Człowiek idzie dalej. Droga zaczyna się wznosić, choć jeszcze tego nie czuje w nogach. Dopiero co minął miejsce, gdzie inni decydowali za niego, a on mógł tylko patrzeć. Teraz zatrzymuje się przed czymś, czego już nie da się obejść bokiem.
Przed nim stoi krzyż. Wysoki, nieproporcjonalny, jakby ktoś celowo uczynił go większym, niż potrzeba. Nie jest to ciężar dopasowany do człowieka. To ciężar, który człowieka przerasta. I może właśnie o to chodzi.
Pod krzyżem stoi postać. Jeszcze wyprostowana, jeszcze nieprzygnieciona. Ręka unosi belkę – nie wiadomo, czy to gest siły, czy zgody. Czy jeszcze próbuje coś zatrzymać, czy już przestaje walczyć. Druga ręka uniesiona w pół gestu, jakby zawieszona między „nie chcę” a „muszę”. To ten moment, w którym człowiek jeszcze mógłby się cofnąć. Ale już wie, że się nie cofnie.
Za krzyżem stoi słońce. Światło rozlewa się szeroko, ale sam krzyż pozostaje ciemny. Przecina jasność jak przesłona – nie gasząc jej, ale stając między człowiekiem a światłem. Jakby to, co ma być niesione, zawsze stawało właśnie tam, gdzie człowiek chciałby widzieć najjaśniej.
Człowiek patrzy dłużej. I zaczyna rozumieć, że tu już nic się nie rozstrzyga. Tu nie ma sądu, nie ma tłumu, nie ma pytań. Tu jest tylko moment, w którym człowiek przestaje pytać „czy”, a zaczyna nieść. Jeszcze stoi prosto. Jeszcze się nie ugina. Ale ciężar już jest. I będzie szedł razem z nim – czy tego chce, czy nie.
Bo Stacja I była o decyzji innych.
A Stacja II jest o przyjęciu tego, czego nie wybieramy.
Zbigniew Grzyb
Zostaw komentarz