Uchwała Sądu Najwyższego, która stwierdziła, że wyroki Izby Kontroli z udziałem neosędziów są „nieistniejące”, została okrzyknięta przełomem. Media prorządowe mówią o „triumfie praworządności”, politycy o „zwycięstwie konstytucji”. Ale gdy zajrzeć głębiej, widać w tym więcej polityki niż sprawiedliwości. Bo kto tak naprawdę ma dziś moralne prawo, by pouczać obywateli o niezależności i etyce?
Od lat widzimy chichot historii. Ci, którzy dziś grzmią o „neosędziach” i wadliwym powołaniu do urzędu, nigdy nie kiwnęli palcem, by rozliczyć sędziów PRL-u i często siebie samych. Ludzi, którzy w stanie wojennym skazywali opozycjonistów, którzy podpisywali lojalki wobec PZPR, którzy przykładali pieczątkę do wyroków hańbiących polskie państwo prawa. Oni wciąż orzekali, wchodzili w skład najwyższych instytucji wymiaru sprawiedliwości, a dziś spokojnie pobierają wysokie emerytury sędziowskie. Ich wyroków nikt nie nazywa „nieistniejącymi”, nikt nie podważa podstaw, na których wydawali decyzje niszczące życie niewinnych ludzi.
Tymczasem neosędziowie, powołani w ostatnich latach na wniosek nowej Krajowej Rady Sądownictwa, stali się symbolem wszelkiego zła.
Dlaczego?
Bo skład KRS został wybrany w sposób niekonstytucyjny — zamiast przez środowisko sędziowskie, jak wcześniej, większość członków wskazał Sejm- to się kaście nie spodobało wolą sami siebie wybierać.To właśnie ten punkt stał się fundamentem ataków: że nominacje „skażone” decyzją polityczną nie dają gwarancji niezależności. Ale pamiętajmy: ostatecznie to Prezydent Rzeczypospolitej mianuje sędziów. To on podpisuje akt powołania i nadaje rangę sędziowską. A więc jeśli ktoś kwestionuje powołania, to de facto podważa również prerogatywy głowy państwa zapisane w konstytucji.
I oto mamy paradoks: ci, którzy faktycznie łamali prawa człowieka w PRL-u, pozostali nienaruszeni, a ci, którzy weszli do zawodu w wolnej Polsce, zostali napiętnowani politycznie. Sprawiedliwość stała się wybiórcza — jednych chroni się z wygody, innych atakuje dla politycznych celów.
Co więcej, w tym sporze o moralność i „czystość prawa” najwięcej do powiedzenia mają ludzie, których własne zawodowe i etyczne wybory budzą co najmniej poważne zastrzeżenia. Nazwiska takie jak Adam Bodnar czy Roman Giertych stają się twarzami tej krucjaty. I to dopiero jest groteska: ci, którzy sami budzą ogromne wątpliwości co do swoich decyzji i przeszłości, stają dziś w roli arbitra sumień i wyroczni w sprawach sądownictwa. Czy mają moralne prawo do tego?
To jest właśnie podwójna moralność elit sądowych. Kiedy chodzi o rozliczenie własnych kolegów z czasów komunizmu — cisza. Gdy chodzi o wojnę polityczną z przeciwnikiem — nagle wyroki stają się „nieistniejące”, a całe izby sądów mają być zamykane na kłódkę.
Nie dajmy się wciągnąć w tę grę pozorów. Domagajmy się pełnego rozliczenia — zarówno neosędziów, jak i sędziów PRL-u. Domagajmy się odpowiedzialności tych, którzy dziś stroją się w szaty obrońców prawa, a sami mają na sumieniu wybory dalekie od moralności. Bo prawdziwa sprawiedliwość nie zna immunitetów ani wygodnych wyjątków. Prawdziwa sprawiedliwość jest jedna: taka, która służy obywatelowi, a nie interesom partyjnych zepsutych tak zwanych „elit”.
Zostaw komentarz