Komańcza – niewielka miejscowość położona na skraju Bieszczadów – stała się ostatnim miejscem internowania Prymasa Tysiąclecia. Tu władza próbowała go uciszyć. Tu też, w milczeniu, dojrzewała duchowa wolność narodu.
W latach 1955–1956, w czasach komunistycznej Polski, kardynał Stefan Wyszyński, prymas Polski, został internowany przez władze państwowe. Jego ostatnim miejscem pobytu był klasztor w Komańczy – surowy, odizolowany, otoczony mgłą i lasami Bieszczadów. Celem władz było jedno – uniemożliwić prymasowi kontakt z ludźmi i ograniczyć jego wpływ.
Przebywał tu pod opieką sióstr nazaretanek, ale obserwowano każdy jego krok. Do pokoju kardynała podstępnie podłączono podsłuchy. Instalację wykonano w sierpniu 1955 roku, jeszcze przed jego przyjazdem. Funkcjonariusze przedstawili się siostrom jako filmowcy, którzy mieli kręcić materiał o generale Świerczewskim.
Mgła spływała z gór od samego rana, gęsta i ciężka, wypełniając dolinę aż po mur klasztoru. Siostry chodziły po ogrodzie cicho, a każdy ich krok odbijał się echem w pustych krużgankach. Cisza zdawała się patrzeć na wszystko, co działo się w tym miejscu, gdzie przebywał kardynał Wyszyński – człowiek niezłomny, spokojny i pogodzony z losem.
Kilka dni przed jego przyjazdem w miejscowym leśnictwie zadzwonił telefon. Nakazano zatrudnić dwie nowe osoby – kobietę i mężczyznę. Nadleśniczy zapytał o ich kwalifikacje, lecz natychmiast go uciszono. Kwaterunek otrzymali tuż obok klasztoru.
Oficjalnie mieli porządkować las i mierzyć drzewa, w rzeczywistości obserwowali kardynała. Codziennie pojawiali się w okolicy, sprawdzając każdy szczegół – co robią siostry, co robi Wyszyński, śledzili każdy jego ruch.
Pewnego ranka zauważono ślady w błocie prowadzące z ogrodzenia w las, a potem nagle urywające się. Jakby ktoś patrzył, a potem znikał bez śladu.
– W górach każdy szelest coś znaczy – mówił kardynał, patrząc przez okno. – Ale prawda nie boi się cienia.
Kilka dni później w ogrodzie znaleziono notes, wilgotny od mgły. W środku znajdowały się urwane zapisy maszynowe:
„Obiekt utrzymuje kontakt z ludnością. Pisma religijno-patriotyczne. Wpływ rosnący. Trzeba ograniczyć swobodę ruchu.”
Notes trafił do pokoju kardynała.
– Spalić – powiedział spokojnie.
Tego samego wieczora ktoś widział cień kobiety z leśnictwa, która skradała się przy furtce, ukrywając coś w dłoni. Po chwili zniknęła w ciemności, jakby rozpłynęła się we mgle.
Nie wiadomo było, co to było, ale jedno było pewne – każdy ruch kardynała i wszystkich wokół był obserwowany i notowany.
Mijały miesiące. Kobieta z „leśnictwa” nie przyszła do pracy, a jej towarzysz milczał przez kilka dni, po czym też zniknął – kilka dni przed samym zwolnieniem kardynała Wyszyńskiego z Komańczy. Nikt nie wiedział, dokąd poszli ani co się z nimi stało. W klasztorze pozostała cisza – jakby ktoś wciąż czuwał.
Ale wolność nie jest dana raz na zawsze – trzeba o nią dbać słowem i odwagą.
Bo i dziś mamy swoich stróżów. Nie stoją już za płotem klasztoru, lecz w sieci.
Czytają, notują, inwigilują.
Wolność słowa, tak długo wyczekiwana, dziś coraz częściej zamienia się w paragraf.
Ci, którzy przypominają o tym, co wydarzyło się naprawdę – o ofiarach, o zbrodniach nacjonalistów ukraińskich,
o bólu i śmierci niewinnych ludzi – bywają nazywani wrogami i agentami Moskwy.
Instytucje, redakcje, organizacje, osoby prywatne – przeglądają, wyciągają słowa z kontekstu, by postawić zarzuty .
Jakby pamięć o pomordowanych miała być winą.
Jakby krew niewinnych stała się dziś czcionką „nienawiści”.
Nie mówię o sobie.
Mówię w imieniu wielu ludzi, którzy doświadczyli inwigilacji, przesłuchań i wyroków .
Za słowa, za pamięć, za to, że nie potrafią milczeć.
Bo wciąż są tacy, którzy mają odwagę mówić.
Większość potrafi tylko pisać zjadliwe komentarze z poziomu fotela.
To nie sztuka szczuć na ludzi.
Sztuką jest zrozumieć historię z każdej strony –
a nie wybierać z niej tylko to, co pasuje do wygodnej narracji.
Kardynał Stefan Wyszyński mówił:
„Nie wystarczy urodzić się człowiekiem – trzeba nim być.”
A być człowiekiem to znaczy mieć odwagę mówić,
nawet wtedy, gdy inni każą milczeć.
Bo odwaga nie zginęła w Komańczy.
Zeszła z gór razem z mgłą i wciąż jest wśród nas.
W każdym, kto nie zgodził się zapomnieć.
W każdym, kto mówi – mimo że łatwiej byłoby milczeć.
I niech to dobrze usłyszą ci, którzy dziś szczują, donoszą, straszą i podjudzają:
prawdy się nie da zakrzyczeć.
Nie przykryją jej wasze tytuły, granty, ani wygodne układy.
Nie zasłonią jej paragrafy pisane pod czyjeś zamówienie.
Za tych mówimy, których głosy zgasły w płomieniach i studniach.
Za kobiety, które ginęły z dziećmi na rękach.
Za starców, których zamęczono.
Za tych, których groby zarosły trawą, ale nie zapomnieniem.
I dopóki znajdzie się choć jeden człowiek, który będzie mówił ,
dopóty oni – pomordowani, zapomniani, zdradzeni – będą żyć w naszej pamięci.
Zdjęcie archiwum NAC.
Autor: Jędruś Ciupaga
Zostaw komentarz