A jednak daliśmy radę. Otóż udało się nam wojnę w Iranie oraz całą politykę globalną zgrabnie wcisnąć w nasze partyjne wojenki.

Robi się to tak, że jeżeli Prawo i Sprawiedliwość buduje swoją pozycję na Trumpie – to Stany Zjednoczone muszą wygrać wojnę w Iranie, władza ajatollahów się chwieje, a zablokowanie cieśniny Ormuz jest doskonale przemyślaną strategią amerykańską, która osłabia pozycję Chin na świecie.

W ten sposób politykę globalną dostosowujemy do potrzeb polskiej polityki plemiennej. Ale to nie jest proste przełożenie: jestem za PiS – to wierzę. Test lojalności partyjnej stawia wyższe wymagania: jestem za PiS – to wiem. Bowiem znam tylko takie fakty, które potwierdzają amerykańskie zwycięstwo. Innych nie przyjmuje do wiadomości. Już sama znajomość innych faktów jest zdradąlinii przyjętej przez partię. To tak jak w przypadku Ukrainy: obowiązkiem polskiego patrioty była znajomość ukraińskich sukcesów, a wiedza o porażkach była rusofilią.

PiS-owska wizja świata była jednak dość łatwym wyborem. Od czasów „Kultury” paryskiej wiadomo przecież, że państwo wielkości Polski nie ma innego wyjścia: albo będzie służyło Związkowi Radzieckiemu/Rosji, albo Stanom Zjednoczonym. Dlatego środowisko Prawa i Sprawiedliwości jest równie wierne Ameryce jak 90-letnia wdowa swojemu zmarłemu mężowi. To jedyna opcja.

Znacznie trudniejszego wyboru musiały dokonać środowiska związane z Koalicją Obywatelską. Ich jakże wysoka kultura polityczna nakłada obowiązek potępienia Iranu, który nie szanuje praw kobiet. Nie mogą więc zakwestionować zasadności ataku, szczególnie w kontekście prawa Izraela do ochrony własnych obywateli. Ale Trump to populista, więc nie można też uznać jego sukcesu, bo byłaby to woda na młyn PiS-u.

Z tej pułapki wyszli, uznając atak za uzasadniony, ale źle wykonany. Decyzja została podjęta bez uzgodnienia z sojusznikami z NATO i UE. Gdyby działania były uzgadniane z przywódcami europejskimi, cieśnina Ormuz byłaby dzisiaj odblokowana, a reżim mułłów obalony. Dla zwolenników Koalicji Obywatelskie to jest oczywista prawda geopolityczna. A teraz przez błędy Trumpa cierpi światowa gospodarka.

I do tego mamy dwie Konfederacje. Pierwsza – ta od Mentzena i Bosaka – stoi w rozkroku między systemem a antysystemem. Nie jest już partią antysystemową, gdyż stała się częścią systemu. Taki sam dylemat mieli socjaliści na początku XX wieku: jak pozostać partią rewolucyjną, gdy rządzisz?

Dlatego Konfederacja nie popiera Iranu (to nazbyt antysystemowe) ani amerykańsko-izraelskiego ataku (to nazbyt systemowe). Z tego powstaje geopolityczny konstruktywizm antysystemowy: „To nie jest nasza wojna”. I to postawa dość rozsądna.

Ale nie można być partią trochę antysystemową. Przez tak nijakie poglądy Konfederacja traci swoich antysystemowych zwolenników. Być może zastąpią ich bezideowi uciekinierzy z PiS-u, ale póki co nie jest dobrze. Dlatego potrzebny się stał zdecydowany skręt w stronę potępienia Izraela za zbrodnie wojenne. W tym kontekście należy widzieć wystąpienie posła Berkowicza z flagą Izraela.

To ważne, bo druga Konfederacja od początku była jednoznacznie antysystemowa i potępiła atak na Iran. Powtarzanie mantry o terrorystycznym reżimie irańskim stało się przecież ważną częścią systemu, dlatego wszyscy „rozsądni” politycy i dziennikarze natychmiast potępili Brauna. A jednak nie ubyło jego partii zwolenników, bo rośnie liczba ludzi zniechęconych do systemu, a nachalna propaganda systemowa staje się przeciwskuteczna.

W ten sposób sytuacja na świecie została włączona do lokalnej wojny partyjnej. Na podstawie sondażu: „kto wygrał wojnę w Iranie?” można byłoby precyzyjnie przewidzieć rozkład głosów w nadchodzących wyborach. Obowiązuje bowiem zasada: powiedz mi, co wiesz o świecie, a ja ci powiem, której partii jesteś żołnierzem.