W poniedziałek (11.08.25 r.) po godzinie 17:00, przeglądając media społecznościowe, dowiedzieliśmy się, że lider naszego sojusznika (a zarazem członka NATO) sfederalizował służby porządkowe w Waszyngtonie. Początkowo trudno było nam w to uwierzyć. On był zwolennikiem tzw. „twardej ręki”, o której mowa w doktrynie Monroe, a prezydenta Donalda Trumpa stawiał jako przykład mężczyzny kierującego się w polityce tzw. „teorią szaleńca” zapoczątkowaną przez Richarda Nixona.

Ja miałem podejście bardziej liberalne, ale obaj się myliliśmy. Żaden z nas nie przewidział, jak bardzo „jaskrawy” kierunek obiorą te wydarzenia.

Oto mamy obrazek jak z podręcznika do historii PRL: „Gwardia Narodowa” w dużym mieście, obywatelskie niesnaski gaszone siłą, prawa człowieka odkładane na półkę, a ustawy pisane przez i dla najbogatszych. Brakuje tylko obowiązkowych pochodów pierwszomajowych i talonów na samochody.

A w Polsce? Cóż, odgłos przysłowiowych świerszczy. Ani rządzący, ani opozycja nie zdobyli się na słowo krytyki. Cisza tak gęsta, że można by ją kroić nożem. Może czekają na sygnał z ambasady, jak należy myśleć??

Będziemy obserwować. Bo jeśli tak wygląda „obrona demokracji” u największego z naszych sojuszników, to może się okazać, że amerykański PRL wkrótce stanie się eksportowym hitem.