Sankja wbiła się w sukienkę, której nie nosiła od dwóch lat.
– Uff – sapnęła – Trzeba będzie odpuścić sobie muffinki do kawy.
Założyła szal, pociągnęła usta krwistoczerwoną pomadką i z zadowoleniem zerknęła w lustro. Nie wyglądała na swoje lata, a przynajmniej tak o sobie myślała. Wychodziła na przyjęcie urodzinowe przyjaciółki i wiedziała, że spotka tam kilka dawno niewidzianych osób, które będą bacznie ją lustrować w życzliwym poszukiwaniu zmarszczek i pierwszych siwych włosów.
– O, niedoczekanie wasze! – pomyślała.
Jeszcze wsunęła stopy we włoskie szpilki i mogła zejść do taksówki.
……………………….
Mijały kolejne godziny przyjęcia i Sankja bawiła się setnie, zwłaszcza że w towarzystwie był Paweł Wesoły, kolega jubilatki, który sypał dowcipami jak z rękawa. Goście czuli się swobodnie, gdyż jubilatka wynajęła w restauracji oddzielną salę. Jedynym minusem było to, że przechodziło się przez nią z parkingu i tarasu do części hotelowej, więc od czasu do czasu pojawiał się na chwilę zbłąkany wędrowiec.
Sankja pijała tylko wino. Jej usilne prośby o kieliszek białego wytrawnego wina zaowocowały przyniesieniem już to półwytrawnego wina różowego o zapachu „sztucznych poziomek”, jak określiła to w duchu Sankja, już to słodkiego wina o kolorze truskawek i smaku aptecznego syropu. Ze złością spojrzała na bar, na półki pełne różnych gatunków wódek, koniaków i likierów.
– Czy w Polsce kiedyś restauracje nauczą się, że wino to też trunek? – pomyślała.
Atrakcją wieczoru był Szaszłyk, młody rasowy wyżeł należący do Pawła, doskonale ułożony przez swego pana. Pies grzecznie zachęcał gości do zabawy. Szczególnie chętnie aportował patyki, więc co chwilę ktoś wychodził z sympatycznym zwierzakiem na dwór. Po kilku godzinach zmęczony Szaszłyk położył się na podłodze w przejściu między stołami do hotelu. Jego szaro-czarno-białe umaszczenie doskonale zestroiło się z granitowymi płytami.
Było już dobrze po północy, gdy bardzo mocno zmęczony życiem i alkoholem gość siedzący dotąd na tarasie postanowił iść spać. Sankja zajęta rozmową kątem oka zobaczyła niezwykłe zjawisko. Zmęczony pan nie dostrzegł całkiem sporego psa i potknął się o niego tak nieszczęśliwie, że lotem poziomym poleciał dobre trzy metry. Na szczęście lub nieszczęście (ten szczegół pozostał na zawsze sporny) tor lotu kończył się na masywnych drewnianych drzwiach, w które nieszczęśnik wyrżnął głową, dzięki czemu wprawdzie nie leciał już dalej, ale oberwał zdrowo. Sankja usłyszała jednocześnie oburzony szczek Szaszłyka tak brutalnie obudzonego oraz głośne: „Oooo…żeszszsz…rwaa….aać!”
W sali zapadła cisza, cisza tak przejmująca, jaka może zapaść tylko w pomieszczeniu pełnym ludzi. Nieszczęśnik szybko ewakuował się z sali i po chwili wszyscy zgodnie ryknęli wielkim śmiechem. Dziewczyny piszczały, ocierały łzy i przykucały w histerycznym śmiechu, panowie wtórowali im basami. Śmiech to przygasał, to znów wybuchał ze zdwojoną intensywnością. Komentarzom nie było końca. I tylko biedny Szaszłyk jeszcze długo wyrażał oburzenie, stojąc przed drewnianymi drzwiami i groźnie powarkując.
———————
Minęło kilka tygodni. Do Sankji zadzwonił właściciel Szaszłyka. Akurat prowadziła auto w drodze do sądu na końcu Polski.
– Cześć! Masz chwilę czasu? – niepewnym głosem zapytał Paweł.
– Jasne, słucham.
– Pamiętasz tego gościa, co się mało nie zabił o Szaszłyka?
– Jakże mogłabym zapomnieć – Sankja na samo wspomnienie uśmiechnęła się szeroko.
– Zadzwoniła do mnie jakaś kancelaria i nastraszyli mnie procesem, bo facet od tej pory podobno nie sypia w nocy, boi się psów, cierpi jego życie erotyczne oraz moczy się w pościeli. Tak mnie omotali, że zgodziłem się na ugodę, ale zanim ją podpiszę chciałbym, abyś ją przeczytała, bo jakaś dziwna jest. Ale słyszę, że jedziesz, więc nie jesteś pod kompem?
– No nie, ale stronę czy dwie to dam radę i na telefonie przeczytać.
– Hmm… ale to nie będą dwie strony… – nieśmiało powiedział Paweł.
-Nieee? – zdziwiła się Sankja – Nie szkodzi. Przesyłaj. W hotelu przejrzę.
——————
Sankja leżąc na łóżku hotelowym przecierała oczy ze zdumienia. Ugoda na 1500 złotych licząca 32 strony?! Co można tam napisać? Musiała uzbroić się w cierpliwość, bo plik dłuższą chwilę się nie otwierał. Paweł forwardował jej mail z Kancelarii Ważnych Adwokatów i Radców „Ten, Ów, Tamten i Partnerzy”. Z siedzibą w Warszawie, filie w Nowym Jorku, Tokio i Górze Kalwarii.
Zaczęła czytać i z każdą linijką szczęka opadała jej niżej. Po dwóch stronach zbierała już szczękę z podłogi, a dalej było coraz gorzej.
Pierwsze 13 stron stanowiły definicje.
Paweł został zdefiniowany przez podanie jego danych łącznie z numerem PESEL, rozmiarem buta, nazwiskiem panieńskim babci żony stryja. Nazwany jako „Strona lub Sprawca lub Zobowiązany – łącznie lub każdy z nich osobna, w zależności od kontekstu”.
Sankja udławiła się wodą, gdy zobaczyła definicję psa:
„Pies – zwierzę będące ssakiem, udomowioną formą wilka, określaną w nauce jako canis lupus familiaris, ssak mięsożerny z rodziny psowatych, posiadający w szczególności lecz nie wyłącznie cztery kończyny zwane Łapami (w znaczeniu opisanym w tej Ugodzie pod hasłem „Łapa”) oraz ogon, mogący posiadać umaszczenie zagrażające bezpieczeństwu Ludzi (w znaczeniu opisanym w tej Ugodzie pod hasłem „Ludzie”) i/lub Mienia (w znaczeniu opisanym w tej Ugodzie pod hasłem „Mienie”), i/lub Ludzi i Mienia jednocześnie.
– Barany zapatrzone w Hamerykę – mruknęła Sankja – nawet nie wiedzą, że „lub” zawiera w sobie zarówno „i”, jak i „albo”.
Szaszłyk był Psem (w znaczeniu opisanym…) stanowiącym przedmiot Własności (w znaczeniu…) Pawła Wesołego (też w znaczeniu…)
Podłoga była opisana jako „Powierzchnia płaska pozioma o Twardości (w znaczeniu) przekraczającej standardową twardość zgodnie ze standardami przyjętymi przez Normy Federalne (w znaczeniu) Stanów Zjednoczonych AP (oczywiście w znaczeniu).
Kolejne półtorej strony zajmowała definicja rany. Przepraszam – Rany. Dużą literą, bo oczywiście była to „Rana (w znaczeniu)”. Na stronie 29 Ugody Sankja dowiedziała się, że Raną było dwumilimetrowe zadrapanie na małym palcu poszkodowanego. Sorry – „Poszkodowanego”.
Umysł Sankji nawet nie zareagował na definicje Kodeksu Cywilnego i Kodeksu Postępowania Cywilnego, a tym bardziej na definicje Restauracji czy Środowiska. Jedynie przy definicji Miesiąca biedaczka pomyślała, że Juliusz Cezar ponad dwa tysiące lat temu wymyślił kalendarz juliański, a Ważna Kancelaria zawstydziła Juliusza Cezara.
————–
Gdy Sankja wyszła z pierwszego szoku, w kwadrans napisała tekst ugody, wysłała do mecenasa Tamtego i odczekawszy pół godziny postanowiła zadzwonić do autora koncertowego gniota. Wprawdzie było już grubo po osiemnastej, ale wiedziała że w Ważnych Kancelariach pracuje się co najmniej do godziny dwudziestej drugiej. Nie pomyliła się.
– Dzień dobry, Kancelaria Ważnych Adwokatów i Radców „Ten, Ów, Tamten i Partnerzy”, w czym mogę pomóc? – odezwał się wdzięczny głos.
Sankja poprosiła o połączenie z mecenasem Tamtym i jeszcze trzykrotnie musiała powtórzyć prośbę, zanim przebiła się przez kolejne poziomy asystentek do pana Tamtego.
-Tamten, słucham – warknął gburowaty głos męski.
Sankja przedstawiła się i poinformowała, że wysłała swój projekt ugody. Zapytała Tamtego, czy przeczytał.
– Nie ma mowy! Nie zaakceptujemy tego! Never! – krzyknął pan Tamten. – Jak pani śmie przysyłać nam coś tak nieprofesjonalnego?!
Sankja zdobyła się na cały spokój, jaki w danych okolicznościach mogła osiągnąć i powiedziała:
– Panie mecenasie, mój tekst ugody zawiera wszystkie elementy, które strony uzgodniły, więc w czym problem?
– Gdyby pani nie była prowincjonalnym adwokatem – wysyczał pan Tamten – to by pani wiedziała, że taki świstek nie spełnia standardów opracowanych przez największe światowe kancelarie! My współpracujemy z najlepszymi! Mamy biura w Nowym Jorku i Tokio!
– I w Górze Kalwarii – słodko dokończyła Sankja. – Wiesz pan co? A wsadźcie wy sobie te standardy w… – Sankja gorączkowo szukała w myślach zamiennika najbardziej oczywistego słowa – w… buty! Opracowaliście taki bełkot, żeby fakturować biedne jelenie na tysiące godzin. Ale nie ze mną taki numer. Mój klient tego nie podpisze. A pozywajcie go sobie na zdrowie do sądu. Tylko że pan chyba nigdy w prawdziwym sądzie nie był, co? Bo Ważne Kancelarie do sądów nie chodzą. Nie chodzą, bo nie znają nawet k.p.c. i się boją. I nie, nie zdefiniuję panu k.p.c. Do widzenia!
——————-
Zgodnie z intuicją Sankji Paweł nigdy nie został pozwany przez Kancelarię Ważnych Adwokatów i Radców „Ten, Ów, Tamten i Partnerzy”. A ponieważ zdarzenie miało miejsce trzy lata temu, nastąpiło przedawnienie i Paweł może spać spokojnie. Trzy lata to tyle, ile istnieje Polska Palestra. Przez te trzy lata Szaszłyk nauczył się wielu nowych komend, Sankja wypiła sporo kieliszków dobrego wina, a w grupie Polska Palestra poruszono wiele ważnych i ciekawych tematów. I tak toczy się życie… A co będzie dalej, to już inna historia.