O tym, że premier Tusk lubi obiecywać, a z dotrzymywaniem słowa jest u niego dużo gorzej chyba wszyscy wiemy. Zresztą to jest immanentną cechą polityków. Była już benzyna za 5 i akademiki za złotówkę. Były to jednak obietnice z kampanii wyborczej.

Poniżej opiszę przypadek obietnicy, która padła ze strony rządu i konkretnego ministerstwa już po przejęciu władzy przez KO. A dotyczy to dość modnej, nowoczesnej i „europejskiej” kwestii, jaką jest promocja elektromobilności.

Na wstępie chciałbym zaznaczyć, że artykuł nie jest głosem w dyskusji na temat sensu samochodów elektrycznych ani jego braku. W tej kwestii jestem ortodoksyjnym liberałem: niech to klienci, czyli wolny rynek decydują, czym napędzane mają być nasze samochody, a państwo niech w tym nie przeszkadza.

Natomiast odniosę się do stanu obecnego i pewnych konkretnych zapowiedzi, z których rząd się cichaczem, pod przykryciem innych newsów wycofał, a media o tym jakoś milczą.

Oto 30 kwietnia 2024 roku (trochę późno, jak na Prima Aprilis) Dziennik GP poinformował, powołując się na minister funduszy i polityki regionalnej Katarzynę Pełczyńska- Nałęcz, że rząd planuje wprowadzenie już w 2024 roku dopłat do używanych samochodów elektrycznych, nie starszych niż 4 lata. Pojawiła się też informacja, że środki na te dopłaty mają pochodzić ze sławnego już i właśnie odblokowanego KPO.

W wydaniu z 19 maja 2024 roku to samo medium podało nawet, powołując się na Ministerstwo Klimatu i Środowiska, że kwota takiej dopłaty do używanego samochodu elektrycznego, nie starszego niż 4 letni, wyniesie do 40 tys. PLN z możliwością uzyskania nawet większej dopłaty dla posiadaczy karty dużej rodziny. Redakcja nawet podała zestawienie, jakiego rodzaju pojazdy można kupić i za jak atrakcyjne ceny.

Wiele osób zapewne czekało z nadzieją na wprowadzenie w życie tej zmiany…

Co się jednak okazało?

Jeśli wejdziemy dziś na stronę Elektromobilność w witrynie gov.pl, czytamy co następuje: „Informujemy, że w dniu 27.06.2024 r. zmieniony został Program priorytetowy „Mój elektryk”.Wprowadzone zmiany polegają na: zwiększeniu budżetu programu z 900 mln zł do 960 mln zł tj. o 60 mln zł z przeznaczeniem na udostępnianie środków bankom na dopłatę do opłat ustalanych w umowach leasingu w rozumieniu art. 411 ust. 1 pkt 2 lit. e ustawy – Prawo ochrony środowiska”.

Hurra, więcej pieniędzy. Świetnie, bo pula dotychczasowych środków wyczerpała się do czerwca 2024. Czytajmy jednak dalej: „Program przewiduje możliwość dofinansowania przedsięwzięć polegających na zakupie nowych pojazdów kategorii M1, wykorzystujący do napędu  wyłącznie energię elektryczną akumulowaną przez podłączenie do zewnętrznego źródła zasilania, lub energię elektryczną wytworzoną z wodoru w zainstalowanych w nim ogniwach paliwowych lub wyłącznie silnik, którego cykl pracy nie prowadzi do emisji gazów cieplarnianych lub innych substancji objętych systemem zarządzania emisjami gazów cieplarnianych, o którym mowa w ustawie z dnia 17 lipca 2009 r. o systemie zarządzania emisjami gazów cieplarnianych i innych substancji (Dz. U. z 2020 r. poz. 1077). Przez nowy pojazd zeroemisyjny należy rozumieć pojazd kategorii M1, który jest fabrycznie nowy i nie był przed zakupem zarejestrowany lub pojazd, zakupiony i zarejestrowany przez dealera samochodowego, importera lub firmę leasingową, z przebiegiem kilometrowym nie wyższym niż 50”…

Szukam dalej, szukam i kolejna informacja na stronie mówi tylko (i aż) „Wnioski o dofinansowanie w formie dotacji należy składać w okresie od 12.07.2021 r. – 30.09.2025 r. jednak nie dłużej niż do wyczerpania środków alokacji. W przypadku wyczerpania alokacji środków przed terminem zakończenia naboru wniosków na stronie internetowej NFOŚiGW zostanie umieszczona informacja o braku możliwości składania wniosków”.

Wchodzę na stronę NFOŚiGW i stamtąd jestem odesłany znów na stronę z wcześniej zacytowanym ogłoszeniem… Tak! Nie pomyliłem się: nie ma ani słowa o dofinansowaniu zakupu używanych samochodów elektrycznych!

Znów tylko piękne, nowe, pachnące i prosto od dealera nowiutkie samochodziki z przebiegiem do 50 km…Oczywiście po cenach znacznie przekraczających 100 tys. PLN.

W taki to oto sposób rzeczywiście, a nie jedynie w postaci obietnic, rząd zamierza wspierać w przyszłym roku elektromobilność. Pewnie jeśli zapytać panie minister (czy tam jak wolą „ministry”) na konferencji prasowej, to będą mówić że „to więcej, niż za PiS”, ale przypominam: obiecano, że będą dopłaty także do zakupu samochodów używanych. Widać i w tym przypadku 100 razy obiecać, to tak, jak raz otrzymać…

Przy okazji pojawia się nowy/stary problem z samochodami elektrycznymi, który staje przed rządem i sejmem: Jak pewnie wie każdy posiadacz samochodu elektrycznego, można nim jeździć buspasem. Można też płacić bezpłatnie w miejskich strefach płatnego parkowania. Niestety, stosowna ustawa ustala datę graniczną tego pierwszego przywileju do 1 stycznia 2026 roku.

Czy łaskawie nam panująca sejmowa większość zechce ten przywilej przedłużyć? Nie wiadomo. Nic się o tym publicznie nie mówi, więc wygląda na to, że chyba nie…

Czy „przy okazji” ktoś nie wpadnie na genialny w swej prostocie pomysł dosypania pieniędzy do kieszeni samorządów wielkich miast i nie skasuje przywileju darmowego parkowania?

Można mieć uzasadnione obawy. Kolejna kwestia, która się przy okazji pojawiła: w Krakowie bardzo muszą nie lubić samochodów elektrycznych, oj bardzo. Bowiem oprócz strefy płatnego parkowania, w której póki co miasto nic zrobić nie może, podobnie jak w przypadku buspasów, wprowadzono coś co się nazywa „strefa ograniczonego czegoś tam”, obejmująca ulice w obrębie Plant. Do niedawna na znakach zakazujących wjazdu obok (oczywiście napisanych małymi literkami i oczywiście wyłącznie po polsku, bo przecież turysta do Krakowa samochodem nie przyjeżdża) znajdowała się informacja, że zakaz ten nie dotyczy samochodów elektrycznych. Był, bo został przez urzędników „zniknięty”. Zatem nie można tam wjechać, choć są tam parkometry strefy płatnego parkowania…

Za tym znakiem stoją sobie w najlepsze samochody mieszkańców z przeróżnymi numerami rejestracyjnymi, także z bardzo odległych od stolicy Małopolskich województw (a roczniki pojazdów wskazują na to, że są to auta z czasów, kiedy nie zachowywało się numerów jakie pojazd miał w dniu zakupu). Jak rozumiem wielkie Porsche jest milej widziane od małego samochodu elektrycznego, bo w końcu szlachta musi wjechać i zaparkować a pospólstwo już zdecydowanie nie. Wszystko oczywiście w imię walki ze smogiem, pyłami zawieszonymi itd. itd. Można zatem być pewnym, że podobne wymysły radosnej twórczości urzędników i radnych będą także prześladować kierowców po wprowadzeniu Strefy Czystego Transportu.

Ale to nie wszystkie przykłady hipokryzji władz publicznych, jeśli chodzi o promowanie elektromobilności w Rzeczypospolitej. Specjaliści i urzędnicy od dłuższego czasu narzekają, że lud za bardzo wziął do siebie promocję instalowania na domach instalacji fotowoltaicznych. Że lato zbyt słoneczne i sieć nie może przyjąć tych ilości prądu, jakie ludzie produkują. Pomysłem jest jedynie to, żeby tego prądu zwyczajnie… nie przyjmować (bo po co lud ma za dużo zarobić?).

Rozumiem ograniczenia infrastrukturalne, ale przecież są inne rozwiązania tego problemu, dające zarobić ludziom a jednocześnie ułatwiające życie posiadaczom samochodów elektrycznych. Ci ostatni słusznie narzekają, że jest wciąż zbyt mało stacji ładowania tych pojazdów, zwłaszcza w terenach słabiej zurbanizowanych, co powoduje że czas podróży się wydłuża, przy stacjach tworzą się kolejki, co wszystko razem jest barierą dla popularyzacji elektromobilności w Polsce. Istnieją jednocześnie „domowe” stacje ładowania – wallboxy, które mają teoretycznie możliwość liczenia pobranego prądu, a nawet ustalania, jaki jest koszt takiej „operacji”.

Co stoi więc na przeszkodzie, żeby posiadacz domowej fotovoltaiki udostępnił odpłatnie wyprodukowany ze Słońca prąd kierowcom, którzy go akurat potrzebują? To przyspieszyłoby proces zwrotu inwestycji, a kierowcom znacząco ułatwiłoby przemieszczanie się…

Oczywiście pazerność władzy publicznej, która koniecznie chciałaby na takim procesie zarobić. Inaczej mówiąc o ile firma może taką usługę zaoferować, to już nie może tego zrobić człowiek, który nie jest zainteresowany prowadzeniem działalności gospodarczej, bo co z VAT i innymi podobnymi?

A tym czasem rolnik może sprzedawać swoje produkty. Drobny okazjonalny handlowiec może sprzedawać swoje produkty opłacając „placowe” albo w przypadku większych transakcji – podatek od czynności cywilno-prawnych. W czym zatem problem, żeby każdy posiadacz stacji ładowania z opcją wyliczenia pobranego i przekazanego do samochodu prądu mógł sprzedawać prąd płacąc jakiś miesięczny ryczałt? Takie to skomplikowane?

Lepiej, żeby ludzie stali w kolejkach przy firmowych stacjach ładowania, albo nie decydowali się na zakup „elektryka”, bo niełatwo go naładować po drodze?

Co z tymi frazesami o ekologii, zielonym transporcie i zagładzie związanej z globalnym ociepleniem?