Od przeszło tygodnia wraz z trzema kolegami przebywamy w wilgotnym, ciemnym pomieszczeniu. Nie wiem, nikt z nas nie wie jak tu trafiliśmy. Jest zimno, nie ma miejsca do położenia się i choćby odrobiny snu. Szczury stają na dwóch łapach i chyba o coś proszą. A może tylko wypatrują, kto z nas wyhuśta się pierwszy. Pilnuje nas dwóch strażników. Obaj Chińczycy. Jeden z pałką i psem, wielki, zbudowany i okrutny. Drugi, zdecydowanie mniejszy, flegmatyczny, bez psa na smyczy ale ze ślepym wróblem w lewym ręku. Ten pierwszy nieustannie na nas krzyczy i czasem bije. Ten drugi ma tylko jedno zadanie. Zarządzać światłem w pomieszczeniu bez okien. Czasem, jak ma dobry humor włącza nam światło na pół godziny, żeby nasze ślepia nie odwykły od jasności. Właściwie to jest nikim w tej ich chińskiej hierarchii, ale ten dostęp do włącznika światła czyni go kimś wobec nas, stłamszonych w ciemnej, wilgotnej celi. Zdarza się, że światło włącza wtedy, gdy akurat udaje nam się zasnąć. Złośliwie tak. Sam gdy zasypia, okrutnie chrapie. Wtedy ktoś z nas zakrada się do włącznika światła i przez jakiś czas możemy się nim nacieszyć. Ale gdy Chińczyk zorientuje się, że został ograny, chowa wróbla do prawej kieszeni i krzyczy na nas coś po chińsku. Po czym przestaje, gdyż się tą czynnością niebywale męczy. Zdajemy sobie sprawę z tego, że już z tego więzienia nie wyjdziemy, ale każde włączenie światła czyni nas poniekąd ludźmi wolnymi.