Nie chcem, ale muszem! Postanowiłem kandydować na urząd prezydenta. Na najbardziej odpowiedzialną osobę w państwie.

W poczuciu odpowiedzialności za Polki, Polaków i Polcząt.

Zamierzam reprezentować cały naród, a jak ktoś się na to nie zgodzi, to poszczuję bodnarem. Ale swoim, nie tym tuskowym.

Mój program przedstawia się następująco: na początek likwidacja sejmu, senatu, wszystkich ministerstw, agend rządowych, i tego wszystkiego co dużo kosztuje tyrającego w pocie czoła podatnika.

Sam to ogarnę. Może zatrudnię dwóch doradców, żeby móc się wyspać.

Władzę zamierzam sprawować osobiście z pomocą rózgi. Metalowej.

Kraj drewniany uczynię jeszcze bardziej drewnianym, biednych uczynię bogatymi, a bogatych biednymi. Ciężko pracujących uczynię lekko pracujących, a mało pracującym nakopię w tyłek.

Jak zostanę prezydentem, a w końcu zostanę, to zemszczę się skutecznie na swoich wrogach, tych wszystkich donosicielach, wariatkach z wiadomych marszy, szemraczach, pajacach. Wszystkich ich pozamykam do więzienia. Cele nieogrzewane, bez wody albo z wodą, w której będą stali.

Uwielbiam mówić językiem tuskobodnara. Pełnym nienawiści. Ale tylko dlatego, żeby ich skompromitować.

Zatem kandyduję na prezydenta. Oficjalnie i bezprecjonalnie.

Zacząłem zbierać podpisy. Mój już jest. Rozpoczyna kolejkę do zwycięstwa. Czarny koń wygrywa.