Polityka w Polsce nie zaczyna się od faktów. Zaczyna się od emocji. Fakty przychodzą później, żeby te emocje uzasadnić.

Najprostszą emocją jest pogarda. Nie wymaga wysiłku. Nie wymaga wiedzy. Daje natychmiastowe poczucie wyższości i porządkuje świat w sposób, który jest dla naszego umysłu wygodny: my i oni. Rozsądni i głupi. Odpowiedzialni i niebezpieczni.

Ale pogarda nie pojawia się od razu. Najpierw jest uproszczenie. Ktoś przestaje być złożonym człowiekiem, zaczyna być skrótem. Potem dostaje etykietę. A kiedy etykieta zastępuje człowieka, pogarda przychodzi już sama. Naturalnie. Jak konsekwencja.

W tym momencie kończy się spór. Bo spór zakłada, że druga strona ma rację choćby w części. Że warto ją wysłuchać, zrozumieć, wejść w napięcie między argumentami, prowadzić debatę.

Pogarda to wszystko unieważnia. Nie rozmawia się z kimś, kim się gardzi. Jego się odrzuca.

I wtedy polityka przestaje być konkurencją programów. Przestaje być ścieraniem wizji. Staje się walką o to, kto kogo wykluczy z przestrzeni wspólnej.

To jeszcze nie jest dominacja w klasycznym sensie. Nie chodzi o siłę fizyczną ani formalną władzę. To dominacja narracyjna. Kto narzuca język opisu rzeczywistości, ten wygrywa wcześniej niż przy urnie. Jeśli przeciwnik jest „zagrożeniem”, „ciemnotą” albo „zdrajcą”, nie trzeba z nim polemizować. Wystarczy go usunąć z pola widzenia.

Problem w tym, że pogarda nie jest jednostronna. Ona się odbija. Każda strona bardzo szybko zaczyna widzieć siebie jako jedyną racjonalną, a drugą jako zagrożenie. Symetria nie polega tu na równości racji, tylko na identycznym mechanizmie myślenia.

W takim układzie polityka przestaje rozwiązywać konflikty. Zaczyna je konserwować. Utrwalać. Pogłębiać.

I wtedy dochodzimy do punktu, który jest naprawdę groźny. To już nie jest walka o wykluczenie. To jest walka o odebranie drugiej stronie prawa do bycia częścią wspólnoty.

A kiedy wspólnota przestaje obejmować wszystkich, przestaje być wspólnotą. Zostaje tylko zbiór wrogich plemion, które mówią tym samym językiem,zamieszkują na tym samym terenie ale nie mają już ze sobą nic wspólnego.