Człowiek idzie dalej.
Podniesiony z ziemi z trudem.
Z ciężarem, który ani trochę nie zmalał, i z tym wszystkim, co już w sobie niesie – śladem, bólem, zmęczeniem, które nie chce odejść. Krok nie jest pewny, ale jest, i to wystarcza, by droga toczyła się dalej.
W pewnym momencie docierają do niego głosy. Nie te ostre, które poganiają. Nie te pełne gniewu, które chcą widzieć upadek. To inne głosy – miękkie, drżące, pełne litości. Płacz. Płacz nad nim.
Kilka kobiet stoi z boku, nie wchodząc na drogę, ale też nie odwracając wzroku. Ich ręce są wolne, ich ramiona nie niosą ciężaru, ale ich oczy są pełne tego, czego nie da się unieść inaczej niż spojrzeniem – współczucia. Widzą więcej niż inni, może dlatego, że nie muszą iść dalej. Mogą się zatrzymać, płakać, pozwolić, by ich serca zadrżały tam, gdzie inni przechodzą obojętnie.
I przez chwilę wydaje się, że wszystko mogłoby się zatrzymać właśnie tutaj, w tym miejscu, gdzie cudzy ból spotyka się z ludzką wrażliwością.
Ale człowiek zatrzymuje się tylko na moment.
Odwraca się do nich i mówi – nie o sobie, nie o ciężarze, nie o drodze, która go czeka. Jakby to, co się z nim dzieje, nie było najważniejsze. Jakby widział dalej niż ich łzy, dalej niż ten moment, w którym zatrzymali się przy jego bólu. Jakby wiedział, dokąd prowadzi ta droga – i że to, co się dzieje teraz, nie kończy się tutaj.
Bo współczucie nie jest jeszcze zrozumieniem.
Współczucie widzi łzy. Zrozumienie widzi drogę.
Patrzy na nie i w jego spojrzeniu nie ma wyrzutu ani odrzucenia. Jest coś trudniejszego – prawda, która nie zatrzymuje się na nim. Prawda, która odwraca spojrzenie i kieruje je dalej. Tam, gdzie ból dopiero się rodzi. Tam, gdzie człowiek potrafi ranić, nie zawsze wiedząc, że rani. Tam, gdzie można iść przez życie i nie zauważyć, kiedy krok prowadzi nie tam, gdzie powinien.
A one stoją za progiem, za kolumnami, jakby oddzielone od tej drogi nie tylko przestrzenią, ale losem. Mogą patrzeć, mogą płakać, mogą współczuć – ale nie mogą wejść w to, co niesie on. Ich ból jest prawdziwy, ale nie jest jego bólem. Ich łzy są szczere, ale nie prowadzą tam, dokąd prowadzi jego droga.
Niewiasty płaczą dalej, a on idzie.
Bo ich ból nie jest jego drogą, tak jak jego droga nie jest ich bólem. I właśnie dlatego musi iść dalej.
Bo Stacja VII była o ciężarze świata.
A Stacja VIII jest o tym, że nie każdy, kto widzi cierpienie, rozumie jego drogę.
Zbigniew Grzyb


Zostaw komentarz