Unia Europejska po raz kolejny pokazuje, że gdy na stole leżą interesy wielkich graczy, rolnik staje się pionkiem – łatwym do poświęcenia, cichym, niewygodnym świadkiem politycznych targów.
Porozumienie handlowe z Australią, które zakłada ponad trzykrotne zwiększenie limitu bezcłowego importu wołowiny, nie jest żadnym „technicznym dostosowaniem rynku”. To decyzja o realnych konsekwencjach – dla tysięcy gospodarstw, dla bezpieczeństwa żywnościowego i dla sensu całej unijnej polityki rolnej.
Bo jak inaczej nazwać sytuację, w której europejski rolnik musi spełniać coraz bardziej wyśrubowane normy – środowiskowe, dobrostanowe, klimatyczne – podczas gdy jednocześnie otwiera się szeroko drzwi dla mięsa produkowanego według standardów, które tych wymogów zwyczajnie nie znają? To nie jest konkurencja. To jest systemowa nierówność.
Polski rząd protestuje – ale czy ktokolwiek jeszcze traktuje te protesty poważnie? Symboliczne gesty i komunikaty „wyrażające zaniepokojenie” nie zatrzymają lawiny. Jeśli za deklaracjami nie idą realne działania, stają się one jedynie politycznym teatrem dla krajowej opinii publicznej.
A Komisja Europejska? Zamiast stać na straży wspólnego rynku i jego uczestników, coraz częściej pełni rolę negocjatora, który gotów jest oddać rolnictwo w zamian za korzyści w innych sektorach. Rolnik nie ma silnego lobby. Nie ma globalnych korporacji za plecami. Dlatego jest najłatwiejszy do poświęcenia.
Najbardziej niepokojące jest jednak to, że to nie jest odosobniony przypadek. Ukraina, Mercosur, teraz Australia – każdy kolejny „wyjątek”, każda „szansa handlowa” składa się na jeden kierunek: stopniowe wypieranie europejskiej produkcji żywności przez tańszy import.
I nie chodzi tu tylko o ekonomię. Chodzi o coś znacznie poważniejszego – o utratę kontroli nad tym, co jemy i skąd to pochodzi. O uzależnienie od zewnętrznych dostaw. O likwidację lokalnych gospodarstw, które przez pokolenia budowały stabilność obszarów wiejskich.
Jeśli Unia naprawdę chce zielonej transformacji, wysokiej jakości żywności i silnych obszarów wiejskich, to nie może jednocześnie prowadzić polityki, która te fundamenty systematycznie podkopuje.
Bo w tej grze stawka jest jasna: albo europejskie rolnictwo przetrwa jako realna siła gospodarcza, albo stanie się jedynie wspomnieniem – romantycznym obrazkiem w folderach turystycznych.
A wtedy będzie już za późno na kolejne „wyrazy zaniepokojenia”.
Zostaw komentarz