Proces Grzegorza Brauna i jego wyraźne emocje – wizerunkowe i polityczne rozedrganie na sali sądowej (zobacz tutaj) nie jest dziełem czystego przypadku. W przypadku polityków o profilu Grzegorza Brauna, publiczne manifestowanie skrajnych emocji zazwyczaj realizuje kilka bardzo konkretnych, pragmatycznych celów strategii politycznej.

Dla twardego elektoratu emocjonalna reakcja to dowód na to, że proces nie jest zwykłą procedurą prawną, ale „aktem politycznego prześladowania”.

Dla odbiorcy zmęczonego poprawnością polityczną, taki wybuch staje się synonimem prawdy i bezkompromisowości.

Emocjonalny show – podniesiony głos, dramatyczne gesty, wejście w zwarcie z sądem – gwarantuje „klikalność”. To idealny materiał na wiral, który rozchodzi się sam, dominując przekaz medialny i narzucając opinii publicznej własną agendę.

Emocje dzielą publiczność na dwa skrajne obozy. Przeciwnicy będą oburzeni brakiem powagi, ale dla polityka kluczowe jest to, co zrobią zwolennicy. Taki spektakl ma ich zradykalizować, obudzić z letargu i zmobilizować – czy to do wpłat na komitety, czy do obrony lidera w sieci i na ulicy. W tej grze nie chodzi o przekonanie nieprzekonanych, ale o maksymalne podgrzanie własnej bazy.
W skrócie: tam, gdzie politolodzy i prawnicy widzą „brak profesjonalizmu”, strateg polityczny zauważy zapewne skuteczne narzędzie marketingu politycznego, które ma zamienić salę sądową w trybunę wiecową.

W historii najbardziej znany tego typu proces to ten, pewnego polityka z Monachium.

Został on oskarżony o zdradę stanu. Groziła mu tzw. „czapa”.

Zamiast zaprzeczać zarzutom zdrady stanu, polityk ów z pełną ekspresją i patosem przyznał się do winy, ale przedefiniował jej znaczenie. Oświadczył, że nie ma czegoś takiego jak zdrada wobec rządu, który sam uważał za zdradziecki (Republika Weimarska). Mówił godzinami, krzyczał, gestykulował, używając tych samych technik, które testował w piwiarniach.

Jego płomienne, pełne furii przemówienia były codziennie drukowane w prasie. Sąd dał mu darmową ogólnokrajową platformę reklamową, której jego NSDAP nigdy nie byłoby w stanie opłacić.

Koniec końców z procesu wyszedł nie jako skompromitowany puczysta, ale jako oficjalny, męczeński lider skrajnej prawicy w Niemczech. Sala sądowa dała mu legitymizację, której wcześniej nie miał.

Przypadek tego polityka z 1924 roku pokazuje niebezpieczny mechanizm: gdy system demokratyczny i jego instytucje (takie jak sądy) pozwalają politykowi na zmianę procedury prawnej w emocjonalne show, sąd przestaje kontrolować rzeczywistość – nawet, jak w przypadku sądu w Warszawie – wydaje się, że jest inaczej, gdyż sąd stosuje środki dyscyplinujące.

Gwałtowne emocje i radykalizm, które w teorii powinny dyskwalifikować oskarżonego, w oczach spolaryzowanego, sfrustrowanego społeczeństwa – a przynajmniej jego znaczącej części – stają się dowodem na jego „wielkość”. Ta część będzie widzieć w tym autentyczność i walkę o przekonania.

Nudni prawnicy procesowi, jak choćby piszący te słowa – brak profesjonalizmu i powagi należnej funkcji publicznej.

I tu pojawia się fundamentalne pytanie: czy poważny polityk może sobie pozwolić na brak kontroli nad emocjami w takich momentach?

Z jednej strony od liderów oczekujemy żelaznych nerwów, chłodnej głowy i szacunku dla instytucji państwa – zwłaszcza dla sądu. Z drugiej strony, dzisiejsza polityka często karmi się ekspresją, a wyborcy szukają „radykalnej autentyczności”, nawet jeśli balansuje ona na granicy skandalu.

Zastanawiam się gdzie leży granica między „ludzką reakcją i pasją” a zwykłym brakiem klasy? Czy opanowanie to wciąż cnota w dzisiejszej polityce, czy może już przeżytek?