Wstęp do Drogi
Każdy człowiek ma swoją drogę.
Nie zawsze ją sam wybiera.
Czasem po prostu budzi się któregoś dnia i odkrywa, że już na niej jest.Jedni idą nią pewnie, inni ostrożnie.
Jedni chcą ją skrócić, inni zatrzymać.
Jedni patrzą przed siebie, inni pod nogi.
Ale każdy – prędzej czy później – spotyka na niej coś, czego nie potrafi ominąć.Ciężar, którego nie chciał.
Upadek, którego się bał.
Ciszę, której nie rozumie.
Człowieka, którego potrzebuje bardziej, niż myślał.
I samego siebie – takiego, jakiego wcześniej nie znał.I może właśnie dlatego warto tę drogę przejść – choćby tylko w myślach.
Żeby zobaczyć, dokąd naprawdę prowadzi człowieka.
Stoi człowiek u początku drogi. Jeszcze nie wie, że będzie pod górę. Jeszcze nie wie, że to, co wygląda jak kilka zwyczajnych stopni, okaże się progiem, którego nie da się cofnąć. Patrzy przed siebie. Widzi schody. Kamienne, chłodne, takie, po których chodzi się bez zastanowienia. A jednak dziś każde z tych stopni waży więcej, niż powinno.
Na górze siedzi człowiek. Nie sam – są przy nim inni, choć każdy jakby trochę z boku. Stoją blisko, ale nie za blisko. Jak świadkowie, którzy chcą być obecni, ale nie chcą być odpowiedzialni. Jak ludzie, którzy przyszli popatrzeć, ale nie zamierzają się wtrącać. W ich postawach jest coś znajomego: ta wygodna odległość, w której można widzieć, ale nie widzieć naprawdę.
Słońce pada z boku, oświetla postać stojącą niżej. Ale twarzy nie widać – jest w cieniu. Dziwna rzecz: światło jest, a twarz pozostaje ukryta. Jakby można było patrzeć i nie zobaczyć. Jakby prawda mogła stać w pełnym świetle, a i tak pozostać nierozpoznana. Ci na górze stoją w cieniu jeszcze głębszym. Nie chowają się, a jednak jakby się chowali.
Siedzący nie patrzy wprost. Nie wygląda na człowieka, który wydaje wyrok. Raczej na takiego, który chciałby go nie wydawać. Ręce ma ciężkie, jakby przygniatała je decyzja, której nie chce podjąć.
Ale napór rośnie. Z dołu, z tłumu, z wielu gardeł naraz idzie jedno wołanie – coraz głośniejsze, coraz bardziej niecierpliwe. Już nie chodzi o sprawiedliwość. Chodzi o wyrok.
Próbuje jeszcze coś zrobić. Jakby chciał odsunąć od siebie decyzję. Oddać ją innym. Rzuca wybór w tłum, jak ostatnią deskę ratunku. Ale tłum nie chce wybierać sprawiedliwie. Tłum już wybrał.
Odwraca wzrok. Jakby chciał nie widzieć do końca. Jakby można było nie uczestniczyć, pozwalając tylko, by rzeczy się stały.
A przecież czasem największy wyrok zapada właśnie wtedy – gdy człowiek milczy.
Nad sceną coś się łamie. Łuk, który już nie chroni. Sztandar, który kiedyś coś znaczył, a dziś wygląda jak resztka dawnego porządku. Jakby świat, który miał być stabilny, pękł właśnie tutaj. Nad człowiekiem, który nie chce decydować. I nad tym, który nie ma już wyboru.
Człowiek stojący na dole patrzy jeszcze chwilę. Widzi schody, widzi ludzi, widzi światło i cień, widzi łuk, który się złamał. I rozumie, że to nie jest początek drogi. To jest początek zgody na to, żeby ta droga się zaczęła. A zgoda – nawet milcząca – bywa cięższa niż sam krzyż.
Golgota Beskidów, droga krzyżowa, refleksja, człowiek, wybór, odpowiedzialność, sumienie, tłum, wyrok, milczenie, sprawiedliwość
Zbigniew Grzyb

Zostaw komentarz