Słowa wypowiadane z mównicy sejmowej mają wagę większą niż zwykła polityczna utarczka. Gdy jednak w miejsce argumentów pojawiają się obelgi, a szyderstwo zastępuje debatę, wówczas państwowa scena zaczyna przypominać arenę ulicznej kłótni. Ostatnie wypowiedzi przedstawicieli rządu pokazują, jak bardzo brutalizuje się język polskiej polityki.

Sejmowa mównica zamiast miejsca debaty

Parlament powinien być przestrzenią sporów – czasem ostrych, często ideowych, ale zawsze prowadzonych w granicach elementarnego szacunku. To właśnie z mównicy sejmowej padają słowa, które kształtują styl debaty publicznej w całym kraju. Kiedy więc wysocy przedstawiciele władzy pozwalają sobie na język pogardy, sygnał wysyłany do społeczeństwa jest jednoznaczny: w polityce wszystko wolno.

W ostatnim czasie opinia publiczna była świadkiem scen, które trudno pogodzić z powagą państwowych instytucji. Minister spraw zagranicznych zwracający się do posła Macierewicza słowami „Antek świrze”, rozbawieni koledzy z rządu reagujący śmiechem, czy wcześniejsze określenia kierowane pod adresem obywateli – wszystko to składa się na obraz debaty, która coraz bardziej oddala się od standardów demokratycznej kultury politycznej.

Nie chodzi przy tym o pojedynczy lapsus czy emocjonalny moment. Problem polega na tym, że tego typu wypowiedzi zaczynają pojawiać się regularnie i w ustach osób zajmujących najwyższe stanowiska w państwie.

Gdy politycy wyznaczają ton

Politycy – zwłaszcza ci sprawujący władzę – pełnią w życiu publicznym rolę wzorcotwórczą. Ich sposób mówienia, styl polemiki, a nawet gesty są natychmiast powielane przez komentatorów, sympatyków i przeciwników.

Jeżeli zatem język pogardy staje się elementem oficjalnej retoryki, szybko przenika do całej przestrzeni publicznej: mediów społecznościowych, debat telewizyjnych, a w końcu zwykłych rozmów między obywatelami. Granica między ostrą krytyką a zwykłą obelgą zaczyna się zacierać.

W konsekwencji polityka przestaje być sporem o wizję państwa, gospodarki czy bezpieczeństwa. Zamiast argumentów pojawiają się etykiety i wyzwiska, które mają zdyskredytować przeciwnika bez potrzeby merytorycznej dyskusji.

Mechanizm brutalizacji

Brutalizacja języka polityki nie jest zjawiskiem przypadkowym. Często wynika z przekonania, że ostre słowa mobilizują własny elektorat i wzmacniają przekaz emocjonalny. W świecie szybkich nagłówków i viralowych nagrań obraźliwa wypowiedź rozchodzi się szybciej niż spokojna analiza.
Problem w tym, że taka strategia ma wysoką cenę społeczną. Krótkotrwały polityczny efekt – chwilowy aplauz zwolenników – odbywa się kosztem długofalowego zaufania do instytucji państwa.

Jeśli parlamentarzysta może publicznie obrażać przeciwnika z mównicy, to dlaczego zwykły obywatel miałby zachowywać większą powściągliwość w internecie czy w życiu codziennym?

Erozja autorytetu państwa

Najgroźniejszą konsekwencją brutalizacji języka jest stopniowa utrata powagi instytucji państwowych. Sejm przestaje być postrzegany jako forum poważnej debaty, a zaczyna przypominać scenę politycznego spektaklu.

W takiej atmosferze coraz trudniej prowadzić rozmowę o sprawach naprawdę istotnych: bezpieczeństwie państwa, polityce zagranicznej, gospodarce czy reformach społecznych. Emocje przykrywają meritum, a obywatele obserwujący te spory zaczynają odczuwać rosnące zniechęcenie do całej klasy politycznej.

Zjawisko to ma także konsekwencje dla młodszych pokoleń. Jeśli młodzi ludzie widzą, że najwyżsi przedstawiciele władzy używają języka pogardy, trudno oczekiwać, że będą traktować politykę jako przestrzeń odpowiedzialnej służby publicznej.

Spirala, która łatwo wymyka się spod kontroli

Historia wielu demokracji pokazuje, że brutalizacja języka ma tendencję do narastania. Jedna obraźliwa wypowiedź rodzi kolejną, przeciwnicy odpowiadają jeszcze ostrzej, a poziom debaty systematycznie się obniża.

W efekcie powstaje spirala wrogości, w której coraz trudniej wrócić do spokojnej rozmowy. Politycy przestają widzieć w sobie oponentów – zaczynają traktować się jak wrogowie.

A gdy polityka zaczyna opierać się na logice wrogości, cierpi na tym całe państwo.

Potrzeba powrotu do standardów

Demokracja nie wymaga od polityków uprzejmości za wszelką cenę. Spór jest jej naturalnym elementem. Jednak spór ten musi mieć granice – wyznaczone przez szacunek dla instytucji i dla obywateli.

Słowa wypowiadane z sejmowej mównicy nie są prywatną opinią wypowiadaną w gronie znajomych. Są częścią publicznego przekazu państwa.

Dlatego właśnie odpowiedzialność polityków za język debaty jest większa niż kogokolwiek innego. Od niej zależy bowiem nie tylko jakość polityki, lecz także poziom kultury publicznej całego społeczeństwa.

Autor: Jerzy Lesław Gwiżdż  Polski polityk, adwokat, radca prawny i samorządowiec, poseł na Sejm II i III kadencji, w latach 1990–1994 prezydent Nowego Sącza.