Jeżeli wojna nie kończy się bezwarunkową kapitulacją, nie jest łatwo określić, kto ją wygrał. Tym bardziej jeżeli wojna jest asymetryczna, gdyż inaczej wygrywa silny, a inaczej słaby.
Jeszcze trudniej jest ustalić zwycięzcę, gdy obraz wojny jest zamotany przez szum informacyjny, a specjaliści, którzy powinni rzetelnie informować o sytuacji politycznej, przemienili się w influencerów, którzy bardziej dbają o swoją prezencję niż o rzetelność przekazywanych informacji.
Mając świadomość tych trudności, musimy zacząć od ustalenia warunków, które sami musimy spełnić, aby mieć możliwość ustalenia, kto wygrał wojnę. Następnie trzeba określić sztywne kryteria zwycięstwa i porażki silnego oraz słabego. Sztywne – to takie, których nie będziemy zmieniać pod wpływem medialnych komentarzy, lecz uzależnimy je od faktów: jeżeli tak – to tak, a jeżeli nie – to nie.
Otóż koniecznym warunkiem ustalenia prawdy jest obiektywizm. Przynajmniej starajmy się być obiektywni. Na szczęście nie jesteśmy uczestnikiem tej wojny, a wojna nie jest meczem piłki nożnej. Nie musimy kibicować jednej ani drugiej drużynie. W naszym interesie jest, aby wojen w ogóle nie było. Dlatego obiektywizm powinien być łatwy.
Niestety u nas ten sposób myślenia się nie sprawdza. Potrafimy skakać sobie do oczu nawet z powodu wojny w Iranie, jakbyśmy byli kibolami i musieli wymachiwać szalikiem z barwami drużyny amerykańskiej lub antyamerykańskiej. Powiedzmy sobie jednak otwarcie: jeżeli nie stać nas na obiektywizm w tej sprawie, to nie jesteśmy w stanie ustalić, kto wygrał wojnę. Po prostu przyjmijmy, że wojnę wygrali nasi.
Natomiast drugim warunkiem jest to, aby nie oceniać zwycięzców na podstawie przebiegu wojny. Zwycięzców nie ustala się na tej podstawie, lecz porównując sytuację przed wojną z sytuacją po wojnie. Sama wojna odgrywa jedynie rolę katalizatora.
Weźmy jako przykład Wielką Wojnę z Zakonem Krzyżackim. Była bitwa pod Grunwaldem, ale później wojsko polskie prowadziło działania bardzo nieudolnie, nie zdobyło Malborka i zawarto pokój, który Polsce niewiele dawał. Można więc uznać, że zwycięstwo pod Grunwaldem zostało zmarnowane, a przez to wojna zakończyła się porażką. A jednak, porównując pozycję Polski i Zakonu przed wojną i po wojnie, wychodzi z tego, że Polska odniosła wielkie zwycięstwo, niezależnie od mizernych korzyści.
Przed wojną Zakon był potęgą, a Polska państwem peryferyjnym, broniącym się przed krzyżackim naporem. Po wojnie Polska zmieniła się w regionalne mocarstwo, a państwo zakonu krzyżackiego walczyło o przetrwanie. I to jest miara polskiego zwycięstwa oraz sposób, w jaki należy oceniać wojny.
A teraz kryteria. I to jest sprawa najbardziej dyskusyjna. Gdyby dziennikarze i influencerzy polityczni byli uczciwi – analiza wojny irańskiej oraz spór o tę wojnę powinny dotyczyć właśnie tego problemu, czyli kryteriów zwycięstwa i porażki.
W przypadku słabego w wojnie asymetrycznej kryterium porażki i zwycięstwa jest proste, gdyż niemal obiektywne i się pokrywa. Należy bowiem przyjąć, że państwo słabsze, które nie przegrało, to wygrało. Nie ma między nimi luki, dlatego kryterium jest jedno: utrata suwerenności. Jeżeli państwo słabsze zachowało niezależność, to znaczy, że nie przegrało, a to oznacza, że wygrało wojnę. Kryterium porażki państwa słabszego nie są zniszczenia, gdyż w wojnie asymetrycznej słabsze państwo zawsze zostanie zniszczone. Jeżeli jednak zachowa suwerenność – to się odbuduje.
Znacznie bardziej skomplikowane jest ustalenie kryteriów porażki i zwycięstwa państwa silniejszego. Przede wszystkim, jeżeli takie państwo nie przegra, nie oznacza to, że wygrało. To jest luka, która powoduje, że inne trzeba ustalić kryterium porażki i inne zwycięstwa. A do tego w obu wypadkach nie będą one obiektywne, lecz umowne. To właśnie powinno być pole do poważnej dyskusji – kiedy Stany Zjednoczone mogłyby uznać, że wygrały, a kiedy przegrały.
Bo oczywiście amerykańska porażka nie będzie polegała na utracie suwerenności i totalnym zniszczeniu. Co jednak nie oznacza, że Stany Zjednoczone nie mogą przegrać. Otóż w moim przekonaniu mocarstwo przegrywa, jeżeli w wyniku wojny osłabieniu ulega jego pozycja międzynarodowa. Na tym właśnie polegała amerykańska porażka w Wietnamie, Afganistanie i Iraku. Natomiast wygrywa, jeżeli zrealizuje cele, z którymi do niej przystępowało. W moim przekonaniu celem amerykańskim było narzucenie Iranowi władzy uzależnionej od Stanów Zjednoczonych i Izraela. Rzekoma produkcja bomby atomowej była tylko pretekstem.
- Iran wygrał
Patrząc z tej perspektywy, Iran wygrał wojnę, gdyż przetrwał. Jeżeli przetrwa. Bo wciąż istnieją dwa poważne zagrożenia: możliwość wznowienia wojny oraz/lub utraty wewnętrznej stabilności. Jeżeli jednak przetrwa – to wygrał.
W tym kontekście możemy uznać go za zwycięzcę pomimo zniszczeń. Dzięki zdolności do prowadzenia działań odwetowych, mimo maksymalnej presji potężnych mocarstw, wykazał potencjał odstraszania, gdyż każdy kolejny atak będzie musiał uwzględniać groźbę zablokowania Cieśniny Ormuz oraz odwetowych ataków Iranu w regionie. To wzmacnia jego pozycję pomimo osłabienia.
Może to nawet skłonić wrogów Ameryki, w tym Chiny i Rosję, do wspierania rozwoju jego potencjału zbrojnego. Nie będzie to traktowane jako inwestycja w logice wolnorynkowej, ale jako dywersja wobec świata zachodniego oraz amerykańskiej potęgi.
Z pomocą chińską i rosyjską jest on w stanie szybko odbudować straty poniesione w czasie wojny. W konsekwencji może nawet wzmocnić swoją pozycję w regionie, jeżeli takie państwa jak Kuwejt czy Katar utracą zaufanie do amerykańskiego parasola ochronnego.
Bo to jest tak, że małe państwa chcą mieć amerykańskie garnizony na swoim terytorium w przekonaniu, że to uchroni je przed wojną. Nie są natomiast zainteresowane tym, aby obecność tych wojsk wciągała je w konflikty. Podobnie jest u nas – chcemy Fortu Trump, aby zniechęcić Rosję do ataku na Polskę, ale nie po to, by prowokować wojnę. Przynajmniej ja tego nie chcę.
Jeżeli więc amerykańska obecność wojskowa nie zapewnia bezpieczeństwa państwom Zatoki Perskiej, lecz tworzy dla nich zagrożenie, będą one szukały innych sposobów zapewnienia sobie bezpieczeństwa w razie nowej wojny. A to może istotnie zmienić dynamikę polityczną na Bliskim Wschodzie.
- Izrael przegrał
Izrael jest największym przegranym, ponieważ Iran wygrał. Jest to państwo otoczone przez kraje muzułmańskie, z którymi pozostaje w nieustającym konflikcie. Istnieje w oparciu o mit swojej militarnej oraz wywiadowczej skuteczności, sojusz z największym mocarstwem świata oraz rozproszenie świata muzułmańskiego.
A teraz Iran, opromieniony przetrwaniem wojny ze Stanami Zjednoczonymi i Izraelem, może stać się państwem integrującym muzułmanów na Bliskim Wschodzie, co dla Izraela jest śmiertelnym zagrożeniem. Tym bardziej, jeżeli obecność amerykańska w regionie będzie się zmniejszać, a Mosad i armia izraelska nie okazały się tak skuteczne, jak twierdzono. Do tego Żelazna Kopuła też nie jest szczelna.
- Stany Zjednoczone nie przegrały
Stany Zjednoczone przetestowały granice swojej skuteczności militarnej. Nawet armia zaczęła mówić prezydentowi STOP. W porę jednak wycofały się znad tej krawędzi, dlatego nie przegrały wojny.
Mają teraz możliwość korzystnego wymodelowania nowych zasad funkcjonowania Bliskiego Wschodu. Jego podstawą musi być pokój, bezpieczeństwo i rozwój gospodarczy, a nie demolowanie i zastraszanie. Warunkiem koniecznym będzie przymuszenie do tego Izraela, który nie czuje satysfakcji z zakończenia wojny w takiej postaci.
Wszystko więc zależy od tego, czy władze amerykańskie nakłonią go do zaakceptowania nowej normalizacji na Bliskim Wschodzie z Iranem osłabionym, ale zwycięskim.
Jeżeli to się uda – Stany Zjednoczone będą mogły zaliczyć tę wojnę do swoich sukcesów, mimo że poznały kres swoich możliwości. Jeżeli nie – to wojna się jeszcze nie skończyła.
Zostaw komentarz