Jak cyfrowy nihilizm zabija człowieka

Siedemnastolatek zabija najbliższych, a potem… włącza kamerę. Nie po to, żeby wezwać pomoc, nie po to, żeby nagrać spowiedź czy ostatnie słowo. Nagrywa dlatego, że w jego świecie rzeczywistość, która nie przeszła przez obiektyw i nie ma szans na „zasięg”, właściwie nie istnieje.

Wracam znów do tematu relacji człowieka ze światem cyfrowym, bo ta historia mną wstrząsnęła. Nie była to zbrodnia w afekcie, nie wybuch emocji, nie moment szaleństwa. To była chłodna próba „zaistnienia” w przestrzeni wirtualnej, gdzie nawet coś tak strasznego może zostać potraktowane jak kolejny pomysł na content. No bo jak, przyjaciele? Młody człowiek przygotowuje się do czynu, planuje, ustawia, działa spokojnie i metodycznie, jak ktoś, kto szykuje się do nagrania, a nie do tragedii. A potem to trafia do sieci. Jakby najważniejsze było nie to, co się stało, ale to, że można to pokazać.

I nie łudźmy się – to nie jest tylko jednostkowy przypadek szaleństwa. To raczej skrajny, przerażający wykwit świata, który budowaliśmy przez ostatnie dekady. Cegła po cegle. Lajk po lajku. Algorytm po algorytmie.

Patrzymy na takie tragedie z przerażeniem, ale prawda jest mniej wygodna, niż chcielibyśmy przyznać. To my wystawiliśmy scenę, na której ten dramat mógł się rozegrać. Rozbiliśmy wspólnoty, ośmieszyliśmy autorytety, a wychowanie w dużej mierze oddaliśmy ekranom i mechanizmom zaprojektowanym gdzieś w Krzemowej Dolinie. Zamieniliśmy dekalog na statystyki wyświetleń, a wstyd na widoczność. I człowiek patrzy na to wszystko i myśli: cholera jasna, co myśmy narobili? Mnie uczono, że siekiera jest do rąbania drewna, nie do ludzi. A dziś bywa, że nawet tragedia potrafi zostać sprowadzona do roli rekwizytu w widowisku.

W tym tekście nie będę analizował akt sprawy. Bardziej interesują mnie akta czegoś znacznie poważniejszego – rozkładu świata wartości, w którym żyjemy.

Spróbujmy przyjrzeć się temu krok po kroku. Najpierw dyktaturze algorytmów, potem rozpadowi ludzkich więzi, dalej przemianie zła w spektakl, a na końcu temu, co najgłębsze – pustce, w której dobro i zło przestają być czymś oczywistym, a stają się tylko kwestią opinii.

To nie będzie przyjemna opowieść. Ale jeśli chcemy zrozumieć, dlaczego coraz częściej tragedia zaczyna przypominać scenariusz, musimy przez tę drogę przejść.

No bo jak inaczej nazwać to, co się stało w Kadłubie?

Matrix zamiast sumienia
O tym, jak technologia przestała nas wspierać, a zaczęła nas kształtować

Weszliśmy w taki moment historii, w którym technologia przestała być tylko narzędziem w naszych rękach. Miała nam pomagać, ułatwiać życie, skracać dystanse. A tymczasem coraz częściej to ona zaczyna ustawiać nam sposób patrzenia na świat, podpowiadać, co jest ważne, a co można pominąć, co warto pokazać, a co lepiej przemilczeć. Czasem mam wrażenie, że gdzieś po cichu przejęła rolę, którą kiedyś pełniło sumienie.

Nie stało się to nagle. Najpierw przyszły media, które miały informować. Dziś coraz częściej nie tyle opisują rzeczywistość, ile ją podkręcają. Konflikt sprzedaje się lepiej niż spokój, skandal lepiej niż normalność, emocje lepiej niż fakty. Człowiek żyje w ciągłym pobudzeniu, w nieustannym hałasie informacji, opinii i oburzeń. A w takim hałasie trudno usłyszeć cokolwiek cichego – także własne sumienie.

Z tego hałasu wyrosła nowa waluta. Nie wiedza, nie doświadczenie, nie mądrość – tylko uwaga. Mierzona lajkami, odsłonami, zasięgiem. I powoli zaczęło się coś zmieniać. Życie przestało być przeżywane, a zaczęło być pokazywane. Coraz częściej ważniejsze jest to, jak coś wygląda na ekranie, niż to, czym naprawdę jest. Kamera przestała być świadkiem rzeczywistości. Stała się filtrem, przez który tę rzeczywistość tworzymy. Patrzymy na ludzi nie jak na osoby, ale jak na obrazy. Jeśli coś dobrze wygląda – istnieje. Jeśli nie przyciąga uwagi – znika. I w takim świecie nawet tragedia potrafi zostać potraktowana jak materiał, który ma „zrobić wynik”.

Kto za tym stoi? Nie jeden człowiek i nie jakaś tajna rada. Po prostu algorytmy – zimne matematyczne mechanizmy zaprogramowane tak, żeby zatrzymać naszą uwagę jak najdłużej. One nie wiedzą, czym jest dobro ani zło. Wiedzą tylko jedno: co zatrzymuje kciuk na ekranie. A co zatrzymuje? Skrajność. Emocja. Szok. Gniew. Przekroczenie granicy.

Coraz więcej młodych ludzi dorasta w świecie, w którym nawet śmierć nie jest czymś ostatecznym. W grach można zginąć i po chwili zacząć od nowa, jakby nic się nie stało. Problem zaczyna się wtedy, gdy ktoś przez lata przyzwyczaja się do świata, w którym wszystko można powtórzyć, a potem musi żyć w rzeczywistości, gdzie niektórych decyzji nie da się już odwrócić.

Efekt widać w codzienności. Coraz mniej rozmów twarzą w twarz, coraz więcej krótkich sygnałów, reakcji i emotikonów. Cierpienie drugiego człowieka, oglądane na ekranie, traci swoją wagę. Staje się jednym z wielu obrazów, które można przesunąć palcem i zapomnieć.

Nie łudźmy się też, że to wszystko jest neutralne. W tej całej ekonomii uwagi człowiek nie jest klientem. Jest surowcem. Jego czas, jego emocje, jego wrażliwość – wszystko to zamienia się na kliknięcia i zasięgi.

A kiedy człowiek zaczyna patrzeć na świat przez pryzmat statystyk, dzieje się coś groźnego. Przestaje pytać: czy to jest dobre? czy to jest złe? Zaczyna pytać: ile to ma wyświetleń? I wtedy powoli zmienia się punkt odniesienia. Człowiek nie odpowiada już przed własnym sumieniem, przed drugim człowiekiem czy – dla wielu – przed Bogiem. Zaczyna odpowiadać przed liczbami.

A liczby, jak wiadomo, nie mają sumienia. No bo jak mają mieć, skoro to tylko cyfry?

Samotność w cyfrowym tłumie
O rozpadzie tkanki ludzkiej i upadku tradycyjnych wspólnot

Postawiłem już tezę, że algorytm zaczyna zastępować sumienie. Ale tragedia nie dzieje się w próżni technologicznej – ona wyrasta na gruzach tego, co kiedyś nazywaliśmy społeczeństwem. Drugim filarem naszej autodestrukcji jest powolny rozpad wspólnoty. To, co przez wieki było naturalnym środowiskiem życia, dziś coraz częściej staje się pustym hasłem. Ludzie żyją obok siebie, ale już nie ze sobą, a kiedy znika bycie razem, bardzo szybko znika też elementarne poczucie odpowiedzialności za drugiego człowieka.

To wyobcowanie najmocniej uderza w tych, którzy nie nadążają za cyfrowym tempem świata. Widać to choćby w zanikającym szacunku dla ludzi starszych. W kulturze, gdzie liczy się szybkość, sprawność i atrakcyjność, starość przestaje być symbolem doświadczenia i mądrości. Starszy człowiek nie pasuje do świata ciągłej zmiany, nowych trendów i kolorowych obrazków. Staje się kimś na marginesie – obecnym fizycznie, ale coraz mniej widzialnym.

Ten sam proces zamknął każdego z nas w osobnej bańce – informacyjnej, emocjonalnej i towarzyskiej. W takich bańkach czujemy się pewnie, bo wszyscy myślą podobnie jak my, ale ta wygoda ma swoją cenę. Powoli tracimy zdolność współodczuwania. Jeśli nie wychodzimy poza własny horyzont, cudzy ból zaczyna być czymś obcym, a cudze problemy – czymś dalekim.

Relacje cyfrowe coraz częściej zastępują relacje realne. Więzi stają się płytkie, szybkie i – co najważniejsze – łatwe do zerwania. Jedno kliknięcie wystarczy, by kogoś usunąć z własnego świata. Nic dziwnego, że człowiek potrafi czuć się samotny, mając setki czy tysiące „znajomych”. Wirtualny tłum nie poda ręki, kiedy naprawdę się przewrócisz.

U podstaw tego wszystkiego leży jeszcze jedna zmiana – osłabienie rodziny jako miejsca, w którym człowiek uczył się świata. Rodzina, która przez pokolenia była pierwszą szkołą wartości, coraz częściej przegrywa z ekranem. Dla wielu młodych ludzi ważniejszym punktem odniesienia niż doświadczenie rodziców stało się to, co akurat jest modne i widoczne w sieci. Trend zastąpił tradycję. A człowiek bez korzeni jest jak liść na wietrze – łatwo nim poruszyć, ale trudno mu nadać kierunek.

W wielu takich historiach powtarza się podobny obraz. Młody człowiek zamknięty w swoim pokoju, godzinami przed ekranem, obecny w domu tylko fizycznie. Pojawia się na chwilę, coś zje, coś powie – i znika z powrotem w świecie, do którego nikt z bliskich nie ma dostępu.

Najłatwiej byłoby powiedzieć: młodzi się pogubili. Tylko że to nie oni stworzyli ten świat. Oni się w nim urodzili. To my rozluźniliśmy więzi, to my zaczęliśmy podważać każdy autorytet, to my oddaliśmy wychowanie ekranom, bo tak było wygodniej. Młodzi nie zbłądzili sami – zostali wypuszczeni w życie bez mapy i drogowskazów, a potem zdziwiliśmy się, że błądzą.

W gruncie rzeczy mamy dziś społeczeństwo, które nie czuje się odpowiedzialne za młodych, i młode pokolenie, które nie czuje żadnej więzi ze społeczeństwem. Ludzie żyją obok siebie i obok systemu, a w chwili kryzysu często nie mają się do kogo zwrócić, bo wokół jest tłum – ale nie ma wspólnoty.

Coraz więcej młodych ludzi dorasta w świecie, w którym porażkę można cofnąć, a błąd naprawić jednym kliknięciem. W grach można zginąć i po chwili zacząć od nowa, jakby nic się nie stało. Problem zaczyna się wtedy, gdy ktoś przez lata przyzwyczaja się do świata bez ostatecznych konsekwencji, a potem musi zmierzyć się z rzeczywistością, w której nie ma przycisku „restart”.

A wystarczy przejechać kilkadziesiąt kilometrów na południe, żeby zobaczyć, że świat nie musi wyglądać tak nerwowo i tak głośno. Są miejsca, gdzie przestrzeń publiczna nie żyje w permanentnym napięciu, gdzie codzienność nie potrzebuje skandalu ani fajerwerków, żeby mieć sens. Bo w świecie, w którym każdy staje się samotną wyspą, wystarczy jeden silniejszy podmuch, żeby wszystko się rozsypało. Bez powrotu do wspólnoty opartej na twarzach, a nie profilach, naprawdę zostaniemy tylko cyfrowym tłumem.

Zbrodnia jako widowisko
O estetyzacji zła i upadku hamulców moralnych

Pisałem już o cyfrowym świecie i o rozpadzie więzi w realu. Ale to, co wydarzyło się w głowie siedemnastolatka, który po zabójstwie sięgnął po telefon, jest jak ostatni etap procesu, który można by nazwać estetyzacją zła. To moment, w którym moralność przegrywa z kadrem, a tragedia drugiego człowieka zaczyna być postrzegana jak obraz, który można pokazać światu.

Nie stało się to z dnia na dzień. Najpierw zmienił się język przestrzeni publicznej. Agresja, wulgarność, prowokacja przestały razić – stały się czymś zwyczajnym. Granice tego, co wypada powiedzieć i zrobić, zaczęły się rozmywać. To, co kiedyś było powodem do wstydu, dziś bywa traktowane jako przejaw odwagi albo „bycia sobą”. A przecież często nie ma w tym odwagi – jest tylko brak hamulców.

Pokolenie wychowane przed ekranem dorastało w świecie, w którym przemoc ma świetną jakość obrazu, ale nie ma ciężaru. W grach, filmach i transmisjach wszystko wygląda bardzo realistycznie, a jednocześnie nic nie jest naprawdę ostateczne. Człowiek przyzwyczaja się do tego, że każdą scenę można powtórzyć, cofnąć, wyłączyć. I powoli zaczyna patrzeć na rzeczywistość jak na kolejny format. Zdarzenie nie jest już tragedią, tylko sceną. Czymś, co można zarejestrować i pokazać.

W świecie, który nagradza widoczność, przemoc zaczyna pełnić także funkcję komunikatu. Im mocniejszy obraz, tym większa szansa, że ktoś zauważy. W tej logice nawet coś strasznego może zostać potraktowane jako sposób na wyjście z cienia. To bardzo niebezpieczna myśl: skoro wszyscy patrzą, to znaczy, że istnieję.

W tej zmianie ogromną rolę odegrało coś, o czym dziś mówi się niechętnie – zanik wstydu. Przez wieki wstyd był naturalnym mechanizmem, który zatrzymywał człowieka, zanim przekroczył granicę. Dziś wstyd bywa uznawany za słabość albo coś staroświeckiego. Skandal, kompromitacja, przekroczenie norm coraz częściej stają się sposobem na zdobycie uwagi. Jeśli coś „się niesie”, jeśli przyciąga spojrzenia, to dla cyfrowego tłumu zaczyna mieć wartość niezależnie od tego, czy jest dobre, czy złe.

Efektem jest kultura coraz silniejszych bodźców. Tragedia drugiego człowieka zamiast wywoływać ciszę i współczucie coraz częściej wywołuje odruch sięgnięcia po telefon. Najpierw nagrać, potem pomyśleć. A kiedy życie staje się widowiskiem, a cierpienie materiałem, bardzo łatwo przekroczyć granicę, za którą zaczyna się odczłowieczenie.

W wielu cyfrowych światach śmierć przestała być czymś ostatecznym. W grze jest tylko etapem, błędem, który można naprawić w kolejnej rundzie. Gdy obraz przemocy wygląda realistycznie, a jednocześnie nie niesie żadnych konsekwencji, granica między doświadczeniem a symulacją zaczyna się niebezpiecznie zacierać.

Jeśli zło zaczyna dobrze wyglądać na ekranie, przestajemy się go bać. A kiedy przestajemy się go bać, zaczynamy je oglądać. A potem – niestety – także pokazywać.

Pustka, której nie nakarmisz lajkiem
O nihilizmie, chaosie wartości i życiu bez fundamentów

Teraz trzeba zejść jeszcze głębiej – do fundamentów, które zaczęły się kruszyć. To, co widzimy w zachowaniach młodych ludzi, nie jest tylko błędem jakiegoś „systemu operacyjnego”. To raczej efekt powolnego opróżniania magazynu wartości, który przez pokolenia nazywaliśmy cywilizacją.

Najpierw zaczęła się chwiać hierarchia rzeczy ważnych. Rodzina, rzetelna praca, solidne wykształcenie, odpowiedzialność – wszystko to zaczęto traktować jak coś przestarzałego, mało atrakcyjnego. W ich miejsce pojawił się kult konsumpcji i widoczności. A kiedy najważniejsze staje się „mieć” i „być zauważonym”, moralność zaczyna wyglądać jak niepotrzebny balast. W takim świecie coraz trudniej odróżnić to, co naprawdę dobre, od tego, co tylko modne.

Doszliśmy w ten sposób do sytuacji dość osobliwej – jakbyśmy postawili piramidę Maslowa na głowie. Chcemy samorealizacji, uznania, ekspresji własnego „ja”, nie mając zbudowanych podstaw bezpieczeństwa, przynależności i realnej wspólnoty. Chcemy być kimś w internecie, zanim nauczymy się być kimś dla drugiego człowieka. A konstrukcja zbudowana bez fundamentów wcześniej czy później musi się zachwiać.

Efektem jest kryzys sensu i tożsamości. Skoro wszystko staje się względne, a każda zasada tylko opinią, człowiek zaczyna tracić orientację. Nie bardzo wie, kim jest i po co żyje. Jedni uciekają w agresję, inni w bezmyślną konsumpcję, jeszcze inni w nieustanne szukanie bodźców – byle tylko nie zostać sam na sam z pustką. To właśnie w takiej próżni pojawiają się zachowania, które kiedyś były kulturowo nie do pomyślenia. Jeśli dobro i zło przestają być czymś oczywistym, wszystko zaczyna wyglądać jak jedno z wielu możliwych doświadczeń.

Stąd bierze się także rosnący nihilizm młodego pokolenia. Jeśli życie sprowadza się do zbierania lajków i przewijania ekranu, sens bardzo łatwo wyparowuje. A kiedy nic nie wydaje się naprawdę ważne i trwałe, także życie – własne czy cudze – zaczyna tracić swoją wagę. W takiej egzystencjalnej pustce destrukcja bywa jedynym sposobem, żeby poczuć, że ma się jeszcze jakiś wpływ na rzeczywistość. Problem zaczyna się wtedy, gdy ktoś dorasta w świecie symulacji, a potem musi żyć w świecie konsekwencji.

Człowiek potrafi żyć skromnie, potrafi żyć bez wygód, a czasem nawet bez poczucia bezpieczeństwa. Ale nie potrafi żyć bez sensu. Kiedy z kultury usunęliśmy Boga, tradycję i wspólnotę, nie bardzo zaproponowaliśmy coś w zamian. Powstałą przestrzeń szybko wypełniły lajki, memy i cyfrowe rytuały natychmiastowej gratyfikacji. Ta nowa „duchowość” nie prowadzi do przekroczenia siebie, lecz do zamknięcia w chwili, w bodźcu, w reakcji. A człowiek bez punktów odniesienia zaczyna dryfować jak statek bez kompasu.

I dlatego nie naprawimy tego ani nową ustawą, ani kolejną aplikacją, ani nawet najbardziej pomysłową kampanią społeczną. Pustki, którą nosimy w środku, nie da się nakarmić lajkiem. Albo wrócimy do fundamentów – do realnego człowieka, do trwałych wartości i do wspólnoty opartej na odpowiedzialności – albo będziemy tylko transmitować na żywo własne zagubienie.

Nie odbudujemy człowieczeństwa żadnym systemem ani technologią. Jeśli mamy wrócić do bycia ludźmi, trzeba zacząć od rzeczy najprostszych: od ciszy, w której można usłyszeć własne myśli; od relacji, które nie potrzebują publiczności; od odpowiedzialności, która nie jest modna, ale jest konieczna. Cywilizacja nie upada od jednego dramatycznego wydarzenia – upada od tysięcy drobnych zaniedbań. I tak samo może się odradzać: od małych powrotów do tego, co prawdziwe.

Są jeszcze miejsca i środowiska, w których pamięta się prostą zasadę: gdy ktoś upada, podaje mu się rękę, a nie wyciąga telefon. Siada się obok, patrzy w oczy, słucha. Bez transmisji, bez zasięgów, bez widowni. Może więc czas przestać scrollować i znowu zacząć patrzeć na siebie nawzajem.

Bo jeśli nie – prędzej czy później znowu ktoś ustawi kamerę.

I co wtedy powiemy? Że to nie my?

No bo jak, przyjaciele. No bo jak.

Zbigniew Grzyb
Z cyklu PITOLENIE STAREGO GRZYBA 🍄