O tym, jak człowiek uznał się za demiurga, a został klientem

Dawna władza nad wyobraźnią ludzi rozpadła się niemal bezgłośnie. Szkoła, Kościół, uniwersytet, wielkie redakcje, kultura wysoka – wszystkie te instytucje, które przez pokolenia trzymały w ryzach ludzkie myślenie, mówią dziś językiem suchym, martwym, niewiarygodnym. Ich kazania, wykłady i komunikaty odbijają się od współczesnego człowieka jak groch od ściany.

A człowiek, nawet jeśli udaje cynika, wciąż potrzebuje opowieści, która sklei mu świat, nada sens temu, co przeżywa, i wskaże winnego, gdy coś się rozsypie. W próżni po dawnych autorytetach pojawili się więc nowi prorocy: influencerzy, trenerzy duchowości, internetowi wizjonerzy, kołcze od „energii”, „czakr”, „intencji” i „wibracji”. Nie muszą mówić prawdy. Wystarczy, że mówią sugestywnie.

Współczesny człowiek pragnie całościowej narracji, czegoś, co wytłumaczy mu świat jednym ruchem ręki. Dawne instytucje tego nie dają, bo mówią językiem bez emocji. Nowi prorocy mówią obrazami i historiami, które dają ulgę. I to wystarcza. Problem w tym, że w tej nowej przestrzeni wszystko łatwo zaczyna się mieszać: realna diagnoza z histerią, metafizyka z publicystyczną przesadą, duchowe przeczucie z internetowym memem. Retorycznie to działa, poznawczo bywa ryzykowne, bo świat naprawdę jest bardziej skomplikowany niż mem.

Najgłębszy problem leży jednak gdzie indziej. Współczesność utraciła język winy, przebaczenia, ofiary i odkupienia. Człowiek został sam ze swoim ego, psychologią, terapią, wizerunkiem i lękiem. Nawet jeśli ktoś nie przyjmuje perspektywy chrześcijańskiej, trudno nie zauważyć, że kultura bez pojęcia winy i przebaczenia robi się płaska. Nie ma w niej miejsca na skruchę, na łaskę, na pojednanie. Zostaje tylko praca nad sobą i nieustanne zarządzanie własnym nastrojem. A człowiek, który nie ma gdzie zanieść swojej winy, zaczyna ją nosić jak kamień w kieszeni. I szuka kogoś, kto mu powie, że ten kamień to tak naprawdę kryształ mocy.

Rewolucja lat 1968–70 była czymś większym niż buntem młodzieży przeciwko starym dziadom. Ona przestawiła duchową zwrotnicę Zachodu. Powiedziano wtedy człowiekowi: nie szukaj ładu poza sobą, nie przyjmuj dziedzictwa, nie ufaj tradycji, nie uznawaj autorytetu, odkryj siebie. Na początku brzmiało to jak wyzwolenie. W praktyce skończyło się często tym, że „ja” stało się bożkiem, a człowiek zaczął budować własną religię z tego, co akurat pachniało wolnością.

Tak narodziła się duchowość prywatna. Trochę Wschodu, trochę psychoanalizy, trochę chrześcijaństwa bez krzyża, trochę magii, trochę narkotycznego poszerzania świadomości, a potem coaching, afirmacje, czakry, kosmos, manifestowanie pieniędzy i „moja prawda”. Duchowy bigos, w którym każdy wrzuca to, co mu smakuje, a wyrzuca to, co wymaga odpowiedzialności, pokuty albo pracy. Rewolucja lat 1968–70 nie tylko zmieniła obyczaje. Ona zmieniła pytanie. Zamiast pytać: kim jestem wobec świata?, człowiek zaczął pytać: kim chcę być w mojej własnej narracji?

A tam, gdzie człowiek ogłasza, że sam sobie stworzy sens, natychmiast pojawiają się sprzedawcy sensu. Jedni naiwni, inni cyniczni, ale wszyscy gotowi wejść w rolę duchowych przewodników. Wystarczyło kilka słów o „przebudzeniu”, parę paciorków, odrobina egzotyki i ton głosu, który brzmi jak objawienie. I już tworzyły się wspólnoty, które z wolnością miały tyle wspólnego, co folwark z demokracją. Za hasłami o „rozwoju” kryła się bardzo stara struktura: władza, pieniądze, seks i podporządkowanie słabszych silniejszemu.

Paradoks polegał na tym, że bunt przeciw autorytetowi kończył się poddaniem najgorszemu autorytetowi, samozwańczemu. Dawnego księdza, profesora czy ojca można było wyśmiać i obalić. Ale gdy pojawiał się mistrz w paciorkach, mówiący spokojnym głosem i obiecujący „przebudzenie”, ludzie oddawali mu portfel, ciało, rodzinę i zdrowy rozsądek. To nie była walka o wolność. To była wymiana jednego autorytetu na drugi, tyle że ten drugi nie miał ani tradycji, ani odpowiedzialności, ani hamulców.

Kiedy człowiek przestał wierzyć w Boga ponad sobą, bardzo szybko uwierzył w boga w sobie. Najpierw zrzucił koronę z głowy Boga. Potem włożył ją sobie. A kiedy już ogłosił, że sam jest źródłem sensu, natychmiast pojawili się ci, którzy chętnie mu w tym boskim zadaniu pomogą, oczywiście za odpowiednią opłatą.

Bo sakralizacja własnego „ja” nie kończy się na deklaracji. Ona wymaga obsługi technicznej. Jeśli człowiek jest bogiem, to musi mieć rytuały, inicjacje, ścieżki rozwoju, certyfikaty, warsztaty, procesy, praktyki, wspólnoty, przewodników i mistrzów. I tak powstał rynek obsługi nowego bóstwa: duchowe franczyzy, kursy przebudzenia, terapie bez końca, coachingi od wszystkiego, abonamenty na rozwój, płatne wspólnoty, ceremonie i całe katalogi usług, które mają pomóc człowiekowi „odblokować potencjał”.

Człowiek, który dawniej modlił się do Boga, wiedział przynajmniej, że prosi Kogoś większego od siebie. Teraz ma wierzyć, że sam jest demiurgiem, a jeśli coś mu nie wychodzi, to znaczy, że źle użył własnej boskości. I tak rewolucja, która miała przynieść wolność, przyniosła samotnego człowieka, który musi sam siebie zbawić, i jeszcze za to zapłacić.

To jest właśnie moment, w którym pojawia się faktura dla boga w sobie. Najpierw detronizacja Boga ponad człowiekiem. Potem sakralizacja własnego „ja”. A na końcu rynek, który tę nową boskość obsługuje jak każdą inną usługę. Człowiek, który miał być wolny, staje się klientem. Człowiek, który miał być panem własnego losu, staje się petentem u sprzedawców sensu. Człowiek, który miał być kreatorem rzeczywistości, staje się odbiorcą pakietów premium na „przebudzenie”.

W tym jest coś tragikomicznego. Człowiek naprawdę szuka sensu, pocieszenia, ładu, przebaczenia i odpowiedzi na lęk przed śmiercią. Ale zamiast religii, która stawia mu wymagania, dostaje usługę, która go utwierdza w sobie samym. Zamiast nawrócenia dostaje „proces”. Zamiast sumienia dostaje „dobrostan”. Zamiast modlitwy dostaje „techniki”. Zamiast zbawienia dostaje abonament.

W nowej duchowości człowiek nie tylko wierzy, że ma w sobie boską iskrę. On wierzy, że ta iskra działa jak pilot do rzeczywistości. Wystarczy ustawić intencję, podnieść wibracje, odciąć toksyczną energię, zamanifestować zdrowie, a świat ma się dostosować. To jest magia w języku psychologii i marketingu. Obietnica, że myślą można zmienić materię, że emocją można przestawić bieg zdarzeń, że afirmacją można odwołać chorobę, a wizualizacją przyciągnąć pieniądze.

To jest bardzo kuszące, bo jeśli moja myśl ma moc, to nie jestem bezradny. Nie muszę znosić losu, pracować nad sobą, godzić się z ograniczeniem. Wystarczy, że dobrze ustawię energię. Ale w tej obietnicy kryje się okrucieństwo. Bo jeśli myśl tworzy rzeczywistość, to chory sam „przyciągnął” chorobę, biedny ma „mentalność braku”, samotny „wysyła złą energię”, a komu się nie udało, ten „źle manifestował”. Dawna religia mówiła: człowiek jest słaby, upada, potrzebuje łaski i pomocy. Nowa duchowość mówi: jesteś wszechmocny, więc jeśli cierpisz, to znaczy, że źle użyłeś własnej boskości.

Ta duchowość niby wywyższa człowieka, a w praktyce zostawia go jeszcze bardziej samotnym. Odbiera mu prawo do zwykłej ludzkiej bezradności. Nie możesz już powiedzieć: nie wiem, nie daję rady, potrzebuję pomocy. Musisz wierzyć, że gdzieś w sobie źle nacisnąłeś guzik kosmosu. Człowiek, który miał być bogiem, staje się niewolnikiem własnej rzekomej mocy. A tam, gdzie jest niewolnik, tam natychmiast pojawiają się kapłani nowego kultu, z terminalem płatniczym w dłoni.

W nowej duchowości najważniejsza nie jest prawda, lecz samopoczucie. Nie rachunek sumienia, lecz „praca z energią”. Nie skrucha, lecz „oczyszczanie pola”. Nie zadośćuczynienie, lecz „ustawianie granic”. Dawniej człowiek pytał: czy jestem dobry? czy skrzywdziłem? czy umiem przebaczyć? Dziś pyta: czy mam dobrą wibrację? czy przyciągam obfitość? czy ktoś mnie nie blokuje?

To nie jest tylko zmiana słów. To jest przepaść. Pierwsze pytania prowadzą do sumienia, drugie do autoobsługi własnego bożka. Grzech wymaga rachunku sumienia. Wina wymaga skruchy. Choroba wymaga lekarza. A energię się ustawia, oczyszcza, odcina, harmonizuje. Brzmi technicznie, nie moralnie. Człowiek nie musi się nawrócić, wystarczy, że „popracuje z polem”. To jest duchowość, która niczego nie wymaga, a obiecuje wszystko. I dlatego jest tak atrakcyjna.

Gdy te słowa znikają, człowiek traci orientację. Zamiast pytać: co jest prawdą?, zaczyna pytać: co mnie wzmacnia? Zamiast pytać: co jest dobre?, pyta: co mi służy? Zamiast pytać: co powinienem zrobić?, pyta: co podnosi moje wibracje? I tak duchowość zamienia się w samoobsługę, a człowiek w operatora własnego bożka, który musi być nieustannie karmiony dobrym nastrojem.

W pewnym momencie trzeba wrócić do rzeczy najprostszych. Można strawestować słowa: oddaj cesarzowi, co cesarskie, a Bogu, co boskie, i powiedzieć po ludzku: idź do tego źródła, gdzie trzeba się napić, a do tej wody, przy której trzeba się przeżegnać. Nie myl studni z chrzcielnicą ani chrzcielnicy ze studnią.

Bo jeśli człowiek pomyli te porządki, to za chwilę zacznie kupować wodę święconą w zgrzewkach, a wodę mineralną traktować jak sakrament. I wtedy duchowość staje się towarem, medycyna miesza się z zabobonem, psychologia bywa brana za spowiedź bez rozgrzeszenia, a coaching zaczyna mówić tonem kazania bez Boga. Gdy boli ząb, idzie się do dentysty, nie do ustawiania energii. Gdy człowiek ma cukrzycę, mierzy cukier i bierze leki, a nie tylko manifestuje zdrowie. Gdy jest wina, krzywda, grzech, rozpacz, lęk przed śmiercią, wtedy nie wystarczy tabletka ani coaching, bo tu człowiek potrzebuje innego źródła.

W tym jednym zdaniu, studnia i chrzcielnica, jest więcej mądrości niż w całych bibliotekach współczesnych poradników. Jest i teologia, i antropologia, i humor sowizdrzalski, i porządek świata, który przez wieki trzymał ludzi w pionie. A dziś ten porządek został zaburzony. Bo gdy człowiek zaczyna pić z chrzcielnicy, to duchowość mu się rozwadnia. A gdy zaczyna się przeżegnać przy studni, to pragnienie mu nie przejdzie.

Współczesne kazalnice nie stoją już w kościołach ani na uniwersytetach. One świecą z ekranów telefonów, trzymanych trzydzieści centymetrów od twarzy. TikTok, Instagram, YouTube to są dzisiejsze ambony. Tylko że to są kazalnice bez proboszcza, bez biskupa, bez teologii i bez odpowiedzialności za dusze. Dawny kaznodzieja stał w jakiejś tradycji i podlegał osądowi wspólnoty. Dzisiejszy kaznodzieja cyfrowy podlega głównie temu, czy utrzyma uwagę przez kolejne osiem sekund.

Cyfrowe byty nie pytają o prawdę ani o dobro. One pytają o lepkość przekazu. O to, co zatrzyma kciuk na ekranie. A najbardziej lepkie są treści, które dotykają lęku, winy, choroby, samotności, śmierci i nadziei. Dlatego duchowo-terapeutyczno-apokaliptyczny przekaz ma dziś taką siłę. Nie dlatego, że jest prawdziwy, ale dlatego, że jest lepki.

Człowiek współczesny jest na to podatny jak nigdy. Został osierocony duchowo, a jednocześnie nauczony, że jest centrum świata. To fatalne połączenie. Jest samotny i przestraszony, ale słyszy: masz w sobie moc, jesteś kreatorem, twoja prawda jest najważniejsza. A skoro jest samotnym bogiem, to natychmiast potrzebuje obsługi technicznej własnej boskości. I wtedy pojawia się rynek.

Nowe media nie stworzyły tego rynku, one go tylko przyspieszyły. Dawniej, żeby trafić do sekty, trzeba było pojechać na drugi koniec kraju. Dziś sekta przychodzi sama, w formie krótkiego filmiku, który algorytm uznał za dopasowany do zainteresowań. I tak człowiek, który szukał przepisu na zupę, po trzech tygodniach ogląda filmy o „oczyszczaniu pola”„manifestowaniu obfitości”. Nie dlatego, że tego szukał, ale dlatego, że to go zatrzymało.

Wszystko to ma dwa poziomy. Pierwszy jest ziemski i banalny: rynek, technologia i ludzka pycha. Uwaga przynosi pieniądze, pieniądze premiują jeszcze bardziej lepki przekaz. Drugi poziom jest głębszy. To nie jest ingerencja demona z widłami. To jest powolne przesuwanie granic, zmiana języka, erozja pojęć, rozmycie sensów, aż człowiek przestaje rozpoznawać, kiedy oddala się od prawdy.

Na tym poziomie zagrożenie nie polega na tym, że ktoś odprawia rytuały. Polega na tym, że człowiek przestaje widzieć różnicę między rytuałem a usługą, między modlitwą a techniką, między sumieniem a nastrojem, między łaską a energią. To jest świat, w którym duchowość staje się produktem, a produkt staje się duchowością.

Przypomina mi się w tym opowieść o Leonie XIII i jego wizji rozmowy szatana z Chrystusem. To nie jest stenogram z nieba, tylko tradycja przekazana, która żyje własnym życiem. Ale sens tej opowieści jest ważniejszy niż dosłowność. Ona nie mówi o demonie, który straszy rogami. Ona mówi o czymś subtelniejszym: że zło działa przez zmianę języka, zmianę pragnień, zmianę wyobraźni. Przez takie przesunięcie pojęć, że człowiek przestaje rozpoznawać, kiedy oddala się od prawdy.

I tu właśnie spotyka się Leon XIII z TikTokiem. Dawna walka o duszę toczyła się przez kazalnice, książki, szkoły. Dziś toczy się przez ekran trzymany tuż przed oczami. Przez krótkie filmiki, które nie mają ani teologii, ani odpowiedzialności, mają tylko cel: zatrzymać uwagę. A język, który zatrzymuje uwagę, rzadko jest językiem prawdy.

Najkrócej można powiedzieć tak: nowe media stały się kazalnicami. Algorytmy stały się wikarymi od uwagi. Influencerzy stali się kaznodziejami bez święceń. A człowiek, który pomylił studnię z chrzcielnicą, zaczął kupować zbawienie w ratach.

Bo gdy człowiek uwierzył, że jest bogiem, natychmiast pojawił się ktoś, kto temu bogu wystawił fakturę. Gdy uwierzył, że myślą tworzy rzeczywistość, pojawił się ktoś, kto sprzedał mu kurs manifestowania obfitości. Gdy uwierzył, że energia zastąpi sumienie, pojawił się ktoś, kto zaoferował oczyszczanie pola. I tak człowiek, który miał wyjść spod cudzej władzy, trafia pod władzę cennika, kursu i kolejnego modułu „rozwoju”.

A przecież porządek świata jest prostszy. Wodą ze studni gasi się pragnienie ciała. Wodą święconą przypomina się duszy, komu należy. Reszta to zamieszanie, które powstaje wtedy, gdy człowiek próbuje sam siebie zbawić, a potem dziwi się, że mu nie wychodzi. I wtedy, zamiast wrócić do źródła, kupuje kolejny kurs, kolejny warsztat, kolejny abonament.

To jest tragikomedia naszych czasów. Człowiek naprawdę szuka prawdy, sensu, przebaczenia i odpowiedzi na lęk przed śmiercią. Ale zamiast iść do studni po wodę, idzie do chrzcielnicy po napój energetyczny. A zamiast iść do chrzcielnicy po łaskę, idzie do coacha po kolejny moduł „przebudzenia”. I dziwi się, że wciąż jest spragniony.

I wtedy przychodzi rachunek. Faktura dla boga w sobie.

Zbigniew Grzyb

Z serii: PITOLENIE STAREGO GRZYBA 🍄