„Wymyślanie polskiej szkoły na nowo”, czyli o fajnie brzmiących pomysłach na edukację, które mogą mieć bardzo niefajne konsekwencje.

„Wymyślanie na nowo”, które zazwyczaj sprowadza się do chwilowego zaleczania objawów, bez choćby próby diagnozy źródeł problemów. Nie dziwi mnie to nawet szczególnie, bo źródła zdają się być bardzo głębokie i tylko w niewielkim stopniu podatne na korektę ustawą (o czym będzie niżej). Metody „zaleczania” wyglądają natomiast na kolejny tylko ich objaw (są odpowiedzią na oczekiwania coraz większej liczby rodziców), z taką dodatkowo konsekwencją, że bardzo łatwo mogą doprowadzić do pogłębienia nierówności społecznych, bo ciagle zmniejszanie wymagań w szkołach publicznych tym właśnie musi się skończyć.

Przy propozycjach Ogólnopolskiego Stowarzyszenia Kadry Kierowniczej Oświaty, które mają być konsultowane z MEN, można się wręcz zacząć poważnie zastanawiać, czy bez celowego odwracania wzroku, da się tego efektu ubocznego nie zauważać. Niektóre z tych pomysłów wydają się być prostym przepisem na piękną katastrofę, jaka zrealizowała się już zresztą w wielu krajach Europy Zachodniej.

Zniesienie egzaminu ósmoklasisty, odstąpienie od ocen wyrażonych cyfrą na rzecz ocen opisowych, oprócz tego, już ze strony MEN, pomysł likwidacji prac domowych i odchudzenia podstawy programowej nawet o 20%.

„ [Prof. Konopczyński o alternatywnej rekrutacji do liceów, rp.pl] – Mogłaby to być np. rozmowa kwalifikacyjna określająca, czy uczeń pasuje do danego typu szkoły. Ale trzeba tak to zrobić, by nie dochodziło do dyskryminowania uczniów, bo każda szkoła będzie chciała wybrać sobie tych najzdolniejszych. Może gdyby nie było rankingów szkół, to nie byłoby problemu bardziej i mniej obleganych placówek.”

Mój sprzeciw budzi w tym już sama idea, że istnienie osób zdolniejszych czy bardziej pracowitych to dyskryminacja uczniów mało zdolnych / leniwych, więc oceny, egzaminy i rekrutację do szkół, opierającą się na wiedzy, należy znieść, bo mamy zamknąć oczy i udawać, że nie ma lepszych i gorszych, żeby nikomu nie było przykro (co na dalszych etapach życia po tej pięknej ułudzie szkoły?).

A czym głębiej, tym gorzej, bo takie wyrównywanie na siłę przez zniesienie obiektywnych kryteriów oceny, to przerzucenie jej w praktyce na kryteria kompletnie subiektywne, a często wręcz nieuczciwe. Ludzie są ludźmi, nikt mi nie wmówi, że nie będzie przypadków, gdzie ta ocena opisowa będzie opierać się tylko na tym, kogo nauczyciel lubi, a kogo nie (wariant optymistyczny), kim są rodzice dziecka i jakie mają wpływy (wariant pesymistyczny).

To samo, tylko już na poważniejszym poziomie, przy rekrutacji do szkół. Co już zresztą było częściowo testowane w czasach, gdy o przyjęciu na studia decydowały egzaminy wstępne, a nie sztywne i odporne na szwindle wyniki matur. Dziwnym trafem np. na studiach prawniczych były głównie dzieci z rodzin prawniczych, nie wspominając już o aplikacjach.

Niewątpliwie całokształt tych pomysłów przełoży się też na znaczący spadek poziomu nauczania w szkołach publicznych. Topka rankingu pewnie jakoś się obroni, ale wszystkie niezłe szkoły powiatowe czeka równanie w dół.

Natura nie znosi jednak próżni. Wraz ze zmienianiem szkół publicznych w miłe przechowalnie, które znacząco utrudnią uczniom dostęp do najlepszych uczelni, zaczną wyrastać szkoły prywatne, które faktycznie będą uczyć, a gdzie wielotysięczne czesne wyeliminuje skutecznie zdolny „plebs”.

Jeśli nie ma obiektywnych kryteriów oceny i idącego za nimi grupowania, zastępuje je pieniądz. Taki kierunek przemian edukacji publicznej to przepis na zaoranie egalitarnego systemu, który nie utrudnia szczególnie awansu społecznego. Przetestowany już na zachodzie, gdzie jakość szkół publicznych od dawna jest gorsza niż w Polsce (i ciągle spada), a szkoła dobra to znaczy szkoła prywatna. To jedna z przyczyn coraz mniejszej pionowej mobilności społecznej (przy znacznie przecież wyższych zarobkach i zabezpieczeniu socjalnym), co dotknęło niestety nawet krajów takich jak Szwecja, a w skrajnej postaci występuje w Wielkiej Brytanii (jesteś dzieckiem arystokraty / milionera? Od samego początku uczęszczasz do elitarnych szkół, z wysokimi wymaganiami i rygorem. Wszystkie drogi są dla ciebie otwarte. Jesteś dzieckiem robotnika? W szkole będzie fajnie, inkluzywnie, będą zaimki, opieka psychologa i tęcza, ale sorry, umrzesz robotnikiem.)

Niestety, mam też przeczucie, graniczące z pewnością, że za kilka lat konieczne będzie kolejne odchudzanie podstawy programowej, a wyniki w rankingu PISA (czyli umiejętność choćby czytania ze zrozumieniem) będą tylko gorsze.

Przyczyna nie tkwi bowiem w polskim systemie edukacji. Wszystkie europejskie kraje lecą z wynikami w dół, a Polska, mimo spadków, wciąż jest w czołówce. Nie ma więc sensu zrzucanie winy na Czarnka, a z drugiej strony – snucie teorii, że proponowane zmiany są inspirowane przez Niemców, którzy potrzebują niewykształconej siły roboczej, bo Niemcy już sobie zdążyli tak zreformować szkołę (i mają coraz więcej uczniów, którzy język niemiecki znają na poziomie podstawowym, co jest kiepskim punktem do równania w dół), więc wyniki osiągają znacznie gorsze, a dalszy spadek jest jeszcze bardziej dotkliwy.

Raczej szukałabym w kompilacji czynników społecznych i kulturowych, przy których proponowane zmiany są ślepą uliczką, która swoje zepsuje, a nic nie naprawi:

  1. Uzależnienie od smartfonów, znaczny spadek możliwości koncentracji i nauki przez wielogodzinne korzystanie z nich. Pogorszenie samopoczucia, w skrajnych przypadkach rozwój zaburzeń, przez mniejszą ilość realnych kontaktów społecznych.
  1. Zmiana w podejściu do wychowywania dzieci motywowana kultem indywidualizmu i kulturą sejfityzmu. Każdy jest wyjątkowy i nawet, jeśli nie jest, mamy udawać, że jest, bo najważniejsze są emocje i chronienie przed jakimikolwiek negatywnymi bodźcami. Ocenianie, stawianie wymagań i traktowanie wszystkich według jednolitych kryteriów to przemoc, z którą należy walczyć.
  1. Za powyższym idzie kompletna zmiana oczekiwań, co do funkcji szkoły, podsycana w Polsce jeszcze polaryzacją polityczną, w wyniku której publiczna szkoła została wykreowana na najgorszego wroga, miejsce przemocy i indoktrynacji, a nauczyciele, z zasady, na roszczeniowych obiboków, wyżywających się na dzieciach. Szkoła, żeby uczyć, musi wymagać, a to w obecnym podejściu przemoc i dyskryminacja. Nauczyciel musi mieć jakiś autorytet i budzić zaufanie, żeby rodzic przy każdej negatywnej ocenie nie krzyczał o wielkiej niesprawiedliwości w stosunku do jego wyjątkowego dziecka. Dzisiaj znacznie częściej niż o funkcji nauczania, mówi się o „miejscu, w którym wszyscy będą czuli się dobrze”, także wydaje się, że dotychczasowa umowa społeczna w tej kwestii, już nie obowiązuje, ze wszystkimi tego konsekwencjami.

Fot. Pixabay.com

Autor: Weronika Jaglińska
Ur. 1998, studentka prawa na Uniwersytecie Jagiellońskim, publicystka, centrystka.