Tu jest tak pięknie, że oczy pękają. Żałuję, że nie urodziłem się w Kiszyniowie.
Pierwszy dzień był niezwykle udany. W samolocie zapoznałem kolegę, z którym po przylocie od razu pojechaliśmy do miejscowości Cricova, gdzie po zapłaceniy 90 złotych rozpoczęliśmy zwiedzanie najdłuższych, kilkudziesięciu kilometrowych piwnic winnych. Wówczas to zakochałem się w uroczej przewodniczce zasypując ją pytaniami w języku rosyjskim, na tyle na ile w latach szkolnych opanowałem ten język. Podjąłem wówczas decyzję, że zostanie moją żoną nawet gdyby się na to nie zgodziła. Z czasem dojrzeje do tej decyzji.
Następnie udaliśmy się do lokalnego parku celem dokonania konsumpcji zakupionej w muzeum kiełbasy, sera i koniaku. Wówczas przyplątał się pies udający głodnego. W miejscowym markecie kupiłem mu kilogram żołądków drobiowych, które połknął w minutę.
Wróciliśmy do Kiszyniowa. Padła mi bateria w telefonie. Próbowałem naładować ją w kiosku, w którym wcześniej zakupiłem kawę. Kobieta odmówiła, ale muzyk polny, który stał i grał na gitarze 50 metrów obok, nie tylko dał mi ładowarkę, ale podłączył mnie do swojego prądu.
Potem w knajpie La Platinta spotkałem chłopaków poznanych w autobusie z lotniska, którym doradziłem zakup cujki spod lady na lokalnym targowisku. Dziękowali mi za tę cenną radę z dziesięć razy. Było mi miło, że pomogłem wielu osobom kulturalnie się upić lokalnej produkcji alkoholem. Jedzenie było znakomite. Polecam ten lokal.
Sam Kiszyniów to miasto na granicy świata i kosmosu. Na chodnikach jest więcej kraterów niż na Księżycu. Kobiety piękne, faceci na ogów dresach. Rumuński przepięknie miesza się z rosyjskim. Geny romańskie ze słowiańskimi.
Dworzec kolejowy w stolicy pusty. Zupełnie pozbawiony ludzi. W okolicy nie ma żadnej restauracji, baru lub choćby budki z piwem. Całkowita pustynia usiana bezdomnymi psami i sprzedawcami używanej odzieży.

Myślałem, że nabyłem bobera, a jak usiadłem w barze i przeczytałem metkę okazało się, że to… chińska kapibara.
Zostaw komentarz