem naprzemiennie histerii i mocnego sarkazmu i przepisem na zbawienie zaczerpniętym z Komitetu Narodowego Republikanów i raportów The Heritage Foundation. […]
(w tej sytuacji)
Teokonserwatyzm jest obecnie dominującą i prawdopodobnie jedyną znaczącą odmianą amerykańskiego konserwatyzmu o intelektualnych pretensjach. Jednak pomimo całego afektowanego rzucania odniesieniami do Arystotelesa lub Akwinaty, niedomykania łacińskich zwrotów w stylu adeptów Eton i naukowej postawy teologa, nie jest to sprzeczne z nieprzejednaną, antyintelektualną postawą współczesnego konserwatyzmu jako całości.”
Przytoczyłem ten fragment nie dlatego że podzielam wszystkie tezy jego autora, ale dlatego, że coś jest na rzeczy – ten sam duch zgryzoty i dewocyjnego miazmatu jest stale obecny na łamach wydawanego przez polskich konserwatystów pisma „DeLiberatio”, które samo w sobie jest dość kuriozalną kreacją tetryków w rodzaju Krasnodębskiego, Wildsteina, Śliwy i Legutko szczelnie zamkniętą na głosy spoza tej kanapowej kamaryli.
We wrześniu b.r. na łamach czasopisma naukowego „Europejski Przegląd Teorii Politycznych” ukazał się tekst Nicolasa Smytha, profesora z Fordham University pod znamiennym tytułem:
„Nie istnieje konserwatyzm polityczny”
Autor pisze:
„Wiele atramentu zostało wylane na próbę zdefiniowania konserwatyzmu politycznego, jednak z tych definicji nie udało się wyodrębnić jednolitego i charakterystycznego zestawu zobowiązań normatywnych, które można by uznać za podzielane przez konserwatystów. Doprowadziło to niektórych krytyków do twierdzenia, że termin ten nie ma definicji. […] Dochodzę do wniosku, że choć istnieją jasno określone i charakterystycznie konserwatywne motywacje polityczne, to jakakolwiek próba opisania ich w języku spójnej teorii politycznej jest obecnie skazana na niepowodzenie.”
Wygląda zatem, że dyskurs „teokonserwatyzmu” zdominował myśl prawicową na tyle, że obecnie nie ma na prawej stronie sceny politycznej żadnego prądu intelektualnego, który pozwalałby na wykrystalizowanie się programu wykraczającego poza codzienne na prawicy zrzędzenie na temat „postępów postępu”.
Co gorsza – wydaje się, że na prawicy nie ma samoświadomości tego deficytu a w związku z tym – nie ma wykrystalizowanej potrzeby, aby cokolwiek w tym zakresie zmienić.
To właśnie ta luka sprawia, że prawica – nawet tam, gdzie wydaje się powinna odnosić tryumfy – napotyka nie problemy „nie do pokonania” – jak choćby ten dotyczący elementarnej samoorganizacji – utworzenia własnych, prężnych mediów, które byłyby czymś więcej niż areną bieżącej nawalanki pomieszanej z tkliwą nostalgią konserwatywnych historyków i duchowieństwa za czasami dawno minionymi.
Zostaw komentarz